Odwiedź stronę dystrybutora filmu

KONKURS "TAJEMNICA BROKEBACK MOUNTAIN" ROZWIĄZANY!

Z przyjemnością publikujemy na stronie KMFu rozwiązanie konkursu "Brokeback Mountain". Tym razem jest to jednak nie tylko czysta formalność, co raczej próba spojrzenia na fenomen tego wyjątkowego filmu z pięciu różnych punktów widzenia. Każdy z autorów zwrócił uwagę na inny aspekt obrazu Anga Lee. Razem stworzyli zaś wyjątkową, wieloaspektową recenzję "Tajemnicy Brokeback Mountain", podkreślając często kwestie konsekwentnie omijane przez krytykę.


Z W Y C I Ę Z C A

Niekwestionowanym zwycięzcą konkursu jest MICHAŁ JASIŃSKI

Napisał on niewątpliwie jeden z najlepszych tekstów o "Brokeback Mountain" jakie ukazały się w polskiej prasie. Już możecie przeczytać go w całości na stronie KMF. Poniżej prezentujemy jedynie krótki fragment.

"(...) jest "Tajemnica Brokeback Mountain" przyczynkiem do społecznej dyskusji na temat postrzegania homoseksualizmu, ale nie jest "Tajemnica" filmem do cna poruszającym, mitycznym, dotykającym niewypowiedzianej tęsknoty za czymś nienazwanym - jak chce część recenzentów, uwiedziona chyba społeczną wymową filmu. Jest świetnie zagranym i ciekawie opowiedzianym dramatem z fantastyczną muzyką i pięknymi zdjęciami, nie jest jednak "kamieniem milowym w historii filmu" - jak znów chcą krytycy, często nieświadomie krzywdząc sam film, gdyż przeceniony może stać się dla części odbiorców przykrym zawodem. Szkoda, by po projekcji ktoś powiedział "I o co tyle hałasu? Tylko dlatego, że o gejach?"


P O Z O S T A L I   N A G R O D Z E N I

KAMILA DZIKA

Odrażające, subtelne, ekspresywne, monotonne, wstrząsające, piękne...conajmniej tych 6 epitetów opisuje jak głupieją uczucia po wyjściu z sali kinowej, z seansu "Brokeback Mountain"...Przed wielkim ekranem współistniałam z 5 innymi kobietami, ale atmosfera była tak gęsta, nieruchoma, intymna, jak gdyby zasiadala nas tam conajmniej setka...Faceci jedynie na ekranie - do tego dwaj śmiertelnie w sobie zakochani...Pierwsze pytanie jakie sobie zadałam: jak to przełknąć? 134 min. siedziałam w napięciu i we mnie siedziało jakieś "moralno-estetyczne" stworzenie, które za każdym razem broniło się gdy nadchodziła sekwencja pocałunków i niezrozumiałej namiętności...miłość dwóch mężczyzn?...ja-nieruchoma, ono-wystraszone nieznanym; Dla niego normalność to: "Tristan kochał Izoldę" a nie: "Tristan kochał króla Marka"...schematy serca w rozbiciu...trudne kowbojskie życie lat 70-tych, trudne wybory, trudna codzienność, panoramy dzikiej natury, panoramy męskiej-dzikiej namiętności...ale: delikatna, kojąca muzyka, delikatność serc, czułość, miłość...Ennis w pewnym momencie zwracając się do Jacka (chyba nie całkiem świadomie podsumowuje swoje życie, obraz Anga Lee i pewnie nasze niezrozumienie): "Jeśli nie możesz czegoś zmienić, musisz to znosić..."


KAROLINA ŁUKASZEWICZ

Trzeba przyznać, że jest to film niezwykle ważny. Mówiący o tym o czym świat od dawien, dawna mówić nie chce, a jeśli już mówi to z bardzo agresywnym nastawieniem. Patrząc na plakat i zwiastuny od razu rzuca się w oczy fakt, że jest to film o miłości. Powstało już chyba miliony filmów o miłości, jedne udane bardziej, a inne mniej. Miłość to towar, który zawsze się sprzedaje. Jednakże co sprawia, że akurat w tym przypadku ta sama miłość wzbudza tyle kontrowersji? W tym przypadku jest to miłość dwojga mężczyzn, połączona z lękiem i wstydem. Tutaj zaczyna się cały problem. Film sam w sobie nie ukazuje czegoś nowego. Nie dodaje do naszej wiedzy czegoś odkrywczego na temat miłości. Każdy wie, że za ukochaną osobą się tęskni, że odczuwa się silną potrzebę przebywania z kimś kogo się kocha, że sama istota szczęścia mieści się w ukochanej osobie. Miłość jest jedna, różni są tylko ludzie, którzy kochają. Dlaczego zatem ten film jest taki ważny? Ponieważ okazując coś co jest tak oczywiste daje nam do zrozumienia, że nie mamy żadnych argumentów na to jakoby homoseksualna miłość była czymś obrzydliwym. Pokazuje miłość, która ciągnie się latami i była piękna, pełna melancholii, wzruszeń i kryzysów, a jednocześnie cały czas nosiła piętno wstydu i braku akceptacji. Nie ukazywała w krzywym zwierciadle miłości homoseksualnej jako wyuzdanej, przepełnionej sadomasochistycznymi skłonnościami opartej głównie na seksie wyzutym z uczuć. Pokazała tą miłość, którą sami znamy, za którą nie raz tęsknimy. Miłość na zawsze, aż po grób. Ja nigdy nie rozumiałam dlaczego pary homoseksualne się klasyfikuje. Obarczając często niezwykle obraźliwymi nazwami, bo przecież par heteroseksualnych nigdy się słownie nie obraża i nie przykleja łatki, a to przecież to samo uczucie. Zdecydowanie jest to świetne kino- poruszające ważny temat oprawione w przepięknym futerale. Lecz z drugiej strony jest to prowokacja i haczyk na tych, którzy idąc na ten film szukają taniej sensacji w postaci wyuzdanego, gejowskiego seksu rodem z filmów porno. Może dzięki tej prowokacji wielu ludzi przestanie myśleć powierzchownie i spojrzy na ten aspekt życia z nowym nastawieniem.


GRZEGORZ JARAUSZ

Bawi mnie wrzawa wokół nowego dzieła Anga Lee, z jednej strony mamy homoseksualistów, którzy nagle odkryli, że ich problem znalazł swoje miejsce w kinematografii i przyczepili się do "Brokeback Mountain" jak do ostatniej "karty przetargowej" w swojej walce o tolerancję, z drugiej strony stoją heteroseksualiści, których obecność kina gejowskiego zaskoczyła najwyraźniej w niemniejszym stopniu, co tych "zainteresowanych".

Liczne nagrody, które szczęśliwie zdają się zapowiadać więcej stonowanych, hollywoodzkich produkcji, paradoksalnie zdają się być największym przekleństwem "Brokeback Mountain". Nowy film Anga Lee w żadnym aspekcie nie był tworzony z myślą o owych laurach, przez co przeciętny widz, nastawiony na wielkie fajerwerki, może poczuć się zaskoczony kontemplacyjnym nastrojem filmu. Szukając źródła ideologicznego zacietrzewienia, które towarzyszy "Brokeback..." najlepiej będzie odnieść się do słowa pisanego, od którego wszystko się zaczęło. Mimo, iż obraz jest dość dokładną ekranizacją opowiadania Annie Proulx, to chociażby ze względu na oczywiste ograniczenia, jakie narzuca taśma filmowa, nie potrafi ukazać wszystkiego tego, co z niespotykaną gracją wyczarowała zdobywczyni Pulitzera. Lee, mimo swojego reżyserskiego kunsztu, nie jest w stanie przekazać widzowi, że to nie "słodki zapach miłości" unosił się w hotelowym pokoju, w którym kochankowie spędzili ze sobą noc, lecz odór "spermy, potu, whiskey, stęchłego dywanu, gówna i taniego mydła". Naturalizm prozy Proulx jest bowiem zręczną maską, jaką autorka nakłada na swoją historię po to, aby miłość odkrywać przed czytelnikiem powoli, dokładnie tak, jak odkryli ją w sobie Ennis i Jack. To, co w książce z początku sprawia wrażenie zachowania pierwotnego i prymitywnego, w filmie, ze względu na niemożność użycia pewnych artystycznych środków (oraz przymusowe wykorzystanie innych) z góry zostaje "obnażone" jako miłość. Z wyrazu twarzy bohaterów można czytać jak z kartki, podczas gdy Proulx zdaje się "czytać ze swojego odbiorcy", obnażając jego błędne poglądy, poruszając, a w końcu i ucząc czegoś ważnego: miłość to miłość i choćby była w opozycji do naszej "estetyki miłości", nie mamy na nią żadnego wpływu. Oczywiście nie można odmówić Lee, że nie pokazuje tego wszystkiego-, bo pokazuje, tyle tylko, że w inny, delikatniejszy sposób. Może to i lepiej, bo rzekoma kontrowersyjność Brokeback Mountain paradoksalnie nie tkwi w jego tematyce, łamaniu obyczajowego tabu, czy pokazaniu paru chaotycznych, kowbojskich stosunków. "Brokeback..." jest produkcją hollywoodzką, z jej konwencją, pięknymi pejzażami, długimi pocałunkami i jeszcze dłuższymi pożegnaniami. To właśnie w uniwersalizacji całej historii, niemalże mitycznym przedstawieniu pary tragicznym kochanków tkwi cała prowokacja, to, co najbardziej przeraża konserwatystów. Zarówno dla Anga Lee, jak i Annie Proulx, problem homoseksualizmu nie jest bowiem tematem tabu. Kino azjatyckie zdążyło już przywyknąć do tego tematu (nadmienię chociażby "Tabu", czy "Happy Together" Wong Kar Waia), a dzieło literackie rządzi się zupełnie innymi prawami niż film. Prawdą jest natomiast, iż otoczka skandalu, jaką owiana jest ta produkcja, w znacznej mierze jest stworzona przez ludzi, którzy o "Brokeback Mountain" nie mają bladego pojęcia. Paradoks tej sytuacji jest tym zabawniejszy, że w rzeczywistości melodramat Anga Lee od swej erotycznej strony wcale nie bulwersuje, nie przekracza żadnych granic, których inni reżyserzy nie przekroczyliby wcześniej. Mimo, iż seks jest nakreślony, nie jest niczym nadzwyczajnym dla przeciętnego kinomana, który chociaż raz widział jakąkolwiek produkcję Gusa van Santa, bądź Pedro Almodovara. Skąd więc to całe zamieszanie? Dlaczego takie produkcje jak "Sześć stóp pod ziemią", "Anioły w Ameryce", "Złe wychowanie" czy chociażby wyświetlany od niedawna "Ojciec i syn" nie wzbudzały (aż) takich kontrowersji? Odpowiedź jest prosta- im bardziej coś jest popularne/ doceniane, tym większym staje się zagrożeniem, a wobec niebezpieczeństwa trzeba mieć określone stanowisko. Tego, iż najprostszym stanowiskiem jest negacja (nie wspominając o ślepej afirmacji), najlepiej dowodzą rzesze polskich "kinomanów", którzy film ocenili na długo przed jego premierą.

Mimo wszystko polecam ten film Polakom. Tym, którzy nie boją się taśmy filmowej, oraz tym, którzy do kina chodzą po to, by zobaczyć f i l m, a nie żeby odbyć kolejną, bezsensowną, ideologiczną krucjatę.



KATARZYNA JOANNA SIEMIENIUK

Istnieją obrazy, których przypomniana po latach barwa wywołuje wzruszenia. Istnieją dźwięki, których fragment odtworzony w umyśle rodzi łzy. Istnieją słowa, które słyszane w myślach nie pozwalają zasnąć. Istnieją doznania, uczucia, niepokoje, które choć męczące i uciążliwe są pożądane jak coś, czemu nadano imię. Istnieją filmy, po których nic nie jest takie, jakie było wcześniej, to, co miało miejsce przed spada w przepaść zapomnienia a kino przestaje być kinem, staje się ogromnym, gorącym, pulsującym i skropionym słonymi łzami sercem. Widzowie teatru antycznego doznawali katharsis, zbiorowego oczyszczenia niszczącego wszelkie zło, niechciane myśli, sprzeczne z moralnymi zasadami pragnienia. Śmiałkowie, którzy decydowali się udział w spektaklu Artaud torturowani byli ostrym światłem i ogłuszającą muzyką, również w celu "wyzwolenia" się. Katharsis, oczyszczenie poprzez krwawe i gorszące sceny umarło. Współczesne, zimne, egoistyczne i nieczułe społeczeństwo uznano za niepodatne, niezdolne do zbiorowego wzruszenia. Każdemu, kto podpisał się pod tym stwierdzeniem radzę udanie się na seans, próbę oderwania wilgotnych oczu od ekranu i próbę rozejrzenia się po widowni. Płacze zazwyczaj zajęta sobą para w ostatnim rzędzie, płacze nobliwa staruszka mocno ściskając pomarszczoną dłoń męża. Istnieją obrazy, słowa, dźwięki, które sprawiają, że nie można powstrzymać łez. "Brokeback Mountain" to film o pięknie, zaufaniu i miłości. Pięknej miłości pięknych ludzi. Gdy budzi się nasze serce zasypiają myśli o wieku, rasie, statusie społecznym. Powiedzmy też "dobranoc" tym o płci. Miłość to dobro, zaprzeczenie zła, wiec nie można określać jej tym ostatnim mianem. Kochajmy, bo wówczas nie czynimy zła. Jeśli obraz Anga Lee zasieje ziarenko dobra i tolerancji choćby w jednym zimnym sercu, będzie to jego wielki sukces. Każde ziarno może dać kiedyś obfite plony.


P O D S U M O W A N I E

Wszyscy wyróżnieni otrzymują od nas plecaki promujące film
"BROKEBACK MOUNTAIN". Nagrody ufunduje i roześle firma Monolith Plus
(www.monolithplus.pl) - dystrybutor filmu w Polsce.


Pozostałym konkursowiczom serdecznie dziękujemy, zwycięzcom gratulujemy,
a wszystkich bez wyjątku zapraszamy do zmierzenia się z kolejnymi,
nietypowymi konkursami KMF.

Pozdrawiamy,
Klub Miłośników Filmu


POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ | KONKURSY NA STRONIE KMF