Odwiedź stronę Orange IMAX

KONKURS "GIGANCI ZE STALI" ZAKOŃCZONY!

Do wygrania było siedem podwójnych zaproszeń do kina Orange IMAX Warszawa na film "Giganci ze stali". Wystarczyło napisać kilka zdań o swoim ulubionym filmie bokserskim. W konkursie udział wzięło zaledwie 5 osób - można to wytłumaczyć bardzo krótkim czasem trwania konkursu (3 dni) oraz zawężeniem kręgu uczestników do mieszkańców stolicy i okolic. Wszystkim uczestnikom serdecznie gratulujemy wygranej i życzymy udanego seansu "Gigantów ze stali" w kinie Orange IMAX Warszawa.

Poniżej przedstawiamy nadesłane teksty (według kolejności nadsyłania), bez podawania nazwisk zwycięzców, wszak nazwisko stanowić ma hasło do odbioru biletów ;)


Z W Y C I Ę Z C Y

Paweł Z.
Jest pewien utarty schemat opowiadania historii o facetach piorących się po czaszkach na ringu. Dostajemy zwykle gościa, który owszem, ma predyspozycje by stać się tym najlepszym, ale zanim to osiągnie, będzie musiał przejść przez wyczerpujący trening i dokonać wewnętrznej przemiany. W filmie "Fighter" w reżyserii Davida O. Russella oglądamy dwóch takich gości. Ich opowieść różni się jednak trochę od standardu. To dwaj bracia, z których jeden, mający już za sobą najlepsze lata w sporcie, zajmuje się intensywnym paleniem cracku, a drugi żyje w cieniu jego dawnej chwały. Historia przekazywana w tym filmie miała miejsce w rzeczywistości, odwołuje się bowiem do wątków z biografii boksera Micky'ego Warda. Poznawanie komplikowanych i napiętych relacji braci i zagłębianie się w rodzinny konflikt z apodyktyczną mamusią w tle, budzi chęć ucieczki i wyrwania się z narastającego marazmu. Jednak koniec końców wszystkie problemy i przeciwnicy na ringu zostają pokonani, a widz czuje się pokrzepiony. Ponadto ma okazję by obejrzeć świetny duet aktorski. Micky'ego Warda portretuje Mark Wahlberg, a w rolę jego brata wciela się genialny, nagrodzony Oscarem Christian Bale. I faktycznie jest to jedna z lepszych ról w jego karierze, którą potwierdził swój talent i zdolność do poświęceń dla roli. Patrząc na niego, widzisz nadpobudliwego narkomana, a nie aktora. Patrząc na to, co dzieje się na ekranie, widzisz prawdziwy film psychologiczny, w którym boks jest tylko tłem historii. I obojętnie obok niego nie przejdziesz.


Katarzyna P.
Bez wątpienia moim ulubionym filmem jest "ROCKY". Nie jest to film najwyższych lotów, ale zawsze po jego obejrzeniu czuję, że mogę góry przenosić. Mimo iż jest to film z 1976 roku to nadal cieszy się dużą popularnością wśród kinomaniaków. Film przypomina mi czasy, kiedy jako mała dziewczynka siedziałam z tatą przed telewizorem i kibicowałam Rocky'emu. Bohaterem jest bokser Rocky Balboa, który pewnego dnia dostaje szansę od losu (los = Apollo Creed) na pokonanie mistrza. Potem następuje cały żmudny proces przygotowań do walki, przerywany wątkiem miłosnym. Fabuła prosta jak konstrukcja cepa, ale za to ponadczasowa. Scenariusz pozostawia dużo do życzenia. Teksty są oklepane, banalne i skąpe. Można by spokojnie zrobić z ROCKIEGO niemy film. Plusem jest piękna muzyka, idealnie skomponowana z filmem, oraz widoki. Film polecam na poprawę samopoczucia w jesienne dni. PS. Polecam również film "MILLION DOLLAR BABY" w reżyserii Clinta Eastwooda.


Jerzy P.
Moim ulubionym filmem bokserskim jest trochę chyba niedoceniany "Ali" z nagrodzoną nominacją do Oscara rolą Willa Smitha. Ten lubujący się w kinie akcji, komedii i science fiction aktor, dokonał tu wspaniałej przemiany zarówno fizycznej jak i psychicznej. Jako Ali jest szybki, waleczny, odważny, pyskaty (to akurat cecha także innych ról Smitha) i zabójczo skuteczny w ringu. Do roli Will Smith znacznie przybrał na masie i pięknie obudował się mięśniami. Pod okiem bokserów-trenerów zaczął także całkiem sprawnie boksować, co zresztą widać na filmie. Jeśli do tego dodamy specyficzny klimat, jaki zawsze potrafi stworzyć Michael Mann za pomocą zdjęć i muzyki, otrzymujemy naprawdę wart obejrzenia i zapamiętania film bokserki, jak dla mnie najlepszy.


Damian P.
Ach ci niedobrzy Rosjanie! Takim mottem podsumować można czwartą część opowieści o włosko-amerykańskim bokserze z wadą wymowy. "Rocky IV" nie jest filmem wybitnym, ba - nie jest nawet filmem dobrym, jeśli traktować go zupełnie na poważnie. Sprawa zmienia się jednak w momencie, kiedy przymkniemy oko na toporność scenariusza i galopadę wyświechtanych klisz, wtedy film staje się przednią zabawą. Ucieleśnienie rosyjskiej potęgi, które - tak na marginesie - jest Szwedem o aparycji niemieckiego pułkownika, stawia czoła chłopakowi, który dogonił amerykański sen. Rusek wylewa pot w laboratoriach, w których źli komuniści prawdopodobnie skręcają kolejne atomówki, a poczciwy Rocky pod baczną obserwacją KGB pomyka w śniegu z kłodą na plecach. Cudo! No i na koniec ta walka pozbawiona chociaż krzty techniki - same uderzenia, bo przecież garda jest dla normalnych śmiertelników. W końcu upadek Iwana Drago i spełnienie amerykańskiego snu o pozbyciu się wrednych Ruskich. Pamiętajcie, to nie Wałęsa obalił komunizm, to Rocky Balboa!


Patryk B.
Piękno leży w prostocie. Taki jest właśnie "Rocky". Wzruszająca, pełna pozytywnych emocji, historia człowieka, który otrzymując szansę jedną na milion, podejmuje walkę z samym sobą. Fabuła nie razi oryginalnością; oto mistrz świata wagi ciężkiej, Apollo Creed, rzuca wyzwanie miejscowemu bokserowi, oferując mu walkę o tytuł i prestiż, czyli coś o czym Rocky wcześniej mógł tylko marzyć. Mało zaskakujące, prawda? A jednak cały film ma swój urok, któremu ulegają kolejne pokolenia kinomanów, chcących tak, jak bohater wyrwać się z szarej codzienności i stanąć wraz z nim na ringu w pojedynku o własne marzenia. Siłą "Rocky'ego" jest prostota i minimalizm. Objawia się to zarówno w grze aktorskiej; Sylvester Stallone nie tyle gra Rocky'ego, co po prostu nim jest - niespełnionym człowiekiem, próbującym ułożyć sobie życie, jak i w reżyserii, gdzie za pomocą prostych zagrywek udaje mu się wywołać u widza odpowiednie emocje. Także sam scenariusz, inspirowany prawdziwą walką "czarnego konia" - Chucka Wepnera z Muhammadem Ali, opiera się na motywie "Podróży bohatera", tak zresztą uwielbianym przez większość filmowców (przykład: "Gwiezdne wojny"). Gra znaczonymi kartami zaowocowała świetnym obrazem, który nie próbuje być niczym więcej niż klasyczną historią "od zera do bohatera". Natomiast sam boks ogranicza się w filmie zaledwie do kilku scen (paru mniej ważnych potyczek i jednej finałowej), ale nie jest to bynajmniej wadą. Film "bokserski" nie powinien ograniczać się tylko i wyłącznie do prezentacji serii efektownych pojedynków; wciągająca historia i bohater, którego los śledzimy z zapartym tchem, to podstawa każdego udanego seansu. Jednak walka Rocky'ego z Apollo Creedem odbywa się w momencie, w którym znamy obydwu bohaterów oraz motywacje nimi kierujące, co przekłada się na solidną dawkę emocji. "Dokumentalne" ujęcia zza ringu, którym towarzyszy głos komentatora, idealnie komponują się z resztą obrazu i budują odpowiedni nastrój pod najważniejszą walkę. Co tu dużo mówić, "Rocky" jest już klasyką kina, a Sylvester Stallone, śladami tytułowego bohatera, stał się momentalnie gwiazdą, kreując jedną z najsłynniejszych, filmowych ikon wszechczasów. Szlachetne pobudki bohatera, jego nieśmiałe, miejscami nieudolne zaloty do Adrian, sprawiają, że takich właśnie ludzi z "krwi i kości" chcemy oglądać, kibicując tym samym Rocky'emu w walce zarówno na pięści jak i o serce ukochanej. To właśnie podświadoma potrzeba przeżycia "katharsis" powinna być zachętą do seansu z pierwszą częścią "Rocky'ego", który to na pewno da każdemu motywację do walki, a już w szczególności jedna, świetna scena treningu w rytm "Gonna Fly Now" (przyznać się, kto wtedy nie ma ochoty przebiec miasta wzdłuż i wszerz? :) Chęć spełnienia amerykańskiego snu śmiało może udzielić się każdemu, kto stanie do walki (niekoniecznie tak dosłownej jak w filmie) i zechce zmienić swoje życie. "Rocky" z 1976 roku pozostanie dla mnie na zawsze nie tyle najlepszym filmem bokserskim (bo samego boksu jest w filmie stosunkowo mało), ale najlepszym obrazem o dążeniu do celu i pokonywaniu własnych barier. Pośród ciężkich dramatów pokazujących wzloty i upadki człowieka ("Wściekły Byk", "Huragan"), "Rocky" wyróżnia się optymistycznym przesłaniem działającym wprost "ku pokrzepieniu serc" - i to właśnie na takie kino zawsze jestem otwarty.


POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ | KONKURSY NA STRONIE KMF