Paweł Z.
Jest pewien utarty schemat opowiadania historii o facetach piorących się po
czaszkach na ringu. Dostajemy zwykle gościa, który owszem, ma predyspozycje
by stać się tym najlepszym, ale zanim to osiągnie, będzie musiał przejść
przez wyczerpujący trening i dokonać wewnętrznej przemiany. W filmie
"Fighter" w reżyserii Davida O. Russella oglądamy dwóch takich gości. Ich
opowieść różni się jednak trochę od standardu. To dwaj bracia, z których
jeden, mający już za sobą najlepsze lata w sporcie, zajmuje się intensywnym
paleniem cracku, a drugi żyje w cieniu jego dawnej chwały. Historia
przekazywana w tym filmie miała miejsce w rzeczywistości, odwołuje się
bowiem do wątków z biografii boksera Micky'ego Warda. Poznawanie
komplikowanych i napiętych relacji braci i zagłębianie się w rodzinny
konflikt z apodyktyczną mamusią w tle, budzi chęć ucieczki i wyrwania się z
narastającego marazmu. Jednak koniec końców wszystkie problemy i przeciwnicy
na ringu zostają pokonani, a widz czuje się pokrzepiony. Ponadto ma okazję
by obejrzeć świetny duet aktorski. Micky'ego Warda portretuje Mark Wahlberg,
a w rolę jego brata wciela się genialny, nagrodzony Oscarem Christian Bale.
I faktycznie jest to jedna z lepszych ról w jego karierze, którą potwierdził
swój talent i zdolność do poświęceń dla roli. Patrząc na niego, widzisz
nadpobudliwego narkomana, a nie aktora. Patrząc na to, co dzieje się na
ekranie, widzisz prawdziwy film psychologiczny, w którym boks jest tylko
tłem historii. I obojętnie obok niego nie przejdziesz.
Katarzyna P.
Bez wątpienia moim ulubionym filmem jest "ROCKY". Nie jest to film
najwyższych lotów, ale zawsze po jego obejrzeniu czuję, że mogę góry
przenosić. Mimo iż jest to film z 1976 roku to nadal cieszy się dużą
popularnością wśród kinomaniaków. Film przypomina mi czasy, kiedy jako mała
dziewczynka siedziałam z tatą przed telewizorem i kibicowałam Rocky'emu.
Bohaterem jest bokser Rocky Balboa, który pewnego dnia dostaje szansę od
losu (los = Apollo Creed) na pokonanie mistrza. Potem następuje cały żmudny
proces przygotowań do walki, przerywany wątkiem miłosnym. Fabuła prosta jak
konstrukcja cepa, ale za to ponadczasowa. Scenariusz pozostawia dużo do
życzenia. Teksty są oklepane, banalne i skąpe. Można by spokojnie zrobić z
ROCKIEGO niemy film. Plusem jest piękna muzyka, idealnie skomponowana z
filmem, oraz widoki. Film polecam na poprawę samopoczucia w jesienne dni.
PS. Polecam również film "MILLION DOLLAR BABY" w reżyserii Clinta
Eastwooda.
Jerzy P.
Moim ulubionym filmem bokserskim jest trochę chyba niedoceniany "Ali" z
nagrodzoną nominacją do Oscara rolą Willa Smitha. Ten lubujący się w kinie
akcji, komedii i science fiction aktor, dokonał tu wspaniałej przemiany
zarówno fizycznej jak i psychicznej. Jako Ali jest szybki, waleczny,
odważny, pyskaty (to akurat cecha także innych ról Smitha) i zabójczo
skuteczny w ringu. Do roli Will Smith znacznie przybrał na masie i pięknie
obudował się mięśniami. Pod okiem bokserów-trenerów zaczął także całkiem
sprawnie boksować, co zresztą widać na filmie. Jeśli do tego dodamy
specyficzny klimat, jaki zawsze potrafi stworzyć Michael Mann za pomocą
zdjęć i muzyki, otrzymujemy naprawdę wart obejrzenia i zapamiętania film
bokserki, jak dla mnie najlepszy.
Damian P.
Ach ci niedobrzy Rosjanie! Takim mottem podsumować można czwartą część
opowieści o włosko-amerykańskim bokserze z wadą wymowy. "Rocky IV" nie jest
filmem wybitnym, ba - nie jest nawet filmem dobrym, jeśli traktować go
zupełnie na poważnie. Sprawa zmienia się jednak w momencie, kiedy
przymkniemy oko na toporność scenariusza i galopadę wyświechtanych klisz,
wtedy film staje się przednią zabawą. Ucieleśnienie rosyjskiej potęgi,
które - tak na marginesie - jest Szwedem o aparycji niemieckiego pułkownika,
stawia czoła chłopakowi, który dogonił amerykański sen. Rusek wylewa pot w
laboratoriach, w których źli komuniści prawdopodobnie skręcają kolejne
atomówki, a poczciwy Rocky pod baczną obserwacją KGB pomyka w śniegu z kłodą
na plecach. Cudo! No i na koniec ta walka pozbawiona chociaż krzty
techniki - same uderzenia, bo przecież garda jest dla normalnych
śmiertelników. W końcu upadek Iwana Drago i spełnienie amerykańskiego snu o
pozbyciu się wrednych Ruskich. Pamiętajcie, to nie Wałęsa obalił komunizm,
to Rocky Balboa!
Patryk B.
Piękno leży w prostocie.
Taki jest właśnie "Rocky". Wzruszająca, pełna pozytywnych emocji, historia
człowieka, który otrzymując szansę jedną na milion, podejmuje walkę z samym
sobą.
Fabuła nie razi oryginalnością; oto mistrz świata wagi ciężkiej, Apollo
Creed, rzuca wyzwanie miejscowemu bokserowi, oferując mu walkę o tytuł i
prestiż, czyli coś o czym Rocky wcześniej mógł tylko marzyć. Mało
zaskakujące, prawda? A jednak cały film ma swój urok, któremu ulegają
kolejne pokolenia kinomanów, chcących tak, jak bohater wyrwać się z szarej
codzienności i stanąć wraz z nim na ringu w pojedynku o własne marzenia.
Siłą "Rocky'ego" jest prostota i minimalizm. Objawia się to zarówno w grze
aktorskiej; Sylvester Stallone nie tyle gra Rocky'ego, co po prostu nim
jest - niespełnionym człowiekiem, próbującym ułożyć sobie życie, jak i w
reżyserii, gdzie za pomocą prostych zagrywek udaje mu się wywołać u widza
odpowiednie emocje. Także sam scenariusz, inspirowany prawdziwą walką
"czarnego konia" - Chucka Wepnera z Muhammadem Ali, opiera się na motywie
"Podróży bohatera", tak zresztą uwielbianym przez większość filmowców
(przykład: "Gwiezdne wojny"). Gra znaczonymi kartami zaowocowała świetnym
obrazem, który nie próbuje być niczym więcej niż klasyczną historią "od zera
do bohatera".
Natomiast sam boks ogranicza się w filmie zaledwie do kilku scen (paru mniej
ważnych potyczek i jednej finałowej), ale nie jest to bynajmniej wadą. Film
"bokserski" nie powinien ograniczać się tylko i wyłącznie do prezentacji
serii efektownych pojedynków; wciągająca historia i bohater, którego los
śledzimy z zapartym tchem, to podstawa każdego udanego seansu. Jednak walka
Rocky'ego z Apollo Creedem odbywa się w momencie, w którym znamy obydwu
bohaterów oraz motywacje nimi kierujące, co przekłada się na solidną dawkę
emocji. "Dokumentalne" ujęcia zza ringu, którym towarzyszy głos komentatora,
idealnie komponują się z resztą obrazu i budują odpowiedni nastrój pod
najważniejszą walkę.
Co tu dużo mówić, "Rocky" jest już klasyką kina, a Sylvester Stallone,
śladami tytułowego bohatera, stał się momentalnie gwiazdą, kreując jedną z
najsłynniejszych, filmowych ikon wszechczasów. Szlachetne pobudki bohatera,
jego nieśmiałe, miejscami nieudolne zaloty do Adrian, sprawiają, że takich
właśnie ludzi z "krwi i kości" chcemy oglądać, kibicując tym samym Rocky'emu
w walce zarówno na pięści jak i o serce ukochanej.
To właśnie podświadoma potrzeba przeżycia "katharsis" powinna być zachętą do
seansu z pierwszą częścią "Rocky'ego", który to na pewno da każdemu
motywację do walki, a już w szczególności jedna, świetna scena treningu w
rytm "Gonna Fly Now" (przyznać się, kto wtedy nie ma ochoty przebiec miasta
wzdłuż i wszerz? :)
Chęć spełnienia amerykańskiego snu śmiało może udzielić się każdemu, kto
stanie do walki (niekoniecznie tak dosłownej jak w filmie) i zechce zmienić
swoje życie. "Rocky" z 1976 roku pozostanie dla mnie na zawsze nie tyle
najlepszym filmem bokserskim (bo samego boksu jest w filmie stosunkowo
mało), ale najlepszym obrazem o dążeniu do celu i pokonywaniu własnych
barier.
Pośród ciężkich dramatów pokazujących wzloty i upadki człowieka ("Wściekły
Byk", "Huragan"), "Rocky" wyróżnia się optymistycznym przesłaniem
działającym wprost "ku pokrzepieniu serc" - i to właśnie na takie kino
zawsze jestem otwarty.