Odwiedź stronę sklepu filmowego idvd.pl

KONKURS IDVD.PL ZAKOŃCZONY!

W konkursie zorganizowanym wraz ze sklepem internetowym idvd.pl zorganizowaliśmy konkurs polegający na napisaniu recenzji dowolnego filmu, a warunki były dwa: minimum 2000 znaków oraz tytuł, który jeszcze na stronie KMF nie był recenzowany. Dziękujemy za wszystkie nadesłane teksty. Wybór zwycięskich prac okazał się trudniejszy, niż sądziliśmy, gdyż recenzje prezentowały bardzo wysoki poziom. Niestety nie mogliśmy nagrodzić wszystkich tekstów (z czego chyba najbardziej szkoda nam tego o "Zabójczych ryjówkach" - autora zapraszamy jednak do rozwinięcia tekstu!), zadecydowała więc przede wszystkim jakość i styl nadesłanych prac, przy czym najbardziej doceniliśmy samodzielną próbę głębszej analizy filmu. Postanowiliśmy, iż - mimo wcześniejszych zapowiedzi - opublikowane zostaną u nas nie dwie, ale trzy nagrodzone recenzje, a dodatkowo ich autorzy otrzymają zaproszenia do KMF.


N A G R O D Y   I   Z W Y C I Ę Z C Y

I MIEJSCE
Jakub Kośla
za recenzję, a przy okazji wyjątkowo udaną analizę jednego z najlepszych klasyków polskiego kina, czyli "Jak być kochaną" Hasa.
NAGRODA: Blu-ray Disc do wyboru - "Ricky Bobby" / "Nieznajomi" / "Speed Racer"
+ 7% zniżki (kod na idvd.pl) + publikacja recenzji na naszej stronie (tekst poniżej)
+ zaproszenie do wstąpienia do KMF

II MIEJSCE
Piotr Pieńkosz
za recenzję filmu "Aleksandra" - długi i przemyślany tekst,
napisany w dobrym i konsekwentnym stylu.
NAGRODA: DVD "Dzielnica Lakeview"
+ 6% zniżki (kod na idvd.pl) + publikacja recenzji na naszej stronie (tekst poniżej)
+ zaproszenie do wstąpienia do KMF

III MIEJSCE
Łukasz Opaliński
za recenzję filmu "Heima" - mimo, iż jest to bardzo krótki tekst,
ujmuje świetnym stylem, wyczuciem i lekkością.
NAGRODA: DVD "Casino Royale"
+ 6% zniżki (kod na idvd.pl) + publikacja recenzji na naszej stronie (tekst poniżej)
+ zaproszenie do wstąpienia do KMF

IV MIEJSCE
Adam Białek
za krótki, ale bardzo interesujący tekst
o filmie dokumentalnym pt. "Wspólnota marzeń".
NAGRODA: DVD "Serce nie sługa"
+ 5% zniżki (kod na idvd.pl)


Fundatorem nagród jest sklep internetowy idvd.pl

Odwiedź stronę sklepu filmowego idvd.pl

Zwycięzcom gratulujemy!
A wszystkich zapraszamy do kolejnych konkursów na łamach KMF!


Z W Y C I Ę S K I E   T E K S T Y

JAK BYĆ KOCHANĄ
Francja miała swoją Nową Falę, Wielka Brytania tak zwanych Młodych Gniewnych, my zaś po prostu, Polską Szkołę, której jednak mógł pozazdrościć nam cały świat. "Jak być kochaną" to prawdopodobnie najwybitniejszy jej film, a na pewno jej doskonałe zwieńczenie. To także drugi, obok "Rękopisu znalezionego w Saragossie", najlepszy film znakomitego reżysera Wojciecha Jerzego Hasa, dla którego był to pierwszy obraz zgodnie pochwalony przez całą polską oraz zagraniczną krytykę - wygrał prestiżowy konkurs w San Francisco (nagrody dla filmu, scenariusza, aktorki).
Dzieło to, przez wielu uważane za jeden z najdoskonalszych przekładów z literatury na język kina w historii polskiej kinematografii, powstało w oparciu o opowiadanie Kazimierza Brandysa, którego akcja rozgrywa się w okupowanej przez Niemców Polsce. Główną bohaterką filmu jest Felicja (Barbara Krafftówna), którą poznajemy w samolocie lecącym z Warszawy do Paryża kilka lat po zakończeniu wojny. Jest znaną aktorką prowadzącą popularną audycję radiową "Obiady u państwa Konopków", ale mimo zawodowego sukcesu daleko jej do szczęścia. Przyczyną smutku jest mężczyzna (Zbigniew Cybulski), w którym zakochała się jeszcze podczas niemieckiej okupacji. Ich historię poznajemy dzięki retrospekcjom - wspomnieniom, którym oddaje się kobieta na widok współpasażera przypominającego ukochanego sprzed lat. Nazywał się Wiktor Rawicz i był sławnym w stolicy, bardzo dobrym aktorem. Gdy padło na niego podejrzenie, że zamordował kolaboranta Petersa, ruch oporu postanowił ukryć go przed gestapo. Zadanie to powierzono właśnie Felicji, która wówczas pracowała w kawiarni i współpracowała z podziemiem. Młoda, początkująca aktorka była pod dużym wrażeniem talentu Rawicza, dlatego też zadania podjęła się bezwarunkowo. Tym bardziej, że skrycie darzyła mężczyznę czymś więcej niż tylko uznaniem. Felicja miała szczerą nadzieję, że ukrywając Wiktora w swoim małym mieszkanku, artysta w końcu odwzajemni skrywaną miłość. Nadzieja ta była tak duża, że dziewczyna gotowa była dosłownie na wszystko, by zachować ukochanego przy sobie; zatrudniła się w niemieckim teatrze, by nie ściągać na siebie podejrzeń hitlerowców, co po wojnie sprowadziło na nią z kolei oskarżenia o kolaborację z okupantem; gdy do jej domu przyszli niemieccy żołnierze w celu rewizji, pozwoliła im się zgwałcić, byleby nie odnaleźli ukrytego w szafie Rawicza. Gotowa na każde poświęcenie, wierząc, że on to doceni i zechce zostać z nią po zakończeniu wojny.
Wojciech Has powraca swoim filmem do ulubionego pytania przedstawicieli Polskiej Szkoły - czym jest bohaterstwo? Odrzuca jednocześnie podstawową cechę polskiego kina tamtych lat - polską perspektywę. Opowiada o okupacji przez pryzmat jednostki, a nie tragedii całego narodu. Dzięki nadaniu opowieści charakteru wspomnień o nie tyle wojnie, ile miłości nigdy niespełnionej, Has stworzył dzieło niezwykłe jak na polskie standardy - bo "o nas", "o wojnie", ale w wymiarze uniwersalnym. Według wielkiego twórcy życie codzienne pozbawione jest bohaterów, ale pełne jest bohaterskich postaw. Wybuch wojny i pomoc Wiktorowi uniemożliwił Felicji debiut w polskim teatrze, a po wyzwoleniu jako aktorka-kolaborantka nie otrzymała pozwolenia na występowanie na polskich scenach. Rawicz ją opuścił i popadł w alkoholizm.
Felicja nigdy nie domyśliła się, że jej oddanie i miłość są dla ukrywanego aktora strasznym ciężarem - gdy tylko nadarzyła się okazja, Wiktor uciekł od świadka swojego upadku i pogrążenia w depresji. Gdy po wojnie odnalazła go zapijaczonego w jakiejś knajpie i przyprowadziła z powrotem do mieszkania, które uratowało mu życie, okazuje się, że nie o tym pamiętał. W jego pamięci dom Felicji pozostał jako przymusowe, niechciane więzienie - stąd samobójczy skok z okna. Tym aktem reżyser zwraca szczególną uwagę na heroiczną postawę Felicji, której nie mierzy czynem, lecz poświęceniem. Poświęceniem, którego ten, na którym najbardziej jej zależało, nie potrafił docenić. "Jak być kochaną" jest więc fascynującym portretem kobiety i jej strasznego dramatu. Finał przynosi pytanie o sens jej ofiary i postawę tak Felicji, jak i samego Rawicza.
Has, wiedząc, że podstawą historii jest dwójka głównych bohaterów, w ich rolach postanowił obsadzić najwybitniejszych. Zbigniew Cybulski, najlepszy polski aktor w historii, kreuje Wiktora na bohatera, który zwodzi. Rawicz nie jest złym człowiekiem, ale nie sposób darzyć go sympatią. Na koniec przegrywa całe życie, skacząc z okna kobiety, której nie potrafił docenić. Jednak najważniejszą rolą jest tu Felicja, która daje swojej odtwórczyni nieprawdopodobny wręcz wachlarz możliwości. Krafftówna wykorzystuje to perfekcyjnie. Od nastrojowych monologów w samolocie - po kameralne sceny z Cybulskim. Wielki mały film!
Jakub Kośla


ALEKSANDRA
"Aleksandra" Aleksandra Sokurowa to zrealizowana za niewielkie pieniądze, skromna produkcja o cichej kobiecie, której oczyma obserwujemy piekło wojny w Czeczenii, wojny pozornie niedostrzegalnej, ale i tak wszechobecnej.
Współczesna Rosja. Tytułowa Aleksandra Nikołajewa (w tej roli świetna Galina Wiszniewska) to babka młodego oficera Denisa (Vasily Shevtsov), który wraz z rosyjskimi żołnierzami stacjonuje w bazie wojskowej w Czeczenii. Na zaproszenie wnuka, którego nie widziała od przeszło siedmiu lat, przybywa w odwiedziny na kilka dni do wspomnianej bazy. Początkowo zadowalają ją wędrówki w obrębie obozu, gdzie obserwuje codzienne żołnierskie życie upływające na czyszczeniu karabinów, odbywaniu warty i spędzaniu nielicznych chwil czasu wolnego w obskurnej stołówce. Na tę szarą rzeczywistość Aleksandra spogląda z zaciekawieniem, ale i obrzydzeniem w stosunku do wojennych działań. Nie słuchając poleceń wojskowych, podąża własnym drogami, w pewnym momencie wykracza nawet poza granice bazy, docierając na pobliski targ, gdzie poznaje Czeczenów: starszą Malikę (Raisa Gichaeva) i młodego Zulaja. W czasie rozmów z nimi, jako przedstawicielami narodu zniewolonego przez "jej" Rosję, przed oczami Aleksandry buduje się obraz wojny jako bezsensownej siły, która niszczy jednostki ludzkie, a w samych żołnierzach budzi najgorsze instynkty. Nic więc dziwnego, że główna bohaterka opuszcza Czeczenię załamana, bo z uczuciem swoistej bezradności. W końcu na słowa Zulaja: "Wiem, że to nie zależy od pani, ale dajcie [Rosjanie] nam wolność. Jesteśmy zmęczeni, nie możemy cierpieć bez końca", może zareagować jedynie współczując Czeczenom, gdyż sama nie ma mocy, by zmienić zły bieg zdarzeń, choć stwierdza: "Mam dosyć dumnych wojaków. Umieją niszczyć, kiedy nauczą się budować?". Jest przecież tylko starą Aleksandrą z Petersburga, która przyjeżdżając w odwiedziny do wnuka, zobaczyła piekło na ziemi...
Film Aleksandra Sokurowa, reżysera i scenarzysty zarazem, opowiada przede wszystkim o tym, jak wydarzenia wojenne zaważyły na życiu mieszkańców czeczeńskiej wioski, ale i stacjonujących w tamtejszej bazie rosyjskich żołnierzy. Twórcy pokazują przebieg wojennych działań przede wszystkim na przykładzie losów konkretnych jednostek (wojaków, wnuka Aleksandry Denisa, Czeczenów: Maliki i Zulaja). Nie jest to jednak typowy dramat wojenny, i to stanowi w dużej mierze o wartości filmu. Przedstawiony tu obraz konfliktu zbrojnego jest niekonwencjonalny: owszem, niemalże przez cały czas widzimy na ekranie przemieszczające się czołgi czy transportery opancerzone, dostrzegamy żołnierzy śpiących w prowizorycznie wzniesionych namiotach, ale już ani razu nie słyszymy wystrzału z broni palnej. Nie pojawia się też w kadrze scena walki zbrojnej, nie widzimy przelewającej się krwi, ale bloki chylące się ku upadkowi, bo zapewne wcześniej zbombardowane - już tak. Wojna jest tu przedstawiona jako straszny żywioł ogarniający ludzkie umysły, budzący przerażenie i grozę, któremu towarzyszy zniszczenie i bezprawie, ale ten obraz nie jest budowany w "Aleksandrze" za pomocą makabry. Wojna jest niedostrzegalna, a jednak wszechobecna. Skrywa się nie tylko w postaci zburzonych domów, ale przede wszystkim tkwi ona w ludziach, w psychice mieszkańców ogarniętego konfliktem regionu. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że film jest utrzymany w szarej tonacji, co znakomicie koresponduje z przygnębiającą rzeczywistością współczesnej Czeczenii. "Tu zniszczono wszystko, nie tylko domy. Rozwalono całe życie" - dobitnie podsumowuje jedna z Czeczenek, z którą konwersuje Aleksandra.
Poruszające w tym obrazie jest także to, z jaką trafnością odwzorowano psychikę żołnierzy. Są zmęczeni udziałem w wojnie, większość z nich dostrzega bezsens tego konfliktu. Aleksandra jest więc też opowieścią o młodych chłopcach ("Patrzymy na naszych żołnierzy, wydają się dziećmi, tacy chłopcy. Patrzą jak mężczyźni, ale są jak dzieci"), którzy wcieleni przymusowo do rosyjskiej armii, spędzają wbrew woli młodzieńcze lata swojego życia w otoczeniu przemocy i brudu. Ich psychika musiała przejść ogromną metamorfozę, musieli stać się odporni na okropieństwa, by przetrwać udział w konflikcie, by nie załamać się. "Czułbym się lepiej, gdybym nie strzelał do tylu osób. To nie powód do chwały czy dumy" - stwierdza, co nie może dziwić, wnuk głównej bohaterki. Żołnierze ci żyją w nieustannym strachu nie tylko przed uzbrojonymi Czeczenami, ale i przed własnym państwem. Zainteresowanej Aleksandrze, która pyta się jednego z wojskowych, czy żołnierze narzekają na jedzenie, którym ich tutaj karmią, młody człowiek odpowiada: "Karmią nas znakomicie". Doskonale widać, iż jest to stwierdzenie żołnierza bojącego się narzekać na dowództwo, mimo posiadania własnego zdania całkowicie podporządkowanego swoim zwierzchnikom. W końcu wojacy chodzą niedożywieni, a samą Aleksandrę proszą o to, by przyniosła im z pobliskiego targu herbatniki. Dzieło Sokurowa niewątpliwie wpisuje się w nurt współczesnego rosyjskiego kina wojennego, które ukazuje wojnę widzianą oczyma pojedynczych żołnierzy, gdzie armia to nie masowa całość, ale składający się z jednostek organizm. Sokurow pokazuje wojaków jako ludzi, a nie wykorzystywane przez władze maszyny służące do zabijania i realizacji politycznych celów. Padają w obrazie słowa, które chyba najlepiej obrazują tę tezę: "Żołnierze potrzebują jakichś zbytków. Muszą czuć, że ktoś o nich dba".
Całość spaja oczywiście postać Aleksandry, świetnie zresztą wykreowana przez osiemdziesięcioletnią Galinę Wiszniewską. Pełni ona w obrazie kilka ról. Zaczynając od tej najbardziej prozaicznej, czyli jest babką jednego z tych dzielnych chłopców, którzy bronią Matki Rossiji. Główna bohaterka to też pewnego rodzaju podróżniczka, która przybywszy do wojskowej bazy z ogromną chęcią poznaje codzienny rytm życia przebywających tu na służbie żołnierzy, ale i błąka się po okolicy, nawiązując kontakty z mieszkańcami pobliskiej wioski. Dla wojaków jest za to dobrą ciocią, która przynosi im ciasteczka i papierosy z bazaru, do którego oni, nie mając przepustki, nie mogą się wybrać. Jednak przede wszystkim jest ona uważną obserwatorką świata który ją otacza, rzeczywistości brutalnej wojny. Nie jest jej obojętne to, co dzieje się wokół. A trzeba przyznać, że komentarze starszej już, ale i życiowo zaradnej Aleksandry momentami pełne są ironii, chwilami cynizmu czy pogardy, innym znów razem współczucia. Jest tak wymowna i przekonywająca, że widz gotów jest przyjąć jej zdanie za swoje. Twórcom i samej aktorce udało się dokonać czegoś wielkiego: stworzyli oni barwną postać, która jednak jako osoba nad wyraz skromna nie wyróżnia się z tłumu niczym poza celnymi spostrzeżeniami.
"Aleksandra" to bez wątpienia film godny polecenia. Pokazuje, wbrew przekonaniu, które narodziło się w Polsce po ubiegłorocznej premierze filmu "1612", jakoby kino rosyjskie to jedynie bajeczki z historycznym podtekstem tworzone na zamówienie Kremla, że w Rosji można kręcić filmy obiektywnie pokazujące tamtejszą rzeczywistość, obrazy bez narzuconej wizji świata, bez niepotrzebnego moralizatorstwa. Reżyser nie bawi się w politykę, nie epatuje trupami. Twórcy dystansują się od konfliktu rosyjsko-czeczeńskiego pragnąc ukazać wojnę jako coś ponadczasowego, jako przejaw upadku człowieka, jako tragedię ludzkości. Niezwykłość "Aleksandry" polega na tym, że za pomocą prostych środków i przy prostym scenariuszu każe widzowi zatrzymać się nad przedstawionymi w filmie sprawami, które już proste i banalne wcale nie są.
Piotr Pieńkosz


HEIMA
Wszędzie dobrze, ale ...
Sigur Rós to obecnie fenomen na skalę światową. Ta założona w 1994 roku islandzka grupa swą nazwę (oznaczającą Różę Zwycięstwa) wzięła od imienia siostrzenicy jednego z członków zespołu - dziewczynka przyszła na świat w dniu powstania kapeli. Pięć lat później dzięki albumowi zatytułowanemu "Agaetis Byrjun" (co oznacza "Dobry Początek") zespół zyskał międzynarodową sławę i rozpoczął koncerty między innymi u boku Radiohead. W roku 2002 ukazała się płyta "( )", a we wrześniu 2005 "Takk...". W 2006 po raz pierwszy Sigur Rós gościli w Polsce. Latem tego samego roku powrócili ze światowego tournee, by zagrać kilka darmowych i niezapowiedzianych koncertów w Islandii. I o tym powrocie opowiada niezwykły muzyczny dokument Deana DeBlois - "Heima".
Gdy się gdzieś spotykamy w czwórkę,
grając muzykę tworzymy jedność,
Nie rozmawiamy ze sobą za wiele, po prostu gramy.
"Heima" po islandzku oznacza "dom". Przebyli tysiące kilometrów, zwiedzili prawie cały świat, teraz powrócili do domu. Do Islandii. A Islandia pokazana w filmie to miejsce niezwykłe, magiczne. Jak sami przyznają, koncerty tutaj to refleksja i wyciszenie. Tacy są też muzycy: spokojni, małomówni, introwertyczni. Dlatego też nie lada wyczynem dla reżysera filmu Deana DeBlois było zarejestrowanie na taśmie nie tylko specyficznej chemii, jaka wytwarza się między muzykami i publicznością, ale przede wszystkim wyciągnięcia z artystów chociażby tych kilku słów na temat ich twórczości, niespodziewanej sławy, Islandii. O tym, jak ciężkie to zadanie, przekonał się amerykański dziennikarz Luke Burbank, który zaprosił zespół do swojej audycji. To, co otrzymał, kompletnie nie nadawało się do puszczenia w eter. W filmie DeBlois muzycy w końcu się otwierają. Może dlatego, że są w domu.
Dokładnie kiedy zaczęliśmy grać, wiatr się uspokoił.
To było jak magia, no ale w zasadzie tak miało być.
Po koncercie wiatr znowu zaczął wiać.
Koncerty w małych wioskach na łonie natury, w małych pubach, w opuszczonych fabrykach. Wśród publiczności rodzina, przyjaciele, dziadkowie, młodzież, dzieci. Dźwięki gitar, fortepianu, ale też marimby z kamieni, stuletniego rabarbaru, dziecięcego pianina-zabawki. Do tego krajobrazy Islandii urzekającej pięknem. Atmosfera rodem ze snu. Tylko w takim miejscu mogła narodzić się muzyka zespołu Sigur Rós. I tylko w takim miejscu mogła ona zabrzmieć najpełniej.
Naszą muzykę traktujemy zawsze poważnie.
Dużo nad nią pracujemy.
Może czasami nawet za dużo.
Wszyscy którzy kochają kino i muzykę nie przejdą obok tego filmu obojętnie. "Heima" wciąga totalnie, a po zakończeniu w każdym z nas zostaje coś z tej wyspy, z jej mieszkańców, z jej kultury. To coś można by nazwać, ale słowa w tym przypadku są całkowicie zbędne.
Łukasz Opaliński


POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ | KONKURSY NA STRONIE KMF