Martyna G.
Przypatrzmy się uważnie filmografii Stevena Spielberga:
z jednej strony mamy cyfrowych obcych z "Wojny Światów", którzy - bądźmy
szczerzy - rewolucją w tej dziedzinie nie są, mamy też parodię filmów o
dzielnym archeologu, tym razem w wersji CGI oraz całkiem sprawnie wykreowane
wizje przyszłości w "A.I." i "Raporcie Mniejszości".
Z drugiej strony stoją natomiast:
"Szczęki" z gumowym rekinem, który tylko i wyłącznie dzięki oszczędnemu
montażowi uniknął pełnego zdemaskowania, "Bliskie spotkania trzeciego
stopnia" oraz "E.T." pod względem efektów specjalnych zostały wyparte przez
bardziej "efekciarskie" - "Gwiezdne wojny", serię Indiany Jonesa z
klasycznymi dla lat 80 trikami wizualnymi oraz cyfrowe dinozaury.
Po tych eliminacjach zostaje tylko "Szeregowiec Ryan". Film zrealizowany
zgodnie z mottem najzdolniejszego ucznia Spielberga - Roberta Zemeckisa -
"Najlepsze efekty to takie, których nie widać".
Desant na plaży w Normandii wbijał w fotel widzów na całym świecie, a
obecnie jest istnym wzorem dla reszty filmowców, jak kręcić II wojnę
światową (patrz: "Wróg u bram", "X-Men Origins: Wolverine", "Sztandar
Chwały" itp.). Brak nominacji do Oscara za efekty specjalne można porównać
tylko do zignorowania świetnej charakteryzacji w "Odysei Kosmicznej", kiedy
to Akademia Filmowa wzięła ludzi przebranych za małpy za... prawdziwe
zwierzęta, które (według Akademii) czując respekt przed samym mistrzem,
zagrały tak jak Kubrick kazał.
"Szeregowiec Ryan" jest mniej lub bardziej spektakularnym wykorzystaniem
efektów specjalnych, które to tym razem nie miały wcale odwracać uwagi od
fabuły, ale idealnie się z nią komponować. Takiego Spielberga lubię i
takiego chcę oglądać!
Adam W.
Jako młody chłopak z wypiekami na twarzy wertowałem kolejne strony opowieści
o dinozaurach. Czytanie o diplodokach, triceratopsach i tyranozaurach było
dla mnie równie atrakcyjne, co kopanie piłki wraz z kumplami z ulicy, czy
kilkugodzinne wypady na rowerach. Istniał jednak jeden problem - wyobraźnia
przestawała nadążać, ponieważ zdjęcia przestały jej wystarczać. Właśnie
wtedy z pomocą nadszedł "Park Jurajski" Stevena Spielberga. Efekty pracy
komputerowych magików przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Bez żadnych
ogródek można powiedzieć, że okrutny, lecz szalenie intrygujący świat
dinozaurów został wskrzeszony. O sile wizji Spielberga i talencie jego ludzi
świadczy fakt, że nawet dziś - w dobie "Avatara", efekciarskich
majstersztyków Baya, itp. - "Park Jurajski" wciąż świetnie się broni. Po
sztucznie stworzonym ekosystemie panoszą się pełnokrwiste i krwiożercze
gady, a nie śmieszne potworki, a to już niemal dwadzieścia lat od premiery.
Zadziwiające...