|
KONKURS "ZERO" ZAKOŃCZONY!
Dzięki uprzejmości portalu
MuzykaFilmowa.pl
oraz
Opus Film
zorganizowaliśmy konkurs z okazji premiery filmu "Zero". Zadaniem konkursowym było napisanie recenzji tego tytułu. Poniżej przedstawiamy zwycięskie prace - niektóre z nich nie przekroczyły wymaganych 2000 znaków, ale zgłoszeń było tak mało, iż poniższe teksty nadrobiły formą i treścią. Zwycięzcy otrzymują ścieżki dźwiękowe z filmu "Zero" z muzyką Adama Burzyńskiego oraz fragmentami dialogów.
|
|
Z W Y C I Ę Z C Y I N A G R O D Y
|
Soundtracki otrzymują następujące osoby:
Piotr Pieńkosz
Agnieszka Leśniak
Zofia Jankowska
Całej trójce serdecznie gratulujemy!
Fundatorem nagród jest Opus Film:
www.opusfilm.pl
| |  |
|
|
|
Z W Y C I Ę S K I E T E K S T Y
|
PIOTR PIEŃKOSZ
Zero fikcji, samo życie
Debiutancki film Pawła Borowskiego Zero opowiada o zwykłym życiu, jakie co dzień toczy się w wielu polskich metropoliach. Opowiada jednak z dystansem, w sposób niezwykle przewrotny, co sprawia, że na to życie, które w świecie realnym nas nudzi, momentami irytuje, na ekranie spoglądamy z niekłamaną ciekawością.
W przypadku obrazu Borowskiego trudno mówić o jakiejś jednej, wyraźnie zarysowanej linii fabularnej. Zero to raczej zbiór kilku filmowych nowel, dla których elementami spajającymi są wspólne miejsce akcji - nienazwane duże miasto oraz czas akcji zamykający się tu w dwudziestu czterech godzinach. Poznajemy więc prezesa dużej korporacji (Robert Więckiewicz), w życiu zawodowym człowieka sukcesu, któremu jednak sypie się niczym domek z kart związek małżeński z żoną (Aleksandra Popławska), podejrzewaną przez niego o zdradę. By udokumentować niecne czyny swojej ukochanej, wynajmuje on detektywów (Bogdan Koca i Zbigniew Konopka), którzy mają ją śledzić. Jako widzowie zaglądamy również do domu publicznego prowadzonego przez producenta filmów pornograficznych (Przemysław Bluszcz), który nieustannie musi zmagać się ze swoimi gwiazdkami, zachodzącymi raz po raz w ciążę. Spotykamy też znajdującego się na życiowym zakręcie sprzedawcę tekturowych zabawek (Sławomir Rokita), który po stracie pracy para się tym zajęciem, by zarobić na chleb. Z jeszcze większymi problemami musi mierzyć się kolporter gazet (Andrzej Mastalerz) - ojciec bezustannie głowiący się nad tym, jak zdobyć pieniądze na przeszczep dla ciężko chorej córki. Natomiast gdzieś ulicami metropolii przemyka taksówkarz (Marian Dziędziel), który co dzień z dystansem spogląda na opowieści z życia wzięte snute przez pasażerów...
Właśnie na przykładzie takich historii pojedynczych ludzi Borowski porusza uniwersalne problemy, tworząc wnikliwe, choć co zrozumiałe fragmentaryczne studium świata, w którym żyjemy. Pełne ironii, chwilami goryczy, ale zarazem i humoru. Reżyser pokazuje chociażby, że nawet w świecie o tak mocno rozbudowanych kanałach komunikacyjnych, dokucza człowiekowi samotność, z którą każdy musi się zmierzyć w różnych momentach swojego istnienia. Udowadnia też, że miłość w rzeczywistości bardzo rzadko przypomina ten idylliczny stan znany nam z dzieł wielkich poetów, samo zaś życie to nie bajkowa sielanka, a zazwyczaj brutalna gra, w której każdy może nas przechytrzyć, oszukać. Zresztą podobnych poważnych kwestii Borowski porusza tu znacznie więcej, a jedną z ciekawszych jest problem rządzącego naszymi losami przypadku.
Od strony realizacyjnej Zero zachwyca znakomitą obsadą aktorską, niespotykaną, jak na polskie warunki. Borowskiemu udało się na planie jednego filmu zebrać zaskakująco długi szereg gwiazd rodzimego kina. Swoją wiedzą zdobytą podczas pracy nad poprzednimi obrazami, wspierają oni młodych aktorów, po których reżyser na szczęście też nie zawahał się sięgnąć. Ci ostatni wnoszą na ekran jakże potrzebny powiew świeżości, a naszej kinematografii dają świetlane widoki na przyszłość. Ta mieszanka doświadczenia i rutyny z młodością i energią to bez wątpienia odważne posunięcie twórców, ale i niezaprzeczalny atut ocenianej produkcji.
Zero to niewątpliwie jedna z najciekawszych premier kończącego się właśnie roku. Szkoda tylko, iż na naszym rynku tak niebanalne produkcje przemykają praktycznie niezauważone. Obrazu Borowskiego na próżno szukać w repertuarach nie tylko multipleksów, ale i dużej części mniejszych kin. Warto się jednak trochę postarać i odnaleźć tę pozycję w programie, bo to w zasadzie ostatnia szansa, by zobaczyć ów film na wielkim ekranie.
AGNIESZKA LEŚNIAK
Film "Zero" jeśli chodzi o poziom z tytułowym zerem niewiele ma wspólnego. Akcja na pięć, nawet z plusem, muzyka zdecydowanie na szóstkę, gra aktorska bez zadęcia, zdjęcia na światowym poziomie. Jeden dzień z życia miasta. Wszystko dograne jak w zegarku - szwajcarskim! - poszczególne sceny jak trybiki idealnie ze sobą współgrają, każda akcja wywołuje reakcję. Słowo "tak", dokładnie jak to wypowiedziane przed ołtarzem, zmienia życie, z tym, że nie dwójki, ale większej ilości osób. Aktorka filmów porno i producent tychże, pedofil, prywatny detektyw, rodzice śmiertelnie chorego chłopca, lekarka korzystająca z płatnej miłości, biznesmen i jego niewierna żona - cała plejada postaci mniej lub bardziej pokręconych, ale połączonych smutkiem "bólu istnienia". Nie ma w nich radości, są samotni, przepełnieni złością. Jak w życiu: miłość maszeruje w parze z nienawiścią, seks ze zdradą, pomoc z wdzięcznością finansową. Boli? Dziwi? Przeraża? Nie powinno, przecież znamy to z własnego podwórka, tylko może na wielkim ekranie poraża wyrazistością. "Zero" budzi emocje, pozwala oceniać konsekwencje decyzji podjętych przez bohaterów i to z komfortowej pozycji kinowego fotela. W pewnej chwili ze zdziwieniem uświadamiamy sobie jednak, że dokładnie tak samo jest w życiu realnym: każda nasza decyzja budzi jakąś reakcję i dalszy ciąg, niczym w ustawianych mozolnie kostkach domina. Czyli co, człowiek nie jest jednak samotną wyspą? Albo jest, ale takich wysp są miliony, może i samotnych, a jednak współzależnych od siebie? "Zero" budzi pytania, refleksje, przemyślenia, po wyjściu z kina człowiek zatrzymuje się w biegu - czy nie jest to powód do dumy dla reżysera? Czy nie o emocje w kinie chodzi? Ostatnio ciągle trafiałam na głupawe komedyjki, które poza chwilowym śmiechem, nie pozostawiały nic w pamięci, kilka dni po seansie nawet tytuł trudno skojarzyć z filmem. Nie neguję roli komedii, śmiech jest potrzebny, ale... Znaj proporcje mocium panie, jak mówił nieoceniony Fredro, a żeby śmiech dawał radość, nie może wypływać z pustki. Duże brawa dla "Zera"! Dawno nie oglądałam takiego filmu i myślę, że warto się z nim zmierzyć, chociaż nie obiecuję rozrywki. Warto, bo jest zaskakującą perełką w polskiej kinematografii. Jeśli ktoś tak debiutuje w roli reżysera filmu pełnometrażowego, to z niecierpliwością będę czekała na kontynuację talentu Pawła Borowskiego.
ZOFIA JANKOWSKA
Gdzie to się dzieje? Rozpoznajemy warszawskie plenery, ale za chwilę widać, że jesteśmy w Łodzi, przyjmijmy więc, że to duże polskie miasto, niewymienione z nazwy. Jeszcze trudniej odgadnąć, kto tu jest głównym bohaterem. Bohaterów jest bowiem kilkunastu, a z drugim planem chyba kilkudziesięciu. Jeżeli widz chce się pobawić, może dokładnie policzyć. Tak czy inaczej pod względem nagromadzenia osób dramatu jest "Zero" osiągnięciem rekordowym. Akcja filmu rozwija się bardzo płynnie: w centrum uwagi jest postać A, następnie pojawia się w kadrze postać B, i po chwili kamera podąża już za nią, potem pokaże się C itd. Mimo tej mnogości wątków widz ani przez chwilę nie ma wrażenia chaosu, gdyż po pewnym czasie poszczególne elementy mozaiki zaczynają układać się w logiczną całość. Wszystko dzieje się w ciągu 24 godzin, w czasie tej jednej doby w życiu każdego z bohaterów wydarzy się coś ważnego, co wpłynie na jego dalsze losy. Mąż biznesmen zleca detektywom śledzenie niewiernej żony, starsza kobieta korzysta z usług płatnego kochanka, gwiazdka porno dowiaduje się, że jest w ciąży, matka potrzebująca pieniędzy na przeszczep dla dziecka przekona się, że miłosierdzie nie zawsze jest bezinteresowne. Oto świat, w jakim żyjemy w coraz większym pośpiechu, coraz bardziej byle jak. Może to nie odkrywcze, ale dobrze opowiedziane.
|
| |