FILMOWCY  WYNIKI KONKURSU
 Stowarzyszenie Filmowców Polskich

Nie spodziewaliśmy się, że tematyka polskiego kina wywoła wśród naszych czytelników tak duży odzew. Dostaliśmy bowiem aż 28 zgłoszeń. Szkoda jedynie, że 90% z nich ograniczała się do 2-3 zdań, przeważnie ocierając się o sylwetkę reżysera zamiast solidnie uzasadniać jego wybór. Wybraliśmy zatem 3 opisy, które naprawdę rzetelnie, dogłębnie i z zaangażowaniem tłumaczą dlaczego właśnie ten a nie inny reżyser. Autorzy zostają nagrodzeni książkami "FILMOWCY" z autografami Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego i Feliksa Falka. Zanim przejdziemy do prezentacji nagrodzonych prac, na początek mały prolog czyli tekst przez nas wyróżniony, autorstwa Piotra Rury.

Moje POKOLENIE lubi dobry film. Dzisiejszy film polski to KRAJOBRAZ PO BITWIE, a czasem nawet KANAŁ i nie da się go obejrzeć BEZ ZNIECZULENIA. Może Z BIEGIEM LAT, Z BIEGIEM DNI będzie lepiej...? Dlatego ten CZŁOWIEK Z MARMURU zasługuje na słowa uznania. Każda minuta jego filmu jest jak WIELKI TYDZIEŃ, a zapowiedź nowego dzieła jak ZIEMIA OBIECANA... Nigdy nie zapomnę takich filmów jak POPIÓŁ I DIAMENT, PAN TADEUSZ czy ZEMSTA. Dziękuję ANDRZEJOWI WAJDZIE za to, że dzięki niemu kinematografia polska jest bardziej LOTNA, a każdy dzień jest jak WESELE...

A teraz przechodzimy do podium, na którym odpowiednio znaleźli się:

1. miejsce - Michał Jasiński
2. miejsce - Dariusz Szarek
3. miejsce - Bogdan Jankowski

Gratulujemy i zapraszamy do kolejnych konkursów KMF!
A poniżej wszystkie trzy zwycięskie teksty.


JAN JAKUB KOLSKI (Michał Jasiński)
Kilka słów na temat "dlaczego moim ulubionym reżyserem jest Jan Jakub Kolski".
Zaiste w ciekawych czasach żyć nam przyszło - zdarza się jednak, że przesyceni doszczętnie polityczno-medialną nagonką na nasz spokój pragniemy myśleć, czuć, wierzyć, iż świat nie składa się tylko z układów, sieci, łże-elit i slapstickowych koalicji. Tę potrzebę eskapizmu w doskonały sposób zaspokoić może kino, cóż jednak począć, kiedy po seansie polskiego filmu człowiek wychodzi z kina mocniej jeszcze przygnieciony niż był przed wizytą w przybytku X muzy? Gdzie szukać natchnienia, gdy do wyboru mamy bądź fabularyzowaną publicystykę, którą spokojnie można by nazwać "filmem burym", (w opozycji do "filmu czarnego") - gdzie wpisują się ostatnie dokonania poniekąd wielkich twórców, takich jak Krauze, Zanussi czy Koterski, bądź rodzime, zupełnie atarantinowskie "pulp fiction" - śmieszna sensacja i przyprawiające o dreszcze komedie, których twórców przykro nawet wymieniać. Wybór zaiste mało szczęśliwy.
Jest jeszcze jednak ktoś taki, jak Jan Jakub Kolski - twórca, który potrafi porwać nas w magiczną podróż do jednej z najbardziej niezwykłych miejscowości w naszym kraju - do Popielaw. Reżyser, jak żaden inny w ostatniej dekadzie wypracował sobie własny, dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach styl - zarówno narracji, jak i sposobu ukazywania swojego świata. Swojego, bo mimo iż oprowadza nas po miejscach jak najbardziej istniejących (Popielawy znajdują się w województwie łódzkim, można je odnaleźć na mapie), to przefiltrowuje je przez pryzmat swojej niespożytej wyobraźni, rozszczepiając szarawą rzeczywistość na paletę barw, uczuć, emocji, rytuałów i legend. Tworzy świat tak zmysłowy, iż siedząc w ciemnej sali kinowej prawie czujemy wydobywający się z ekranu zapach siana, miękkość trawy, grząskość błota czy powiew wiatru - jednocześnie świat ten, prawie namacalny, jawi nam się jako mityczna kraina, tak odległa i tak niezwykła, iż po zakończonym seansie mamy wrażenie, iż wróciliśmy właśnie z egzotycznej podróży. Również postacie tego świata z jednej strony tchną realizmem na miarę filmów de Sici, prawie czuć odór alkoholu pomieszanego z potem unoszący się wokół Józefa Andryszka V, czy też delikatny zapach tanich perfum Hanutki z "Historii kina w Popielawach" - nie mamy wątpliwości, że ci ludzie żyją, przeżywają swoje dramaty, rozterki, namiętności. Z drugiej strony mają siłę oddziaływania symbolu, może nawet archetypu tragicznej, ale jakże pięknej ludzkiej egzystencji. Kolskiemu udało się coś, co nawet w kinie światowym nie jest częste. Jego twórczości blisko jest do dokonań Felliniego - tego wczesnego, z czasów "La Strady" czy "Nocy Cabirii", gdzie obiektywny realizm przeplata się z bardzo osobistą wizją artysty, umiejącego w otaczającym go świecie odnaleźć uniwersalny porządek. Dlatego tak łatwo Kolskiemu uwierzyć. Jego filmy mają siłę mitu - przyjmujemy więc z dobrodziejstwem inwentarza te wszystkie gadające świątki, dzieci z ogonkami, anioły i nienaturalnie wielkie owoce. I dlatego po seansie filmu Kolskiego wychodzimy z kina silniejsi, pokrzepieni, wzmocnieni wiarą w sens i porządek tego świata. Na koniec tego krótkiego wywodu można się jeszcze zastanowić skąd ta wielka siła Kolskiego i zdolność do tworzenia tak przekonujących snów na jawie? Odpowiedź odnaleźć można w rozmowie Szóstka z kolegą Staszkiem ze wspomnianej już "Historii kina w Popielawach":
Szóstek (będący z pewnością w dużej mierze alter-ego reżysera):
- Wierzysz w kino?
Staszek:
- Wierzę.
- Tak samo mocno jak w Pana Boga?
- Tak samo jak w Pana Boga.
- A ja chyba mocniej.
Tak, Kolski wierzy w kino. Wierzy w jego magiczną moc - a jak wiadomo wiara cuda czyni. A my mamy to szczęście, iż cudów tych możemy dzięki kinu doświadczać!



KRZYSZTOF KIEŚLOWSKI (Dariusz Szarek)
Nic się nie działo Panie, jak w polskim filmie...
Ten kultowy już tekst z filmu "Rejs", doskonale podkreśla sytuację polskiej kinematografii. Ale bynajmniej nie mam tutaj na myśli jej nieudolności, tylko samo podejście widza do niej. Wiele osób zafascynowanych zachodnimi produkcjami, bez wahania zgodzi się ze słowami zawartymi w podanym przeze mnie cytacie. Ale osoba, która troszkę wnikliwiej rozpatruje zjawiska zachodzące w przemyśle filmowym, dostrzeże sporą dawkę humoru i ironii, jaką zaprezentował nam Marek Piwowski. Reżyser doskonale wiedział co pisał, słowa, które na pierwszy rzut oka atakują rodzimą kinematografię, tak naprawdę są wymierzone w zachodnich twórców (nie ma co ukrywać, że chodzi tutaj przede wszystkim o Stany Zjednoczone, którymi zachwycała się Polska lat 70.). Nuda, jaką miał na myśli reżyser, to tak naprawdę brak pościgów, strzelanin, napadów na banki, bijatyk i innych tego typu elementów, charakterystycznych dla filmów rodem z Ameryki. Polską nudą nazwiemy więc historie o naszych rodakach, o ich rozterkach, problemach życia w tak trudnych czasach, jakie na szczęście mamy już za sobą. Czy realistyczne historie w dużej mierze prawdziwe mogą być nudne? Dla mnie zdecydowanie nie. Jednym tchem mogę wymienić polskich reżyserów, którzy swoją twórczością zasługują na wyróżnienie nie tylko w Polsce ale i poza jej granicami. Marek Piwowski, Wojciech Jerzy Has, Andrzej Wajda, Feliks Falk, Andrzej Kondratiuk oraz Krzysztof Kieślowski. To jedni z wielu artystów, obserwatorów życia w Polsce, o których często się zapomina. Tę brutalną prawdę zrozumiałem w chwili, gdy rozmawiałem z bliskimi mi osobami o tematyce tego konkursu. Moja dobra przyjaciółka pokusiła się nawet o stwierdzenie: "Szkoda, że nie można przedstawić sylwetki jakiegoś zagranicznego reżysera". Teraz chyba widać, dlaczego na wstępie zdecydowałem się zamieścić refleksję na temat relacji między polskimi twórcami filmowymi a ich widzami. Dyskusja w którą się wplątałem zmusiła mnie do obrony honoru polskiej kinematografii. Dlatego też tę pracę poświęciłem osobie Krzysztofa Kieślowskiego.
Ale przejdźmy do rzeczy. Krzysztof Kieślowski, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, scenarzysta o nieprzeciętnych pomysłach. Jego filmy mocno nasycone filozofią, metafizyką, specyficznym klimatem i artyzmem, zyskały sławę w całej Europie a nawet jeszcze dalej. Swego czasu, aby choć trochę zrozumieć fenomen jego osoby, sięgałem po książki jemu oraz jego filmom poświęcone. To co najbardziej mnie zafascynowało, to prostota jaką się cechował. Nie był taki jak większość artystów: przebojowy, wystylizowany, wyróżniający się z tłumu. Zapadał ludziom w pamięć za sprawą swojej nieprzeciętnej osobowości. Był rzemieślnikiem, tak najczęściej wypowiadał się o swojej pracy, która była całym jego życiem. Dosłownie całym. Kochał ją tak samo mocno jak nienawidził. Bo "...bycie reżyserem to nie sława, festiwale filmowe itd. To przede wszystkim ciężka praca, chłód, deszcz, wstawanie o 6 rano, po kilku godzinkach snu". Zawsze powtarzał, że gdyby znów był młody, to na pewno inaczej pokierowałby swoim życiem - oby jak najdalej od filmu. Sześć godzin dziennie, pięć dni w tygodniu i do domu. Do takiej pracy właśnie tęsknił. Ale stało się inaczej, jego osoba przeszła do historii. Bezgraniczne poświęcenie i ciężka praca, opłaciła się. Kieślowski mógł się pochwalić sławą na całym świecie o jakiej wielu może tylko pomarzyć. Decyzja jaką podjął w młodości, ukształtowała całe jego życie, aż w końcu zmęczony powiedział, że kręcenie filmów już dawno mu się znudziło. A w szufladach leżały jeszcze gotowe do realizacji scenariusze. Wieści o końcu kariery nikt nie traktował poważnie. Ale Kieślowski postawił na swoim, koniec z tym . . . wkrótce potem zmarł, a jedyną rzeczą jaką po sobie pozostawił, były właśnie jego filmy. Trzy kolory: "Niebieski", "Biały", "Czerwony", seria "Dekalogów", "Podwójne Życie Weroniki", "Przypadek", "Amator", to bezdyskusyjna czołówka jego dzieł, a zarazem najlepszy przykład jego geniuszu. Największym upodobaniem darzę "Dekalog V: Krótki film o zabijaniu", dzieło w którym dużą rolę odegrała twórczość Fiodora Dostojewskiego, a szczególnie książka pod tytułem "Zbrodnia i Kara". Historia głównego bohatera, Jacka, zapadła ludziom w pamięć w dużej mierze za sprawą bardzo drastycznych scen. Morderstwo taksówkarza przy użyciu: sznura, pałki a na końcu kamienia, którym Jacek ostatecznie uśmiercił swoją ofiarę, to najdłuższa w historii kina scena zabójstwa. Później mamy do czynienia z egzekucją, skazanego na karę śmierci, głównego bohatera. Ale bynajmniej Kieślowski nie miał zamiaru pokazać w ten sposób sprawiedliwości, wręcz przeciwnie. Jacek stał się tak samo jak taksówkarz, ofiarą. Bo śmierć, to zawsze śmierć, nie ważne z czyjej ręki i z jakiego powodu. Film szokujący, przepełniony emocjami, mocno działający na psychikę widza a może nawet na jego światopogląd i postawę w stosunku do, budzącej wiele kontrowersji, kary śmierci. Na drugie wyróżnienie zasługuje "Niebieski". Tym razem Krzysztof Kieślowski serwuje nam historię o poszukiwaniu sensu i szczęścia w życiu. Rzeczy dla wielu osób nieosiągalnej. Takie zdanie na ten temat miała główna bohaterka filmu, Julia, grana przez Juliette Binoche. Kobieta, która jednego dnia w wyniku wypadku samochodowego straciła męża i córeczkę, czyli wszystko co kochała. Jej ból po stracie bliskich nabiera na sile wraz z informacją, iż małżonek miał romans. Julia izoluje się od świata, zaciera wszystkie ślady nawiązujące do przeszłości i usiłuje zapomnieć. Wierzy, iż brak bliskich kontaktów z ludźmi zapewni jej spokój, a na pewno uchroni przed kolejnymi rozczarowaniami. Wraz z ujrzeniem napisów końcowych, wiemy jak bardzo myliła się Julia. Wyrzekając się innych ludzi straciłaby szansę na miłość i przyjaźń, które przez wielu są uważane za fundamenty ludzkiego szczęścia. Na szczęście do jej świata zakrada się inny mężczyzna, szczery i uczciwy, siedzący od dawna w ukryciu, uosobienie prawdziwej miłości, która bez wątpienia należy się przygniecionej przez los Julii. Te dwa filmy jak i wiele innych najlepiej obrazują talent Krzysztofa Kieślowskiego. Tak nieprzeciętne fabuły nie mogły zrodzić się w głowie zwykłego śmiertelnika. Dopracowane z dbałością o najmniejsze szczegóły, nasycone symboliką i metafizyką, a ponadto bardzo dobrze wyreżyserowane, tworzą niezwykłe wrażenia estetyczne. Nie bez powodu Krzysztofa Kieślowskiego okrzyknięto polskim Ingmarem Bergmanem. Mam jedynie skrytą nadzieję, że jeszcze za mojego życia, znajdzie się ktoś, kogo będzie można porównać do Krzysztofa Kieślowskiego. Szczerze przyznaję, że brakuje mi go.



STANISŁAW BAREJA (Bogdan Jankowski)
Moim ulubionym polskim reżyserem jest niestety nieżyjący już Stanisław Bareja, twórca kultowych komedii czasów PRL. Bareja jako jeden z nielicznych polskich powojennych twórców z konsekwencją uprawiał gatunek komediowy i na tym "gruncie" odniósł niekwestionowany sukces. W bogatym dorobku filmowym reżysera znalazły się tylko dwa gatunkowo odmienne utwory: "Dotknięcie nocy" i "Kapitan Sowa na tropie" - pierwszy polski serial kryminalny. Twórczość Barei można podzielić na dwa okresy. Pierwszy obejmuje lata sześćdziesiąte, czyli początek kariery reżyserskiej. W tym czasie powstają, pełne farsownych efektów, lekkie, przyjemne komedie sytuacyjne: "Mąż swojej żony", "Żona dla Australijczyka" czy "Przygoda z piosenką". Jednakże w tym okresie można było już w filmach Barei zauważyć trafnie zaobserwowane paradoksy życia w PRL-u: "Mąż swojej żony" czy "Małżeństwo z rozsądku". Ten zmysł krytyczny ujawnił się silniej w późniejszych filmach i serialach. Drugi okres przypada na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. W tym czasie beztroski "śmiech dla śmiechu" zastąpił "śmiech z podtekstami" - zjadliwa ironia i kpina z peerelowskiej rzeczywistości, satyra na narodowe przywary, posunięta nierzadko aż do surrealizmu. "Poszukiwany, poszukiwana", "Nie ma róży bez ognia", "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz ?" czy "Miś", to filmy w których Bareja jeszcze wyraźniej uwidocznił absurdy realnego socjalizmu. Filmy te (szczególnie "Miś") były bezlitośnie traktowane przez cenzurę. W latach osiemdziesiątych mimo cenzury Barei udało się nakręcić seriale: "Alternatywy 4" i "Zmiennicy", które surowo traktowały Polskę epoki Jaruzelskiego. Realizując swoje filmy Bareja wykorzystał niezwykły i rzadki dar obserwacji. Segregował świat na swój własny sposób. Prozaiczna i często absurdalna polska rzeczywistość była dla niego swoistym natchnieniem. Każda najbardziej błaha scenka "spod budki z piwem" mogła stać się motywem filmowym. Wielu aktorów stworzyło w jego filmach swe najwspanialsze kreacje. Stanisław Tym w "Misiu", Wojciech Pokora w "Poszukiwany, Poszukiwana", Krzysztof Kowalewski w "Brunecie wieczorową porą" czy wreszcie Jerzy Dobrowolski w "Nie ma róży bez ognia". Na uwagę zasługują również aktorzy drugoplanowi którzy - mimo niewielkich ról - potrafili "ubarwić" każdy film reżysera. To dzięki filmom Barei wtedy żyło się weselej i szkoda że dziś go nie ma, bo miałby o czym robić komediowe filmy.


OPIS KSIĄŻKI | KONKURSY KMF | STRONA GŁÓWNA