Otrzymaliśmy sporo ciekawych zgłoszeń, jednak mogliśmy wybrać tylko trzy.
Poniżej wypowiedzi, które spodobały nam się najbardziej - przypominamy,
że pytaliśmy o kategorie scenariuszowe, w których przyznawany jest Oscar,
oraz o najbardziej i najmniej zasłużonych (waszym - uzasadnionym - zdaniem)
zwycięzców w tych kategoriach. Szczęśliwcy otrzymają książk "Format
scenariusza filmowego" ufundowane przez wydawnictwo Wojciech Marzec.
Na podium znaleźli się:
1. miejsce - Mateusz Piskozub
2. miejsce - Aleksander Dębicz
3. miejsce - Małgorzata Chmielak
Zwycięzcom gratulujemy!
A wszystkich zapraszamy do kolejnych konkursów KMF-u.
1. MATEUSZ PISKOZUB
Jednym z najbardziej zasłużonych Oscarowych zdobywców w kategoriach scenariuszowych jest "Amadeusz" (1984) autorstwa Petera Schaffera na podsatawie sztuki teatralnej pod takim samym tytułem. Cenię go przede wszystkim za wspaniale rozrysowane i ukazane postacie - przede wszystkim Mozarta. Wielki kompozytor został przedstawiony tu w sposób bardzo niekonwencjonalny i odważny, a to w filmach biograficznych zdarza się bardzo rzadko. Geniusz scenariusza polega również na świetnie opisanym, a w filmie odtworzonym, świecie XVIII wiecznego Wiednia, a także to z czyjego punktu oglądamy widzianą, w obrazie Milosa Formana, historię konfliktu. Do tego warto wspomnieć o umiejętnym połączeniu scen dramatycznych z komicznymi (są to zwłaszcza te, w których Mozart się śmieje:) i o tym, co czyni film ponadczasowym arcydziełem - możliwości wielu różnych interpretacji.
Nie sposób oczywiście nie wspomnieć także o scenariuszu "Obywatela Kane'a" (1941), przez wielu uważany jako "ten najlepszy". Do dziś zaskakuje on niezwykłym pomysłem, świeżością, nieprzewidywalnością,zaskakującym przebiegiem sytuacji i nie rozwiązaną zagadką/tajemnicą znaczenia słowa "Roseboud".
Najmniej zasłużonym laureatem Oscara uważam Williama Monahana za "Infiltrację" (2006). Film, jak wszyscy dobrze
wiemy, jest remakiem trylogii z Hongkongu "Ifernal Affairs" (2002-2003), a jednak twórcy oryginału za swój pomysł i trud nie doczekali się nawet nominacji. Dlatego uważam tym większą niesprawiedliwością jest przyznanie nagrody człowiekowi, który go nie wymyślił, a jedynie poprawnie
przerobił.
Inną pomyłką Akademii jest moim zdaniem złoty rycerz dla "Telefonu towarzyskiego" (1959), gdyż w tym samym roku były nominowane scenariusze, które o wiele bardziej zasługiwały na wyróżnienie, a dziś przez wielu uważane są za wzór wszelkich ideałów.
Chodzi mi tu o "Północ - północny zachód" (1959), "400 batów" (1959) i "Tam, gdzie rosną poziomki" (1957).
2. ALEKSANDER DĘBICZ
Amerykańska Akademia Filmowa Oscary przyznała już osiemdziesiąt razy. Zasłużenie
nagradzała bardzo wielu wybitnych artystów, ale też niejednokrotnie się myliła. Ze
względu na jej długą i bogatą historię, trudno mi wskazać najbardziej obiektywny i
słuszny wybór czy też najjaskrawszą pomyłkę szacownego jury, zwłaszcza w tak ważnej
kategorii jak najlepszy scenariusz. Jednym z najzasłużeniej nagrodzonych
scenarzystów, który po przeczytaniu konkursowego pytania pierwszy pojawił się w
moich myślach, jest niewątpliwie Woody Allen.
Dwukrotny laureat Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny do "Annie Hall" (1977)
i "Hannah i jej siostry" (1986) - w tej kategorii nominowany był jeszcze aż
jedenaście razy - musiał zachwycić Akademię, tak jak miliony kinomanów na całym
świecie, swoim niepowtarzalnym stylem i warsztatową precyzją. Te cechy Allena
szczególnie widać w charakterystycznej dla niego bardzo filmowej, skrótowej
narracji, która nie daje widzowi nieprzyjemnego uczucia literackości, mimo że
artysta niejednokrotnie porusza wcale nie łatwe problemy. Przyczyniają się też do
tego jędrne, inteligentne dialogi - dalekie od realizmu, starannie wypracowane, a
jednak sprawiające wrażenie niezwykle lekkich i bezpretensjonalnych. W tym tkwi
mistrzostwo twórcy "Wszystko Gra".
Za przykład wyjątkowo niesprawiedliwego, moim zdaniem, głosowania Akademików podam
rok 2006, w którym zwyciężyły scenariusze bardzo przeciętne, konkurujące z naprawdę
wybitnymi. Kuriozalną decyzją Akademii Oscara za scenariusz oryginalny otrzymali
wówczas Paul Haggis i Robert Moresco, scenarzyści "Miasta Gniewu". Oglądając to
dzieło odniosłem wrażenie, że jego twórcy dostali od producentów zadanie stworzyć
"film o rasizmie" i chcąc nie chcąc złożyli go z najbardziej wyświechtanych
hollywoodzkich schematów. Haggis i Moresco silili się na oryginalność, stosując
rozmaite zabiegi formalne, a wyszedł z tego nieznośnie pretensjonalny kicz. Do dziś
z trudem przyjmuję do wiadomości, że Akademia Filmowa wolała nagrodzić scenariusz
"Miasta Gniewu", a nie nominowane genialne dzieło Woody'ego Allena - wspomniane już
"Wszystko Gra". W 2006 roku Akademia rozczarowała mnie również przyznaniem Oscara
za scenariusz adaptowany Dianie Ossana'y i Larry'emu McMurtry'emu, autorom filmowej
adaptacji opowiadania Annie Proulx "Tajemnica Brokeback Mountain". Przy całym
szumie wokół tego kontrowersyjnego filmu Anga Lee, uważam, że opowiada on bardzo
banalną melodramatyczną historię, która tym różni się od innych, że dotyczy pary
homoseksualistów. Ossana i McMurtry niewątpliwie sprawnie przełożyli ją z języka
literackiego na filmowy, ale osobiście nieporównywalnie bardziej cenię sobie pracę
nominowanych Dana Futtermana (za "Capote") oraz Erica Rotha i Tony'ego Kushnera (za
"Monachium"), autorów scenariuszy doskonałych i chyba trudniejszych do napisania.
3. MAŁGORZATA CHMIELAK
Rozpocznę od nagród za scenariusz adaptowany. Jak wiadomo, teksty te
powstały na podstawie czegoś już stworzonego - głównie utworów literackich
(choć nie zawsze).
W tym przypadku stanowczo prościej, niż przy nagrodach za scenariusz
oryginalny, jest oszacować, który tekst mniej czy bardziej zasługuję na
nagrodę Akademii - wystarczy znać oryginał i dogłębnie porównać stworzony
na jego podstawie film z pierwowzorem. Porównanie tekstów oryginalnych to
zupełnie inna para kaloszy - nie można ocenić tam, jakości przełożenia
czegoś istniejącego na język kina, bo porównuje się całkowicie autorskie
dzieła. W tym przypadku w jeszcze większym stopniu siłą decydującą o
przyznaniu nagrody pozostaje, najzwyczajniej, gust członków Akademii
Filmowej, z którym, jak wiadomo, można się zgadzać...albo nie:)
Wiele filmów nagrodzonych Oscarem za "Najlepszy Scenariusz Adaptowany" to
bezapelacyjnie świetne dzieła - "Ojciec Chrzestny"(1972), "Lot nad
kukułczym gniazdem" (1975), "Milczenie Owiec"(1991), Tajemnice L.A.
(1997), "To nie jest kraj dla starych ludzi"(2007) - żeby wymienić tylko
kilka. Jeżeli, chodzi, jednak, o porównanie ich scenariuszy do ich
pierwowzorów, to muszę przyznać, że tylko w kilku przypadkach miałam do
czynienia z oryginałami. Muszę jednak zwrócić szczególną uwagę na jedno z
nagrodzonych Oscarem za "Najlepszy Film Adaptowany" dzieł, które miałam
okazję poznać zarówno w formie filmowej jak i książkowej.
To "Forrest Gump"(1994) - magiczny efekt współpracy Roberta Zemeckisa
(jego najlepszy film) i Toma Hanksa (najlepsza rola). Przepiękna,
ponadczasowa opowieść, która bawi, wzrusza, czaruje pięknymi zdjęciami i
przełomowymi efektami, a także, naprawdę, daje do myślenia. To jeden z
tych niewielu filmów, które można wałkować to stokroć razy i nigdy się nie
znudzi (ba! za każdym następnym razem można odkryć coś nowego!).
Tym większe, było moje zdziwienie, gdy dotarłam do książki Winstona Grooma
będącej pierwowzorem scenariusza "Forresta". Ta okazała się, co najmniej o
klasę słabszą, prostą komedyjką, która spokojnie mogłaby się nazywać
"Niesamowite Przygody Forresta".
(w oryginale główny bohater poza przygodami znanymi z filmu odbywa pobyt
na wyspie ludożerców, a nawet wylatuje w kosmos). Adaptację, jaką dokonał
w tym przypadku scenarzysta mogę, śmiało, nazwać genialną - wycięto dosyć
sporo, ale i sporo dodano - i to świetnych elementów!. Fantastykę
zamknięto w realistyczne ramy, na nowo rozłożono akcenty, postaci na
kartach powieści stały się postaciami z krwi i kości...nie tylko moim
zdaniem powstało z tego arcydzieło. Chylę czoła przed panem Eric'iem
Roth'em - facet odwalił kawał niesamowitej roboty!
Na drugim biegunie będzie już dużo mniej liter, ale mówiono już o tym
wiele, więc może trochę mnie to usprawiedliwi - ta odpowiedź może nie
będzie oryginalna, ale trudno mi znaleźć lepszego kandydata na Najmniej
Zasłużony Oscar w kategorii Najlepszy Scenariusz Adaptowany (brzmi jak
nowa kategoria:) niż kontrowersyjnie nagrodzona "Infiltracja" (2006).
Co prawda, scenariusz napisali autorzy odpowiedzialni za tekst
pierwowzoru, czyli "Infernal Affairs", ale nagrodzenie tej przeróbki filmu
z Hongkongu Oscarem za "Najlepszy Scenariusz Adaptowany" było gestem,
stanowczo nie na miejscu, biorąc pod uwagę, że finalnie "Departed"
zgarnęło nagrody dla "Najlepszego Filmu Roku" i za "Najlepszą Reżyserię" -
a nominowane razem z "Infiltracją" do nagrody za "Najlepszy Scenariusz
Adaptowany" świetne "Małe Dzieci" czy "Notatki o Skandalu" ewentualnie nie
dostały absolutnie nic.
Ostatecznie, opóźniony o kilkanaście lat oscarowy triumf filmu Scorseese
przetarł również szlak dla atakującej nas dziś zewsząd potwornej lawiny
remake'ów (co, drażni mnie chyba jeszcze bardziej).
Scenariusze Oryginalne:
Tym razem zacznę od najmniej zasłużonego zdobywcy Oscara w tej kategorii.
W moim przypadku, mój wybór padł na "Zakochanego Szekspira"(1998) - wg
mnie, podobnie jak "Infiltracja" film stanowczo przeceniony przez Akademię
Filmową (7 Oscarów, w tym za Najlepszy Film). Największym grzechem tego,
stosunkowo prostego, melodramatu, przez który typuje go do tego niezbyt
chwalebnego tytułu jest to...że wygrał z "Truman Show". Otóż to - Peter
Weir stworzył film ważny, oryginalny, aktualny, a co więcej jedyny w swoim
rodzaju, a to nie zdarza się często. Historia napisana przez Marca
Norman'a i, Toma Stoppard'a do "Zakochanego Szekspira" po prostu nie
wytrzymuje porównania z tą wykreowaną przez Andrew Niccol'a do "Truman
Show". Lekki, niezobowiązujący, romans wygrał z czymś mówiącym coś ważnego
o nas, o naszej naturze, ale także o telewizji, kinie.
I to był błąd niewybaczalny.
Z wyborem filmu najbardziej godnego nagrody za scenariusz oryginalny jest
chyba największy problem - "Pulp Fiction" (1994), "Podejrzani" (1995),
"Fargo"(1996), "Między Słowami" (2003)...jest masę świetnych tytułów, a
wybrać coś coś konkretnego jest ciężko. Decyduję się, jednak, na
rewelacyjne "American Beauty"(1999). Alan Ball nakreślił rewelacyjną
historię z żywymi, autentycznymi postaciami, których wątki splatają się i
w finale dają nieoczekiwane rezultaty. Ale jest to, przede wszystkim,
opowieść o samych ludziach, ich pragnieniach, wadach, ograniczeniach i
dążeniach - czyste życie ujęte w słowach i przelane, później, na taśmę
filmową. Mistrzostwo, które widziałam tylko kilkakrotnie.
|