OPOWIADANIE OBRAZEM  WYNIKI KONKURSU
TWORZENIE STRUKTURY WIZUALNEJ W FILMIE, TELEWIZJI I MEDIACH CYFROWYCH
 Autor: Bruce Block

Otrzymaliśmy od was mnóstwo odpowiedzi, przez co wybranie zwycięzców było naprawdę trudne. Podawaliście naprawdę bardzo "obrazowe" tytuły, do tego bardzo dobrze uargumentowane. Zdecydowaliśmy się nagrodzić trzy najciekawsze i najbardziej nietypowe odpowiedzi. Ich autorom nie tylko udało się wybrać doskonale pasujące tytuły, ale potrafili też spojrzeć na nie przede wszystkim pod kątem obrazu i doskonale swoje spostrzeżenia uzasadnić.

Na podium znaleźli się:
1. miejsce - Jan Marczak
2. miejsce - Marcin Wilczyński
3. miejsce - Michał Łukowicz

Zwycięzcom gratulujemy! Każdy z nich otrzymuje książkę Bruce'a Blocka "Opowiadanie Obrazem" ufundowaną przez wydawnictwo Wojciech Marzec.

Dziękujemy za duże zainteresowanie konkursem i zapraszamy do następnych,
które na pewno już wkrótce pojawią się na naszej stronie.


1. JAN MARCZAK
Zastanawiałem się nad tym pytaniem dość długo. Do głowy przychodziły konkretne nazwiska, tytuły, obrazy. Przed oczami pojawiały się, między innymi, sterylne, idealnie kompozycje z filmów Mendesa ("American Beauty", "Droga do Zatracenia"), brudne i mroczne kadry z dzieł Finchera ("Siedem", "Gra", "Fight Club"), baśniowe i gotyckie obrazy Burtona ("Edward Nożycoręki", "Jeździec bez głowy"), czy historyczne fotografie Spielberga ("Szeregowiec Ryan", "Monachium", "Lista Schindlera"). Koniec, końców, postawiłem na kino stricte rozrywkowe, ale za to jaką bombę wizualną...
"Matrix" - ten film wszedł do kin bez specjalnego szumu, ale schodził już z pozycją jednego z bardziej dyskutowanych filmów drugiej połowy lat 90. Wachowscy zaprezentowali widzom spójny, niegłupi i wyjątkowo widowiskowy thriller SF, który szybko stał się światowym fenomenem, przedmiotem wielu inspiracji, a nawet analiz. Dzieło twórców późniejszego "Speed Racera" to, wbijający się głęboko w pamięć, wizualny majstersztyk. Gdy ktoś wypowiada słowo "Matrix" mam przed oczami mroczny świat w zielonych barwach, deszcz, długie płaszcze, czarne okulary, białego królika, bullet time, nieistniejącą łyżkę, setki broni, aż wreszcie nienagannie ubranych agentów ze słuchawką w uchu i Desert Eagle'em w dłoni itd. itd. Trudno o film z większą ilością tak bardzo charakterystycznych i ogólnie rozpoznawalnych elementów. Do głowy przychodzą mi, mimowolnie, również konkretne sceny - niemalże baletowa strzelanina przy bramce do wykrywania metali w połączeniu z defragmentacją kolumn, zakładanie pluskwy "bez-ustnemu" Thomasowi, brutalne okładanie pięściami Morfeusza przez agenta Smitha w namacalnej aurze sypiącego się tynku, scena na dachu ze słynnym ekwilibrystycznym unikaniem kul i jeszcze słynniejszą kwestią Trinity, czy też helikopter uderzający w krystaliczną powierzchnię nowoczesnego wieżowca...Tutaj, również, można by bezkreśnie przytaczać, właściwie, każdą scenę filmu.
Tyle, że dzieło Wachowskich to nie tylko rewelacyjne efekty, zdjęcia i klimat, to również dobry scenariusz. Sprawnie napisane, ciekawe postaci, które, są z krwi i kości zamiast z papieru, dobry protagonista i jeszcze lepszy antagonista; thriller, akcja, suspens, romans i SF z przekonującą wizją przerażającej przyszłości. W dodatku, zupełnie jak w filmach akcji Jamesa Camerona ("Terminator 2") składniki te wymieszane we, wręcz, idealnych proporcjach z efektami i widowiskowością, zapewniając filmowi wysoki wskaźnik "replayability".
Niestety, jest i tego druga strona. Pierwszym "Matrixem" Wachowscy ustawili sobie poprzeczkę tak wysoko, że w swoich następnych filmach, nawet jej nie musnęli. "Reaktywacja" i "Rewolucje" to niezbity dowód na to, że ta sama wizualna konwencja, ci sami aktorzy, a dodatkowo bonus w postaci jeszcze większej ilości efektów, widowiskowych walk i innych atrakcji - bez sensownego scenariusza - najzwyczajniej, nie wypala. Tajemnicze i intrygujące niedopowiedzenia z części pierwszej, zastąpił tu, próbujący coś wyjaśnić, pseudointelektualny bełkot (swoją drogą, jeszcze bardziej wszystko zagmatwał), a świetnie zrealizowane sekwencje akcji - powróciły w bardziej widowiskowej, szybszej i dłuższej odsłonie... ale za to bez emocji, a jak wiadomo, od efekciarstwa niedaleko do nudy (w przeciwieństwie do wbicia w fotel przy pierwszej części, na obu sequelach zdarzyło mi się w kinie przysnąć).
No, ale to tylko dowodzi tego, jak doskonały był "Matrix" nr 1 - efektowny, nie efekciarski, zaostrzający apetyt widza miast powodować przesyt i pomimo masy widowiskowych scen nie przytłaczający treści bombastyczną formą. Tak dobrze skrojone filmy rozrywkowe to, niestety, ewenement.



2. MARCIN WILCZYŃSKI
Uważam, że filmem, który zasługuje na miano "najbardziej obrazowego", najlepiej łączącego scenariusz ze stroną wizualną jest "Portier z hotelu Atlantic" (1924) Friedricha Murnaua. Uzasadnienie tego wyboru wydaje mi się proste i oczywiste: przedstawiona w tym filmie historia starego portiera, który ze względu na wiek zostaje przesunięty ze swego stanowiska do obsługi toalet, tracąc tym samym swój piękny uniform (obiekt powszechnego podziwu w dzielnicy, którą zamieszkuje i powód wielkiego szacunku, jakim darzą go sąsiedzi) - została opowiedziana WYŁĄCZNIE i w CAŁOŚCI za pomocą obrazu. Odczucia i myśli tytułowego bohatera, jego relacje z innymi ludźmi - wszystko to zostało oddane w dziele Murnaua jedynie poprzez grę aktorów, adekwatną do stanów emocjonalnych postaci pracę kamery, oświetlenie i montaż. Film ten nie tylko jest najlepszym dowodem na to, że historię w kinie można opowiedzieć w sposób całkowicie zrozumiały bez wspomagania się dialogiem, posługując się jedynie techniką filmową, ale stanowi chyba jedyną w historii X muzy pełną realizację czegoś, co Alfred Hitchock nazywał Czystym kinem i do czego w swej pracy dążyli i dążą wszyscy najwięksi twórcy kina zdający sobie sprawę z różnicy między medium filmowym a innymi rodzajami sztuki. Przygniatająca większość filmów fabularnych składających się na historię kina, to niestety jedynie "sfilmowane teatry" w małym tylko stopniu umiejętnie wykorzystujące język filmu do opowiadania historii - "Portier z hotelu Atlantic" jest najlepszym przykładem tego, co znaczy opowiadać w filmie w sposób FILMOWY.
Jest jednak jedna rzecz, którą muszę wyjaśnić. Otóż powiedziałem, że historia portiera opowiedziana jest od początku do końca wyłącznie za pomocą obrazu. Można by więc zapytać: no dobrze, ale co z tą jedną, jedyną planszą tekstową poprzedzającą ostatnią scenę filmu? Na to ewentualne pytanie odpowiadam: plansza ta oznajmująca, że portier niespodziewanie odziedziczył fortunę razem z następującą po niej sceną, w której tytułowy bohater z namaszczeniem obsługiwany jest w hotelowej restauracji przez tych samych ludzi, którzy wcześniej odebrali mu godność, miała stanowić w zamyśle Murnaua jedynie parodię bzdurnych happy endów charakterystycznych dla kina hollywoodzkiego (inna wersja mówi, że szczęśliwe zakończenie wymusili na reżyserze producenci filmu...). Dlatego też za wieloma badaczami sztuki filmowej można przyjąć, iż w rzeczywistości dzieło Murnaua kończy się tuż przed pojawieniem się planszy tekstowej.



3. MICHAŁ ŁUKOWICZ
Dla mnie najbardziej obrazowym filmem jest "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Martina Scorsese.
Dlaczego? Poprzez mistycyzm, który osiągnął reżyser dzięki specyficznemu sposobowi filmowania oraz przez klimat, który stworzył wieloma czynnikami, o których piszę niżej.
Nie będę rozpływał się nad fabułą, bo nie w tym rzecz. Trzeba jednak zaznaczyć, że to dzięki niej reżyser osiągnął to, co osiągnął. To był klucz do charakteru i sposobu filmowania całej historii. Jest to opowieść o Jezusie Chrystusie, który przez 1/3 ludności świata, uważany jest za Boga. Reżyser obrazu, Martin Scorsese zalicza się do tej grupy, co oglądając film da się wyczuć. Tak. Wyczuć. Ten film się bowiem czuje.
Dużą rolę odgrywa czerwień. Przewija się ona przez cały film. Już same napisy początkowe mają taki właśnie kolor. Krew w tym filmie bowiem odgrywa dużą rolę. Nie tylko chodzi o przelanie krwi przez Baranka, ale też o dylemat Jezusa dotyczący nowego przymierza. Przelać krew Rzymian, czy nie? Dlatego Scorsese często skupia naszą uwagę na kolorze czerwonym począwszy od napisów początkowych do końca filmu, podczas którego kolor ten przechodzi w pomarańczowy - kolor wyzwolenia od słabości. Wróćmy na chwilę jeszcze do czerwieni. Pojawia się ona, w postaci krwistego dymu, w scenach, w których pokazuje się pomnik cesarza, towarzyszy nam oczywiście podczas męki oraz podczas wyrzutów sumienia Chrystusa pod sam koniec filmu. Scorsese fantastycznie połączył tragedię płonącej Jerozolimy i tragedię Zbawiciela, poprzez nienaturalnie czerwone niebo. Dzięki temu zabiegowi widz czuje niepokój i nadchodzącą katastrofę. Innymi słowy, Scorsese napięcie, które w scenariuszu jest pewnie ukazane tylko w dialogu, buduje obrazem. Co więcej, nie stosuje specjalnych sztuczek, tylko zaprząta nam myśl drobnostką, którą widzimy tylko przez otwarte drzwi domu, w którym leży umierający Jezus.
Innym elementem, który wpływa na szczególny charakter obrazu są najazdy kamery. Chodzi mi o ujęcia charakterystyczne dla Martina Scorsese, które były stosowane m.in. w "Chłopcach z ferajny" i "Kasynie". W wyżej wymienionych filmach, taki sposób filmowania dodawał obrazowi nonszalancji i pewnego luzu. Tutaj dodają one filmowi mistycyzmu i poczucia obecności jakiegoś bliżej nieokreślonego obserwatora. Widz często ogląda fragmenty sceny z perspektywy wiatru. Gwałtowne zbliżenia, np. podczas rozmowy Jezusa z szatanem, niewątpliwie dodają filmowi emocji. Są one wprowadzane niespodziewanie, przyspieszając tempo dialogów i dodając wypowiedziom charakteru. Oprócz gwałtownych zbliżeń mamy spokojne, wolniejsze niż np. w "Kasynie" przejścia kamery, budujące w wyobraźni widza scenografię, która nie zawsze jest w pełni eksploatowana (np. scena w ogrójcu). Część tych ujęć poprowadzona jest z bardzo wysoka, co dodaje filmowi rozmachu. Widz podświadomie odbiera dość kameralną scenę jako wydarzenie wielkiej wagi. Coś nienagłośnionego, co ma jednak wpływ na historię ludzkości.
Pięknie sfilmowana została męka Chrystusa. Ową sekwencję podaję za przykład nie ze względu na symbolikę, czy jej wartości religijne, ale ze względu na wartości czysto artystyczne. Nie ma tu epatowania przemocą, czy pokazywania nadludzkich cierpień. Scorsese z męki robi bardzo poetycki i głęboki obraz. Ujęcia biczowania i nakładania korony cierniowej są przedstawione w dużym spowolnieniu. Dużą rolę odgrywa światło. Specyficzny światłocień modeluje ujęcia na obrazy. Jedno z ujęć przywodzi na myśl obraz Adama Chmielowskiego "Ecce homo" (Willem Dafoe, grający Zbawiciela ustawiony jest w niemalże identyczny sposób, jego oczy są jednak otwarte; patrzy wymownie na kamerę - widza).
Kolejną rzeczą, która zachwyciła mnie w tym filmie, jest subtelność twórców w przekazywaniu pewnych informacji. Nie wszystko jest pokazane "czarno na białym". Szczególną wartość ma dla mnie jedna z początkowych scen, w której Jezus postanawia otworzyć się na znaki od Boga. Mija go jeden z przechodniów, wyróżniający się kontrastowym ubraniem. Chrystus (którego myśli często słyszymy), dochodzi do wniosku, że musi to być anioł, mający wskazać mu drogę. Dochodzą do ciasnej chaty. Jezus siada w tyle, natomiast bliżej kamery siada ów tajemniczy człowiek. Następuje tu zbliżenie na Willema Dafoe (grającego główną rolę), jednak kamera zahacza o twarz "przewodnika" i zatrzymuje się na jego oku przez parę sekund. Okazuje się, że "anioł" doprowadza go do cudzołożnicy, gdzie Chrystus zastaje wystawiony na pokusę. Widz otrzymał od reżysera komunikat: mężczyzna, który przyprowadził tu Jezusa na pewno nie jest zwykłym człowiekiem. Kim jest? Nie wiemy. Ale wiemy jedno: Scorsese mistrzowsko operuje obrazem.
Można by jeszcze dużo mówić. Opiewać kontrastowanie przestrzeni filmowej z ciasnotą. Zachwycać się mistyczną sceną rysowania kręgu na pustyni. Opisać przedstawienie czterdziestodniowej pokuty i fantastyczne ukazanie samotności Jezusa. Przeanalizować piękną scenę wskrzeszenia Łazarza. Ten film po prostu obfituje w perełki, które smakuje się za każdym seansem.
"Com napisał napisałem". Com zobaczył zobaczyłem. Pora teraz raz kolejny film Scorsese skonsumować i przeżyć zdumiewające widowisko. Idealne w każdym calu. Począwszy na muzyce, skończywszy na obrazie. Amen.


OPIS KSIĄŻKI | KONKURSY KMF | STRONA GŁÓWNA