Na konkurs "PODRĘCZNIK DLA AKTORÓW" nadeszły 24 zgłoszenia.
Nie wiedzieć czemu, zabrakło propozycji takich nazwisk jak Marlon Brando
czy Robert De Niro. Z kolei Johnny'ego Deppa zgłosiło aż 5 osób, z czego
jednej z tychże osób chcielibyśmy powiedzieć, że nazwisko jej ulubionego
aktora to DEPP a nie DEEP :).
Na początek "Wybrane spośród zgłoszeń", czyli kilka wesołych
przykładów na to, jak nie należy pisać, biorąc udział w konkursach KMF.
Oczywiście pisownię pozostawiamy oryginalną ;)
"Billy Bob Thornton - gra z trzewi i nie zajmuje się swoim ego
(w odróżnieniu od innych aktorów), ma w sobie prawdę."
"Moją kandydatką na najlepszego aktora/aktorkę jest Joanna Brodzik,
jest najlepsza! Potrafi się wcielić w każdą osobę! Począwszy od niekoniecznie
mądrą Kasię z serialu "Kasia i Tomek" i psychiczną "kalekę"z "Magdy M".
Uważam, że to właśnie ona zasługuje na ten tytuł!"
"Najlepsz aktorka typuje Kasie Cichopek ponieważ wspaniale gra swoją role w serialu M jak miłość,
który jest zarazem moim ulubionym, miałem możliwość spotkania się osobiście z aktorką Kasią
podczas festiwalu piosenki cygańskiej w Ciechocinku. Ma bardzo ładną figurę, piekną urode,
poprostu jest gwiazdą wśród gwiazd."
A teraz przechodzimy do podium, na którym odpowiednio znaleźli się:
1. miejsce - Michał Jasiński
2. miejsce - Dariusz Szarek
3. miejsce - Łukasz Skóra
Gratulujemy i zapraszamy do kolejnych konkursów KMF!
A poniżej wszystkie trzy zwycięskie teksty... i nie tylko ;).
JACK NICHOLSON (Michał Jasiński)
Jack Nicholson - ach, cóż za uroczy drań! Mało które nazwisko srebrnego ekranu ma siłę tak magnetycznego przyciągania jak Nicholson właśnie. I to bez tytułów "najseksowniejszego żyjącego człowieka". Przeciwnie - z ekranu raczy nas często niedogoloną, chropowatą twarzą, zdobiona jedynie grymasem niepowtarzalnego uśmiechu, który sam w sobie stał się rozpoznawalną ikoną X muzy; prócz tego raczej licha sylwetka (niedawno wzbogacona jedynie nieskrępowanym brzuszkiem) i prawie zupełny brak poważania dla panujących mód. Jednak owo magiczne nazwisko na afiszu jest nieomalże gwarantem sukcesu filmu i to od przeszło czterech dekad! W czym tkwi siła wielkiego Jacka? Może w fakcie, iż jest absolutnym zwierzęciem filmowym - dzikim kochankiem kamery, która zdaje się go uwielbiać, a on bezceremonialnie bawi się tym faktem. Już w swoich pierwszych filmach, m.in. u Rogera Cormana, gdy tylko pojawiał się na ekranie, nawet w niewielkich epizodach, przyćmiewał swoich kolegów z planu. Z "Mięsożernej roślinki" z 1960 roku pamięta się praktycznie tylko krótki występ Nicholsona - bezczelne, pewne siebie wejście - wtedy jeszcze w manierze Jamesa Cagneya, który mógłby zresztą być ojcem Jacka!
I można by było powiedzieć - taki pozostał: ekranowy cwaniaczek, patrzący na świat lekko z ukosa swoimi żywymi, świdrującymi ślepkami, zaczepnie kwitując otaczającą go rzeczywistość szelmowskim uśmiechem. Takiego go pamiętamy z "Lotu nad kukułczym gniazdem", "Chinatown", czy z apogeum, osiągniętego w bezkompromisowej roli Jokera w "Batmanie". Czy ktoś wcześniej czy później osiągnął podobny efekt tak brawurowej błazenady połączonej z niepokojącym portretem nieobliczalnego psychopaty? Żywiołowa ekspresja współgra tutaj z olbrzymią dawką autoironii doprawioną szczyptą nonszalanckiej elegancji i erotyzmu na granicy narcyzmu. I ten głos, przeszywający, chropowaty ale ostry - frazy cedzone powoli, prawie szyderczo, hipnotyzujące z siłą kobry szykującej się do ataku na
struchlałą mysz - nikt nie przeciąga tak bezbłędnie samogłosek, jak Jack! Bez względu na fabularny finał dzieła Burtona, tę ekranową walkę postu z karnawałem bezsprzecznie wygrywa cyniczny pajac w fioletowym garniturze! Po jak cienkiej linie wtedy stąpał Jack, przekonał się niedługo później Tommy Lee Jones, odtwarzający postać TwoFace'a w "Batman Forever", który z tej liny spadł niestety w odmęty drętwego pajacowania, stając się niemal lichą karykaturą Nicholsona.
Jest więc Jack złoczyńcą doskonałym, ale czy tylko? Już w "Lśnieniu" pokazał, że psychopata to nie tylko biegający z siekierą szaleniec, ale również zagubiona, przerażona istota walcząca z ogarniającym ją mrokiem własnej duszy. Zmęczony, zamroczony, ociężały bohater dzieła Kubricka, włóczy się korytarzami hotelu Overlook, niczym upiór, próbując zdusić w sobie wściekłość i gniew, które już niedługo wybuchną nieuniknionym wulkanem agresji, drażnionej pokładami bezsilności w obliczu klęski. W tym być może tkwi w dużym stopniu sedno sukcesu Nicholsona; potrafi sprawić, iż za zewnętrzną powłoką błazna czy cynika odnajdujemy dramat cierpiącego człowieka. Człowieka pełnego kompleksów, strachu i bólu. Człowieka może często małego i krnąbrnego, ale naprawdę wiele czującego, szarpanego emocjami i rozterkami, chociaż tak bardzo wstyd mu się do tego przyznać. Dlatego może Nicholson sprawdza się idealnie nie tylko w rolach szaleńców, ale również - a może i przede wszystkim - w
rolach ludzi skazanych na klęskę, przegranych, próbujących ukryć ten fakt nawet przed sobą samym. Skutecznie 'przegrywał' swoje życie w "Pięciu łatwych utworach", "Chwastach" czy wreszcie w "Obsesji" i "Obietnicy", grając u swojego kolegi po fachu, Seana Peana. Ukoronowaniem tej drogi krzyżowej była rola w dramacie "About Schmidt", gdzie starzejący się, siwiejący emeryt dochodzi do wniosku, iż całe jego życie było pasmem wyuczonych, standardowych rytuałów nie mających głębszego celu czy sensu. Nicholson, wyjątkowo wyciszony, wolniejszy i bardziej stonowany w mimice niż zwykle - na początku próbuje robić hardą minę do złej gry, wyniośle rozglądając się dokoła, by w finale pogodzić się z miałkością życia i ze spokojem i pokorą przyjąć to, co jeszcze chce dać mu los. Geniusz Nicholsona przejawia się w bezwstydności z jaką odkrywa niedoskonałości swoich bohaterów; nie boi się pokazać ich śmieszności czy słabości. Nie ukrywa też swojej starości i
brzydoty, przerzedzonych włosów, zmarszczek czy plamek na skórze. Tak w szatańskiej błazenadzie jak i w gorzkiej drodze ku zatraceniu, Nicholson jest wręcz ekshibicjonistycznie szczery i prawdziwy. Jego twarz to scena, na której rozegrać może się każdy dramat. Twarz często nie potrzebująca wsparcia w postaci skomplikowanej charakteryzacji - jak było w przypadku "Wilka" Mike'a Nicholsa, gdzie przeobrażający się w mityczne stworzenie bohater nie potrzebował lateksu i sierści, by przekonać nas, że staje się zwierzęciem. Jednocześnie po raz pierwszy w historii kina, z oklepanego schematu przemiany udało się wydobyć prawdziwy dramat człowieka, który zdaje sobie sprawę, iż dzieje się z nim coś, nad czym w żaden sposób nie jest w stanie zapanować ani temu zapobiec. Jego wilkołak to nie funt kłaków i oczy świecące jak w jacksonowskim "Thrillerze". To przede wszystkim rodzący się zwierzęcy instynkt, wyostrzające się zmysły i - jakże by inaczej - zwierzęca chuć, a któż lepiej potrafi to wygrać niż dziki Jack?
Podsumowując, Nicholson jest aktorem charakterystycznym, ale niezmiernie uniwersalnym. Mimo pozornej maniery powtarzającej się niemal z filmu na film, objawiającej się szorstkim sposobem bycia, bezczelnym spojrzeniem i niepowtarzalnym grymasem, potrafi swoje role uzupełniać drobnymi często niuansami, sprawiającymi, iż każdorazowo, nawet w krótkim epizodzie potrafi stworzyć pełnokrwistą, prawdziwą i pozostającą na długo w pamięci postać, niejednokrotnie przyćmiewając głównego bohatera filmu. Cóż - już taki z niego zimny drań.
MAX SCHRECK (Dariusz Szarek)
Kinematografia liczy już ponad sto lat. Rewolucyjny wynalazek braci Lumiere, choć stworzony z myślą o filmach dokumentalnych, szybko został dostrzeżony przez rzeszę artystów, którzy widzieli w nim narodziny nowej sztuki, łączącej w sobie wszystkie pozostałe. Początkowo zwolenników kinematografu nie było wielu, prawdziwi koneserzy sztuki, arystokraci, uważali powstałe filmy za rozrywkę przeznaczoną dla nizin społecznych, które nie mają bladego pojęcia o istocie sztuki. Nawet kościół uważał powstały wynalazek za zbrodnię przeciwko Bogu, za którą szybko przyjdzie ludzkości zapłacić. Dziś już na szczęście nikt tak nie myśli, wysiłek pierwszych filmowców opłacił się, dopięli swego, film zajął ważne miejsce na Partenonie sztuk, na równi z literaturą, architekturą, tańcem i teatrem. Wynalazek braci Lumiere, choć jeszcze bardzo młody, znalazł największą rzeszę fanów oraz twórców.
Narodzili się reżyserzy, scenarzyści, montażyści, aktorzy i inni ludzie dzięki którym mamy przyjemność widzieć, słyszeć i przeżywać sztukę, jaką oferuje nam film. Praca wielu z nich została nagrodzona międzynarodową sławą. Największe szczęście mają tutaj oczywiście aktorzy z którymi bezpośrednio obcuje widz. Jak praca scenarzysty, reżysera i reszty ekipy filmowej pozostaje w cieniu, tak o pracy aktorów w całym tym przedsięwzięciu nie możemy tego powiedzieć. To właśnie oni kreują filmową rzeczywistość, wcielają się w najróżniejsze role, a więc mają tak samo duży wpływ na końcowy efekt dzieła, jak pozostali twórcy. Nie mniej jednak to im przypisuje się największe uznanie, słusznie czy też nie, to już inna sprawa. Ale pamiętajmy, że aktor byłby nikim, gdyby nie grana przez niego postać. Dlatego też przy wyborze najlepszego aktora kierowałem się właśnie tym mottem. I tym sposobem trafiłem w końcu na Maxa Schrecka. Wybór wielu może zaskakiwać, biorąc pod uwagę fakt z jak znakomitymi aktorami mamy dziś do czynienia i jak wielkie kroki robi sama sztuka aktorska z roku na rok. Pytanie tylko, czy dzisiejsze gwiazdy przejdą do historii? Czy będzie się je pamiętało za dwadzieścia, trzydzieści lat? Część z nich na pewno, ale zdecydowana większość zniknie tak, jakby nigdy nie istniała, gdy tymczasem osoba Maxa Schrecka, znanego z filmu "Nosferatu - symfonia grozy" F.W. Murnaua, jest i pozostanie na zawsze nieśmiertelna. Chyba żaden aktor w historii kina nie wywołał tylu emocji co Max. Ludzie na seansach filmu mdleli z przerażenia, dziś jest to niemożliwe biorąc pod uwagę fakt jak bardzo zdegenerowane (przez media) mamy społeczeństwo. Nie mniej jednak kiedyś tak było, przekonywująca rola Maxa doprowadziła nawet do tego, że posądzano go o wampiryzm. Wystarczy przyjrzeć się niektórym historiom związanym z jego osobą by zacząć się zastanawiać, czy nie ma w tym odrobiny prawdy. Jego demoniczny wygląd, zimne i przeszywające spojrzenie mówią same za siebie. A do tego jeszcze fakt, że przez cały okres kręcenia filmu, ani razu nie ściągnął swojego kostiumu wampira i spał w kartonowym pudle. Nie da się ukryć, że to dość dziwne, nawet jak na aktora. Wszystko to przesądziło o powstaniu mitu na temat jego osoby, legendy o wampirze, w którą wielu zdaje się uwierzyło. Nie bez powodu bowiem powstał film pod tytułem "Cień Wampira" z Johnem Malkovichem i Willemem Dafoe w rolach głównych, który nie jest jakby się początkowo wydawało filmem o Grafie Orloku, tylko właśnie o Maxie Schrecku, w obu wypadkach wampirze. Teraz chyba widać dlaczego zdecydowałem się przybliżyć sylwetkę właśnie tego a nie innego aktora. Szkoda tylko, że tak niewiele filmów z jego udziałem przetrwało do naszych czasów. Może udałoby nam się dowiedzieć czegoś więcej o jego osobie. Był wampirem czy nie, tego się nie dowiemy, ale jednego jestem pewien: aktorem był doskonałym, tak samo jak jego najsłynniejszy film. Aha, byłbym zapomniał, Max Schreck znaczy po polsku tyle co - maximum strachu.
RUTGER HAUER (Łukasz Skóra)
Rutger Hauer nie jest najlepszym aktorem. Być może jest nim De Niro, Gibson, Hopkins, Pacino, Peck, a może Anthony Quinn (aktorzy wymienieni w kolejności alfabetycznej). Dlaczego zatem nie wybrałem kogoś, kto grał w elitarnych ekranizacjach Szekspira, u Coppoli, Lyncha czy Bergmana? Bo uwielbiam Rutgera za dwie role, które zmieniają wszystko. Dwie role, które pozwalają wybaczyć udział w takich porażkach jak... i tu nie wymienię żadnego kiepskiego filmu z Hauerem, bo wiem, że jego fani lubią część tych produkcji - w jakiś dziwny, sentymentalny sposób: jak sentyment do dawnej dziewczyny, czy do Iron Maiden, którego słuchaliśmy kiedy byliśmy młodzi (bez urazy dla fanów - tak zgadzam się, że "Brave New World" to dobra płyta). Spuśćmy więc grzecznie zasłonę milczenia na te "hity". Możemy wstępnie ustalić, że filmy bez Roya Betty i Johna Rydera są tylko ciekawostką dla miłośników Hauera. Większość fanów Rutgera kocha go za "Blade Runnera" i "Autostopowicza". Znana jest też jego współpraca z Paulem Verhoevenem, gdzie nasz aktor debiutował na dużym ekranie ("Turkus Fruit" - 1973), jej wyniki nawet są szanowane, ale sam film w Polsce mało znany, i niestety niedostępny na DVD. Nie będę się nim zajmował - bo wciąż próbuję go dorwać.
"Blade Runnera" każdy zna, "Autostopowicza" każdy zna - a kto nie zna... opuszczam na niego zasłonę milczenia! Dlaczego akurat te filmy? Film akcji i "fantastyczno naukowe filmidło" - jak niektórzy złośliwie lubią określać "Łowcę Androidów". Niech każdy sceptyk spojrzy tylko na tytułowego androida... Zimna twarz, bez serca? Bez duszy? To właśnie twarz Rutgera Hauera - on urodził się by wystąpić w tym filmie, jego facjata to twarz androida. Wystarczy obejrzeć kilka wywiadów z nim. Kiedy na jego twarz wdzierają się emocje (śmiech, zdenerwowanie) emocje prawdziwego człowieka - nie możemy uwierzyć, że to taki sam człowiek jak MY! Przynajmniej ja miałem takie wrażenie. Pamiętając jego kreację Roya, tak w nią uwierzyłem, że zacząłem się zastanawiać czy to GRA AKTORSKA czy po prostu OBECNOŚĆ tego kogoś na ekranie. Dopiero spotkanie z nim, na poziomie bliższym rzeczywistości pokazało mi, że była to gra aktorska! (sic!) Rutger podczas kręcenia wyzbył się swojego wnętrza, emocji i przede wszystkim CZŁOWIECZEŃSTWA, by pokazać nam androida. To trudne zadanie - tym trudniejsze, że jego występ wieńczy symboliczne UCZŁOWIECZENIE androida. Aktor musiał nam pokazać wewnętrzną przemianę bohatera; najtrudniejszą z możliwych - jakieś niewiarygodne powstanie człowieka; NARODZENIE, a zaraz potem śmierć. Kiedy piszę te słowa, ciarki przechodzą mi po plecach - wiąż pamiętam nieśmiertelne słowa wypowiedziane przez Batty'ego: "Widziałem rzeczy, o których wam ludziom, nawet się nie śniło, wszystko to zniknie jak łzy w deszczu". Podobno słysząc tę kwestię, wszyscy na planie płakali. Nie dziwię się im - widzowie przed ekranem w tym momencie też płaczą. Autentycznie, byłem świadkiem. Wielokrotnie. Ludzie, którzy mówią, że nie lubią SF...
Oczywiście, że "Autostopowicz" jest filmem gorszym niż dzieło Scotta, ale nie w tym mój cel by porównywać te filmy. Jeśli zobaczymy te dwa dzieła pod rząd, będziemy mogli w pełni docenić kunszt aktorski Holendra (tak, facet pochodzi z Holandii, dokładnie z Breukelen). Mamy tu kreację, będącą przeciwieństwem poprzedniej roli. Roy Batty był postacią z krwi i kości, jak to się zwykło mawiać, czyli: znamy jego motywy, jego cel, jego historię, rozumiemy dlaczego szuka swego stwórcy itd. Dzięki temu widz ma z nim wręcz empatyczny związek. W Autostopowiczu John Ryder jest człowiekiem zagadką. Dlaczego zabija, skąd jest, i wreszcie KIM JEST - nie wiadomo. Jak wiarygodnie zagrać taką postać? Już metoda Stanisławskiego uczyła, żeby reżyser sporządził biografię postaci, by aktor znając ją mógł lepiej wczuć się w rolę. Rutger nie miał takiego ułatwienia. Ryzykowne było stworzenie postaci tytułowego autostopowicza - to przecież w marnych slasherach mamy morderców, w których motywy trudno nam uwierzyć. Co zrobił Rutger?! Po prostu właśnie wiarygodnie zagrał postać bez motywu. A jednak! Ot tyle - autostopowicz chce zabić. Tylko tyle wiemy, a wierzymy w to tak, że boimy się owego szwarccharakteru. Czujemy strach na sam szelest jego butów na piasku. Niesamowite. Jakimi środkami tego dokonał?
I tu dochodzę do podstawy i celu mojego wyboru. Do Tajemnicy aktorstwa. Nikt bowiem nie wie dlaczego uznany i doświadczony aktor w jednej roli wypada znakomicie, a inna jest klapą. Rutger zastosował tutaj te same środki co w "Blade Runnerze" - to samo zimno, brak emocji, brak duszy... to samo, a jednak widzimy dwie zupełnie inne kreacje. Nie wiem czego to zasługa; kontekstu, w którym występuje aktor? Fabuły w której uczestniczy? Być może każdego elementu po trochu. Otóż Rutger w latach '82 i '86 dotknął tajemnicy aktorstwa właśnie, być może on sam nie zdawał sobie sprawy, gdy to "coś" weszło w niego, nawiedziło go - i na planie pojawili się niezapomniany Roy Betty i nieodgadniony John Ryder. Na zawsze pozostaną z nami, dzięki gościowi, który zagrał główną rolę w "Poszukiwany: żywy lub martwy"!
I jeszcze na koniec dwa wyróżnienia:
Wesoły i niekoniecznie dobrze zrymowany wierszyk nadesłany przez
Monikę Chyczewską,
która uznała, że najlepszą aktorką jest... Joanna Liszowska ;)
Jest dziewczyną z wesołą miną,
z radością poznaje świat już od najmłodszych lat.
Energii Jej nie brakuje,
sporo czasem podróżuje.
Lubi wesołą zabawę
bardziej niż mocną kawę.
Otwarta jest na ludzi,
chce pomóc każdemu w trudzie.
Jej marzeniem jest,
by ludziom żyło się the best.
Umie się bawić ze wszystkimi,
przy każdej muzyce.
Nade wszystko jednak chce
brać od życia jak najwięcej.
Gdy na nią patrzę to widzę niezbicie
że bardzo kocha życie!!!
oraz sympatyczne i pomysłowe zgłoszenie, autorstwa Jagody Kowalskiej
Szanowni Państwo!
Ladies and Gentelmen!
Spotykamy się w ten piękny, oświetlony subtelnym blaskiem Księżyca wieczór, by przyznać doroczną nagrodę dla Najlepszego Aktora. Nad nami, na granatowym niebie błyszczy się tysiąc srebrzystych gwiazd. Także wśród nas jest ich wiele. A tylko jedna z nich zostanie dziś uhonorowana wspaniałą nagrodą. Nagrodą o jakiej marzy każdy, kto pierwszy raz wchodzi na scenę. Najpierw nieśmiało, z obawą. Później odważniej i zdecydowanie. Wkrótce spogląda na resztę zwykłych śmiertelników z ekranów kin, telewizorów. Poznaje smak sławy. Osiągnąć może wiele. Ale największy prestiż da mu tylko Nagroda Najlepszego Aktora. Przyznawana raz w roku, tylko jednej osobie. Właśnie dziś przypomnijmy, nominowano 20 aktorów z 15 państw świata.
Miłośnicy prawdziwego kina zadecydowali, oddając swe głosy przez cały ostatni miesiąc. Głosy przeliczono dokładnie i nie może być mowy o żadnej pomyłce. W tej oto białej kopercie znajduje się nazwisko Wybrańca.
Zdradzę Państwu drobną tajemnicę. Najlepszy Aktor zadebiutował niedawno mimo swojego słusznego wieku. Film z jego udziałem okazał się prawdziwym przebojem, a nasz debiutant stał się najbardziej rozpoznawalną twarzą współczesnego filmu. Zagrał tylko w dwóch produkcjach. Wrodzona skromność nie pozwala mu na więcej. Nie jeździ kabrioletem ani nie ma prywatnego domku w Alpach. Jest wiernym mężem i stanowi wzór do naśladowania. Miliony dzieci pragną być takim, jak on. Pełnym dobroci, wewnętrznego czaru, z wspaniałym aktorskim talentem. Oto (słychać rozdzieranie koperty, wzdychania widowni, odgłosy padających na ziemię ciał mdlejących kobiet) SHREK!!!
Szanowni Państwo, Najlepszym Aktorem zostaje Shrek! Prosimy Pana na scenę...
|