Otrzymaliśmy kilka ciekawych zgłoszeń, jednak mogliśmy wybrać tylko trzy.
Poniżej wypowiedzi, które spodobały nam się najbardziej - przypominamy,
że prosiliśmy o podanie jednego, najciekawszego waszym zdaniem duetu.
aktor-reżyser, podpartego przykładami wspólnie zrobionych przez nich filmów.
Jak widać w poniższych opisach, najbardziej doceniamy wypowiedzi dłuższe
i nie pozbawione odautorskiego komentarza - tych niestety otrzymujemy
niewiele. Otrzymaliśmy za to kilka krótkich, skromnych wypowiedzi, z których
wybraliśmy najbardziej interesującą. Zachęcamy do pisania bardziej złożonych
i oryginalnych opinii, dzięki czemu szanse na nagrodę znacznie wzrastają.
Szczęśliwcy otrzymają książki "Reżyserowanie aktorów" ufundowane przez
wydawnictwo Wojciech Marzec.
Na podium znaleźli się:
1. miejsce - Dariusz Sosnowski
2. miejsce - Mateusz Piskozub
3. miejsce - Bartłomiej Bywalec
Zwycięzcom gratulujemy!
A wszystkich zapraszamy do kolejnych konkursów KMF-u.
1. DARIUSZ SOSNOWSKI
Trzy lata po wspólnym debiucie - "Przeklętych ulicach" z 1973 panowie zaprezentowali światu "Taksówkarza", który był na to pierwszym dowodem.
Pod czujnym okiem Marty'ego De Niro stworzył postać Travisa Bickle - personę jednocześnie odrażającą i żałosną, przerażającą i budzącą litość - fenomenalna rola, która jest motorem napędowym tego kontrowersyjnego filmu.Plotka głosi, że kultowy, cytowany wiele razy, monolog De Niro przy lustrze nie miałby pewnie takiego kształtu gdyby Marty nie zaproponował wtedy Bobby'iemu improwizacji.
Nagrodzony Złotą Palmą "Taksówkarz" pokazał światu klasę obu panów oraz spowodował, że nie jeden widz zaczął uważniej śledzić ich kariery. A było na co czekać - po przerwie od ciężkich i kontrowersyjnych tematów w skupionym na związku dwojga ludzi, swingującym, acz niedocenionym "New York, New York" przyszedł czas na kolejne arcydzieło.
"Wściekły Byk" - czyli istne "Bez przebaczenia" filmów o boksie, ukazuje przejmującą historię mistrza wagi średniej Jacka La Motty, historię zupełnie odwrotną do losów np.: "Rockiego".
Scorsese wykreował tu przy pomocy De Niro (zasłużony Oscar) przygnębiający i boleśnie prawdziwy portret sportowca, który napędzany narastającą w nim wściekłością niszczy zarówno siebie i jak i swoich bliskich doprowadzając wszystko wokół siebie do ruiny. Oprócz fenomenalnego filmu (moim zdaniem - szczytowe osiągnięcie obu panów) do historii kina przeszedł fakt poświęcenia De Niro do roli La Motty - przytył on wówczas aż 20 kg.
Później był kolejny niedoceniony, dziś już trochę zapomniany "Królu komedii" z 1983 (zresztą zapomniany zupełnie niesłusznie - De Niro pokazał tu się z zupełnie innej, komediowej strony i udowodnił, że równie dobrze mógłby z sukcesem prowadzić Late Show w Telewizji), zaś w 1990 pojawili się oparci na faktach "Chłopcy z Ferajny". Panowie ukazali kulisy mafii bez ogródek, bez zbędnych upiększaczy czy tym bardziej gloryfikacji - surowo i z przeszywającym realizmem.
Wychowany w niebezpiecznej okolicy Scorsese, podparty bogatym reaserchem i świetnymi aktorami z De Niro, Pescim i Liottą na czele stworzył film, który uznawany był za najprawdziwszy obraz mafii zarejestrowany na filmie.
Po przygodzie z remake'iem w postaci świetnie zrealizowanego, trzymającego za gardło "Przylądku Strachu" z 1991 (znowu kapitalna rola De Niro - tym razem przerażającego gwałciciela i psychopaty) duet powrócił do tematu gangsterskiego półświatka w "Kasynie" (1995), gdzie spotkał się, jak dotąd, ostatni raz. Epicki portret żyjącego własnym życiem Las Vegas i uwięzionych w nim bohaterów walczących ze swoim żądzami i uzależnieniami nie osiągnął przewidywanego sukcesu, choć, nie tylko, wg mnie, to ostatni wielki film Scorsese (jaka w tym zasługa De Niro do końca stwierdzić się nie da).
Ich samonapędzający organiczny związek się rozpadł i mający już w pojedynkę o połowę mniej mocy, panowie, rozeszli się w różne strony - Robertowi zdarzyło się jeszcze zagrać bardzo dobre role (Gorączka, Fakty i Akty), aczkolwiek, nie stworzył już tak wybitnie zagranych i zapadających w pamięć postaci jak w filmach Scorsese. Co więcej, po pewnym czasie jego kariera zamieniła się w równię pochyłą, na której końcu znaleźli się chociażby "Zawodowcy" - nieudany powrót duetu aktorskiego ze wspomnianej "Gorączki" do gatunku sensacyjnego.
Marty, tymczasem znalazł sobie nową muzę - ambitnego Leonardo Di Caprio.
Niestety pomimo usilnych starań Leo nie może dorównać swojemu poprzednikowi, a Scorsese chyba trochę stracił wyczucie. Co prawda, "Gangi nowego Jorku" czy "Aviator' nie są złymi filmami, ale z pewnością do wspólnych kolaboracji Martina i Roberta brakuje im sporo. Do tego dochodzi wreszcie utęskniony przez reżysera deszcz Oscarów nad drugim zrobionym przez Marty'iego remake'iem - "Infiltracją - co swoją drogą, wyglądało trochę jakby Akademia uwierzyła, że "The Departed" to już szczytowe osiągnięcie starzejącego, od pewnego czasu nie będącego w najwyższej formie, mistrza, i trzeba go wreszcie nagrodzić póki jeszcze jest za mniej więcej co.
Takie jest moje zdanie, ale nie ma co kruszyć kopii, bowiem nic nie zmieni niepodważalnego faktu, że zarówno Martin jak i Robert swój wkład w kinematografię odpracowali wzorowo. Co najmniej trzy z ich ośmiu wspólnie zrobionych filmów przewijają się przez przeróżne listy filmów wszech czasów.
Ja, osobiście, po cichu liczę, że i w dzisiejszych czasach znajdą się równie związki aktorsko - reżyserskie, które takie jak De Niro i Scorsese - będąc w symbiozie stają się dwa razy silniejsi i tworzą tak rewelacyjne filmy.
2. MATEUSZ PISKOZUB
Jedną z charakterystycznych cech stylu Ingmara Bergmana była między innymi praca z tą samą grupą ludzi. Później już z samymi bliskimi przyjaciółmi czy nawet członkami rodziny. W zespole mieli zaszczyt pracować na przykład nieoceniony operator Sven Nykvist (21 wspólnych przedsięwzięć - 2 Oscary) czy kostiumograf Marik-vos Lundh (5 - 1 Oscar). Lista jest oczywiście o wiele dłuższa w przypadku aktorów. Na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o liczbę występów u szwedzkiego mistrza, stoi Gunnar Bjornstrandt. Zagrał w jego aż 23 filmach! Inni znani i lubiani to Max von Sydow i Erland Josephson. Jeszcze ciekawiej jest jednak pisać o aktorkach Bergmana. O zawsze pięknych i niepowtarzalnych Harriet Andersson, Ingrid Thulin czy Bibbi Andersson. Kobiety od zawsze go fascynowały. W swoich dziełach poddawał je nieustającej wojnie płci oraz cierpieniom. Wreszcie to za nimi, najczęściej ukrywał swoje 'ja', swoje prawdziwe, pełne bólu i lęku oblicze.
Jednak o sukcesie filmów reżysera z Uppsali z końca lat 60. i całych lat 70., wydaje mi się, świadczyła między innymi obecność nowej muzy Bergmana (prywatnie także kochanki - mieli nawet jedno dziecko), czyli Liv Ullmann. Urodzona w Tokio, Norweżka o zjawiskowej skandynawskiej urodzie, zadebiutowała w 1966 roku, w enigmatycznej "Personie" u boku Bibbi Andersson. To właśnie po tym występie Liv, już na dobre zajęła miejsce koleżanki, stając się głównym symbolem mrocznego i niejednoznacznego kina Bergmana. Na kolejną współpracę należało poczekać do 1968 roku. W tym właśnie roku ukazały się bowiem dwa obrazy z udziałem Liv: magnetyzujący, z pograniczy jawy i snu horror "Godzina wilka" oraz "Hańba", opowiadająca o bezsensie wojny i związanej z tym strachem i bezradnością jednostki. W obydwu dramatach partnerem aktorki był Max von Sydow, dla którego były to jedne z ostatnich spotkań z Ingmarem na planie.
Lata 70. to kolejny, szczytowy tym razem, etap w karierze Ullmann, w którym swoje umiejętności doprowadziła do czystej perfekcji. Dobrym przykładem będą tu kreacje u Jana Troella w "Emigrantach" i "Osadnikach" oraz u Sir Richarda Attenborougha w filmie pt.: "O jeden most za daleko". Jednak to, co pamięta się szczególnie to rzecz jasna, praca u ojca ich córki Linn. W 1971 roku Ingmar pisał w scenariuszu o śnie, gdzie trzy kobiety w śnieżnej bieli krzątały się po pokoju w oczekiwaniu na śmierć czwartej, Agnes. Mowa tu o "Szeptach i krzykach" - moim arcydziele nr 1. Na jego pomyślność bez wątpienia duży wpływ miały skłócone i wewnętrznie skomplikowane a jednocześnie wspaniale się uzupełniające postaci grane przez Harriet Andersson, Ingrid Thulin, Kari Sylwan oraz właśnie Ullmann. Śmiem również twierdzić, że Liv w żadnym innym projekcie nie wyglądała piękniej niż w tym wyżej wymienionym. Czarująco niewinne i przestraszone błękitne oczy plus rude, zlewające się z czerwoną tapetą, włosy dawały i nadal dają niezapomniany hipnotyczny rezultat. Do tego warto jeszcze dodać niesamowite światło-cienie padające na cudownie zresztą oświetloną twarz, odsłaniając przed nami niejako umęczoną duszę jej Marii. Wysoka forma była utrzymywana w następnych obrazach - w "Scenie z życia małżeńskiego", czyli
rozprawie na temat damsko-męskich relacji małżeństwa z dziesięcioletnim stażem, dalej w onirycznym "Twarzą w twarz" (nominacja do Oscara) czy wreszcie w przejmującej "Jesiennej sonacie", gdzie wystąpiła razem z Ingrid Bergman.
W ostatniej dekadzie XX wieku Liv Ullmann odeszła od zawodu na rzecz reżyserii i tworzenia scenariuszy. Te znajdowały się oczywiście pod czujnym okiem starego już mistrza, konsultując z nim, to co napisała. Zaowocowało to na przykład "Intymnymi zwierzeniami" (1996) czy "Wiarołomnymi" (2000). Jednak jeszcze w 2003 roku, zgodziła się wziąć udział w telewizyjnej kontynuacji "Scen..." - "Sarabandzie". Było to pierwsze spotkanie Ullmann z Ingmarem na planie od 25 lat. Jak się niedługo miało okazać, było to ostatnie dzieło jakie Szwed zrealizował. W jednej ze scen, niespełniona i przegrana Marianne spogląda z żalem i tęsknotą na fotografię, ukazującą ją samą z okresu pełnego rozkwitu jej urody...
Fenomen kina i osoby Ingmara Bergmana jest badany przez wielu. Jego filmy nie budziłyby jednak takich emocji, gdyby nie trudny do zdefiniowania osobliwy rodzaj więzi z aktorami. Choć niekiedy bywał tyranem i wymagał więcej niż należało, to zawsze chronił i ufał im jak mało komu. Dawał dużą swobodę przy kręceniu konkretnych ujęć. Pozwalał na małe improwizacje, jeśli miało to pomóc danej scenie czy nawet całemu filmowi. Dzięki metodom zaczerpniętych z reżyserii teatralnej nie ograniczał ruchu postaci, wskazując w jakim miejscu mają dokładnie stanąć oraz co i jak powiedzieć. Wierzył w ich instynkt a oni odwdzięczali się mu z kolei wspaniałą grą aktorską. Również Liv.
3. BARTŁOMIEJ BYWALEC
Najciekawszy moim zdaniem tandem aktor - reżyser to bez wątpienia duet pochodzący ze Starego Kontynentu. Duet ten to Klaus Kinski i Werner Herzog, którzy dzięki swojej współpracy stworzyli 5 niebanalnych filmów oraz 5 wybitnych kreacji aktorskich Klausa. Mimo, że prawie nigdy nie współpracowało im się w miłej lecz spartańskiej atmosferze to wszystkie te kłótnie i groźby adresowane między siebie zaowocowały pięcioma świetnymi filmami, stanowiącymi dziś już kanon kina europejskiego. Kinski nazywał Herzoga tchórzliwym i sadystycznym potworem żądnym pieniędzy, a mimo to za każdym razem kiedy proponował mu rolę to ją przyjmował. Kiedy się spotkali po raz ostatni na planie "Cobra Verde" to Klaus powiedział Wernerowi, że "To wszystko co mogliśmy razem osiągnąć. Na więcej się nie piszę." Niestety okazało się to prawdą po wkrótce aktor zmarł (1991). Po jego śmierci Herzog powiedział "Kinski był stworzony dla mojego kina".
|