|  |
Na konkurs scenariuszowy wpłynęło 9 zgłoszeń.
Nagrodziliśmy 3 najciekawsze propozycje. Ogólnie poziom konkursu był nieco
wyższy niż średni, ale przyznać musimy, że gdybyśmy mieli nagrodzić
cztery prace spośród nadesłanych dziewięciu, to z czwartą byłby problem.
Tak więc dobrze, że mamy do rozdania tylko 3 książki "Jak napisać scenariusz filmowy" ;).
Wśród Waszych odpowiedzi na pytanie: "Czy można nakręcić dobry film...
bez dobrego scenariusza?" często przewijał się tytuł "300" - czego się zresztą
spodziewaliśmy ;). Kto nie widział "300" i nie wie, dlaczego akurat ten tytuł
był często wspominany przez uczestników naszego konkursu - marsz do kina! ;)
Zatem na podium znaleźli się:
1. miejsce - Maciej Sosnowski
2. miejsce - Dariusz Szarek
3. miejsce - tajmniczy Damian ;)
Wszystkim dziękujemy za udział i chłodno (bo gorące lato za oknem) zachęcamy do uczestnictwa
w kolejnych konkursach organizowanych przez KMF i różne zaprzyjaźnione instytucje ;).
1. MACIEJ SOSNOWSKI
"Czy można nakręcić dobry film... bez dobrego scenariusza?"
Myśląc o odpowiedzi na to pytanie wyleciało mi zupełnie z głowy jedno
słowo. Mianowicie "dobrego". Zastanawiałem się więc nad tym czy można
nakręcić dobry film w ogóle bez scenariusza. Doszedłem do wniosku, że owszem,
wystarczy mieć dobry pomysł wyjściowy i talent do improwizacji;).
Oczywiście z papierową rozpiską całego przebiegu akcji, scena po scenie,
byłoby duuużo łatwiej. Ale kręcenie bez scenariusza jest jak najbardziej
możliwe, a gdy w toku takiej improwizowanej produkcji uczestniczą
wyjątkowo uzdolnione postaci - jest szansa, że wyjdzie z tego coś dobrego,
a przynajmniej interesującego. Niektóre filmy w konwencji paradokumentu
np: takie jak "Blair Witch Project" czy (mniej) "Człowiek Pogryzł Psa"
wydają się mieć, po prostu, dobrze wyeksploatowany pomysł wyjściowy; po
projekcji tych filmów widzowi może się wydawać, że twórcy nie bawili się w
spisywanie jakichś scenariuszy, ale po prostu nagrali różne, improwizowane
na etapie kręcenia, sekwencje i później zgrabnie je zmontowali. Ile z tego
stwierdzenia jest prawdą, wiedzą tylko autorzy tych dzieł, ale jeżeli
chodzi o mój gust, to oba filmy uznaję za bardzo dobre. Chodzą słuchy, że
nawet kultowy "Rejs" był kręcony bez scenariusza.
No ale koniec wymądrzeń "nie na temat", czas na właściwą odpowiedź :).
Czy można nakręcić dobry film bez dobrego scenariusza?
Wydaje mi się, że tak, ale trzeba tu wybitnego twórcy, który dziury w
skrypcie zaleje swoją pomysłowością i kreatywnością, odwróci naszą uwagę
od niewyszukanej treści i skupi ją na innym, wybranym przez siebie
elemencie. Takim twórcami są z pewnością Quentin Tarantino i Robert Rodriguez.
"Kill Bill" tego pierwszego był prostą, wręcz banalną historyjką o
zemście, ale to co wyróżniało go spośród podobnych produkcji i rzuciło na
kolana krytyków, to wysmakowana forma. Tarantino, duży dzieciak z
wypożyczalni video, bawił się w nim motywami kina, wyśmiewał konwencję i
przy okazji oddał jeszcze parę chołdów mistrzom swojego dzieciństwa.
Wszystko to polał smakowitą polewą z czarnego humoru - wyznacznikiem jego
wszystkich filmów. Gdyby ta produkcja pozbawiona była jednak tych
wszystkich prześmiewczych elementów, przerysowanych postaci rodem z
komiksu, świetnych dialogów, walk o niesamowitej choreografii, ukłonów w
stronę wschodniego kina walki i tych wszyskich mrugnięć do widza, powstałby
pewnie film, który poziomem nie przewyższałby kolejnej kopaniny z
Jetem Li. A tak jak jest - wyszło świetne.
Podobnie ma się sprawa z Rodriguezem, którego "El Mariachi" czy
"Desperado" to przecież proste historie, które jednak zostały opowiedziane
z realizatorską wirtuozerią i właśnie dzięki temu zyskały wielką aprobatę
widzów. W Stanach puszczany jest już w kinach wspólny film obu panów
- "Grindhouse" - inspirowany ultra-niskobudżetowymi filmami klasy Z - horror, w starym,
krwawym stylu gore, który pomimo wylewanych hektolitrów krwi również
autentycznie śmieszył (inne filmy tego typu pomimo wątpliwej wartości
scenariusza również były świetną rozrywką - ave "Martwica Mózgu" Petera
Jacksona czy "Martwe Zło 2" Sama Raimiego). Wypowiedzi krytyki są bardzo
przychylne jeżeli chodzi o Grindhouse, a fakt iż kolejny film o ataku
zombie, czy historia o samochodzie zabójcy nie są na pewno oryginalną
historią, tylko dowodzi, że scenariusz to jednak nie wszystko.
2. DARIUSZ SZAREK
"Aby nakręcić dobry film potrzebne są trzy rzeczy.
Po pierwsze dobry scenariusz.
Po drugie dobry scenariusz.
No i jeszcze dobry scenariusz."
- Alfred Hitchcock
Mistrz suspensu na pewno miałby nie lada problem z odpowiedzeniem na pytanie konkursowe. Ze względu na podziw jakim obdarzył pracę scenarzystów, najprościej byłoby mu powiedzieć: NIE, nie można nakręcić dobrego filmu bez dobrego scenariusza! Odnoszę jednak wrażenie, że w słowach mistrza jest sporo skromności i chęci pochwalenia scenarzystów. Nalezy im się, bo są najbardziej niedocenianymi ludźmi w przemyśle filmowym. Mimo, iż to od nich zaczyna się cała zabawa w kino. Miesiącami, w pocie czoła, ślęczą nad maszyną do pisania, aby stworzyć coś wartego uwagi. By potem w przypadku sukcesu kinowej produkcji, stać w cieniu podziwianych aktorów i reżyserów. Nie mniej jednak nie można powiedzieć, iż film z dobrym scenariuszem jest automatycznie skazany na sukces. Prawda jest taka, że o efekcie decyduje każda osoba biorąca udział w przedsięwzięciu jakim jest kręcenie filmu. Czy "Psychoza" stałaby się kultowym filmem, gdyby w rolach głównych grał ktoś inny niż Anthony Perkins i Janet Leigh? A nad całym projektem nie czuwał Alfred Hitchcock? Mnie osobiście trudno jest to sobie wyobrazić. Tym sposobem doszedłem do następującego wniosku: aby stworzyć dobry film potrzebne są najodpowiedniejsze osoby na właściwych miejscach. Aktorzy, reżyserzy, montażyści, kamerzyści, scenografowie, to właśnie od nich zależy czy film osiągnie sukces, czy nie. A gdy ma się porządny sztab ludzi, to nawet ewentualne braki w scenariuszu przestają mieć znaczenie. Oczywiście do scenariusza "Psychozy" nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Nie mniej jednak zdarzały się filmy, które zrobiły ogromne wrażenie mimo, iż ostateczny efekt pracy scenarzystów dawał wiele do życzenia. Najświeższym przykładem jest "300" Zacka Snydera. Dialogi w filmie są momentami tak tragiczne, że lepiej aby ich w ogóle nie było. To co mówią do siebie poszczególni bohaterowie filmu, robi wrażenie chyba tylko na nich. Narrator też wydaje się być całkowicie zbędny. Bo jaki sens ma relacjonowanie tego co się dzieje na ekranie. Dziecinny błąd a jednak zdarzył się nawet w takiej produkcji, która powinna być dopięta na ostatni guzik. Ale czy na błędy w scenariuszu w ogóle ktoś zwrócił uwagę? Chyba nikt się nad nimi zbytnio nie zastanawiał, bo film robi ogromne wrażenie. Twórcy zaserwowali nam sporą dawkę wrażeń audiowizualnych. Film ten w pełni potwierdza moją teorię, że zły scenariusz może być uratowany wysiłkiem reżysera, aktorów, montażystów oraz co daje się zauważyć w "300", grafików komputerowych i muzyków. Tym ostatnim szczególnie należy się uznanie, bo to oni są odpowiedzialni za widowiskowość i ostateczny sukces filmu. Jeżeli orkiestra dobra to i bez nut zagra.
3. TAJEMNICZY DAMIAN ;)
Oj tak, sprawa nie jest tak prosta jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Każdy mógłby napisać bez zastanawiania, że podstawą dobrego filmu jest dobry scenariusz i pewnie miałby więcej niż 50% racji. Sprawa jest jednak moim zdaniem porządnie zakręcona i pewnie też taka będzie moja odpowiedź, ale mam nadzieję, że doczytacie się tu jakiejkolwiek myśli przewodniej... czy może kilku ;).
Podstawowy problem polega na tym, że to, co dla jednych jest mistrzowstwem, dla innych może być tandetą i odwrotnie. Słowem: gust. To on określa czy dany scenariusz jest dobry, czy kiepski. Jedni zasypiają na "Ojcu chrzestnym", inni na "Rambo". I jak tu określić który scenariusz jest lepszy? Ba, czy w ogóle można mówić, że któryś jest kiepski? Nieważne czy film opowiada o dramacie II WŚ, czy o dojrzewaniu pomidorów w szklarni - jeśli robi to ciekawie, to ludzie go oglądają. A to czy jest ciekawie nie zależy tylko od scenariusza. Są jeszcze aktorzy, jest reżyser, no i strona wizualna. Film to nie tylko historia, czasami to przede wszystkim widowisko. Ot takie "300" - nic oryginalnego, patetyczne do bólu, ale za to jak wygląda! Kogo obchodzą niedorzeczności scenariusza, kiedy szczęka z wrażenia opiera się o kinową wykładzinę na podłodze! Tak więc chociaż obiektywnie ta historia nadawała się raczej tylko na komiks, to po tym co zobaczyliśmy na ekranie, wychwalamy Snydera za to, że "ożywił kadry komiksu Millera" (standardowa kwestia;). Albo inna historia - jeden z moich ulubionych filmów "Bez twarzy". Scenariusz: zły zamienia się twarzą z dobrym i ten drugi chce ją odzyskać... pozostaje to tylko skomentować internetowym skrótem: WTF?! Ale jak się dzieło Woo włączy to największa głupota staje się najmocniejszym atutem filmu, który dzięki czemuś tak idiotycznemu zyskuje charakter, trzyma w napięciu i wciąga jak gra "na chwilę" w Mario podczas nauki.
A teraz coś z zupełnie innej beczki;)
"Babel"- obiektywnie jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku z mądrym, pięknym scenariuszem. Subiektywnie- oglądanie tego filmu to była dla mnie mordęga. Nieustanne czekanie aż wydarzy sie coś złego, depresyjny nastrój- przez to nie nazwę tego scenariusza nawet dobrym, bo najnormalniej w świecie nie lubię takich historii ;).
Jeszcze inna sprawa: czy kiedyś nie było wam wstyd, że jako dzieciaki oglądaliście z ogromnym zaangażowaniem film, który teraz uznalibyście za totalnego gniota, u którego podstaw leży właśnie beznadziejny scenariusz? ;) Czasem tak bywa, że aby "zachować twarz", w życiu się nie przyznamy, że kochamy jakiś film, by w chwilę potem niecierpliwie wcisnąć "play" i oglądać go z wypiekami na twarzy.
Kończąc w końcu, żeby jakkolwiek odpowiedzieć na pytanie konkursowe napiszę:
Każdy i żaden film ma dobry scenariusz, więc żaden i wszystkie są dobre pomimo kiepskich historii.
|