W MGNIENIU OKA. SZTUKA MONTAŻU FILMOWEGO  WYNIKI KONKURSU
 Autor: Walter Murch

Ten konkurs przejdzie do historii jako jedyny konkurs KMF, w którym wszyscy uczestnicy stanęli na podium. I nie chodzi tu bynajmniej o to, że podium przygotowaliśmy tak duże, że mieści się na nim masa osób, tylko o to, że w konkursie "SZTUKA MONTAŻU" wzięły udział zaledwie trzy osoby. Widocznie specjalistyczna tematyka zadania konkursowego odstraszyła potencjalnych uczestników. Tym bardziej wielkie brawa należą się trzem śmiałkom, którzy zmierzyli się z montażem filmowym i dali nam trzy ciekawe przykłady na to, jak ważnym filmowym środkiem wyrazu może być montaż. A teraz już czas zaprezentować zwycięskie teksty i rozdać książki ufundowane przez Wydawnictwo Wojciech Marzec.

1. miejsce - Dariusz Szarek
        Montaż w "Requiem for a dream"
2. miejsce - Michał Nowak
        Montaż w "Happiness of the Katakuris" Takashiego Miike
3. miejsce - Zbigniew Piernik
        Montaż sceny w "Black Hawk down"

Gratulujemy i zapraszamy do kolejnych konkursów KMF!
A poniżej wszystkie trzy zwycięskie teksty.


REQUIEM FOR A DREAM (Dariusz Szarek)
O tym jak ważny w przemyśle filmowym jest montaż, zdają sobie sprawę wszyscy. Niejednokrotnie to właśnie umiejętność profesjonalnego łączenia kadrów decydowała o faktycznych walorach estetycznych filmu. Nawet wówczas, gdy zawodziła reżyseria lub zdjęcia. Dlatego też w dzisiejszych czasach, bardzo duży nacisk kładzie się na pracę montażysty, do którego należy ostatnie słowo przy tworzeniu filmu, a w szczególności thrillera lub horroru. Nic więc dziwnego, że miałem niemały problem z wyborem filmu, który cechowałby się odważnym, nowatorskim i wyróżniającym się montażem. Dopiero po dłuższym zastanowieniu się, poszperaniu w dostępnej mi kinematografii, znalazłem to, czego szukałem: "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky'ego. Historia czworga ludzi wciągniętych w narkotykowy nałóg, mocno zapadła widzom w pamięć za sprawą fenomenalnie zmontowanych ze sobą zdjęć, którymi zajął się ceniony przede wszystkim przez Jima Jarmusha, Jay Rabinowitz. Współpracował on z reżyserem na planie większości jego filmów ("Broken Flowers", "Cofee and Cigarettes", "Ghost Dog", "Dead Man"). Jednak żadne z wyżej wymienionych dzieł nie stanowiło dla niego tak dużego wyzwania, jakie postawił przed nim Darren Aronofosky. To właśnie w "Requiem dla snu", Jay Rabinowitz pokazał największy kunszt. Reżyser poprosił go o pomoc przy stworzeniu silnie działającego na psychikę widza dramatu, w którym główną rolę gra zjawisko narkomanii. Co z tego wyszło? Po sześciu latach od premiery, praktycznie każdemu na myśl o "Requiem...", malują się przed oczami sceny związane z zażywaniem środków odurzających przez głównych bohaterów. Krótkie, następujące po sobie ujęcia, występują w filmie w postaci swoistego mostu, łączącego dwa odmienne stany psychiczne bohaterów. Od pełnej świadomości po narkotyczny amok. Pokazane na ekranie w teledyskowym tempie, kolejno: sposoby przyrządzania i aplikowania narkotyków (heroiny, kokainy, na tabletkach odchudzających kończąc), oraz reakcja organizmu na nie (podwyższone ciśnienie krwi, rozszerzanie się źrenic), sprawiły, iż film stał się najbardziej charakterystycznym, spośród wielu innych, poruszających problem narkomanii. Energia, jaką włożył Jay Rabinowitz w swoją pracę opłaciła się. Dzięki jego wysiłkowi, widz do końca filmu siedzi wbity w kinowy fotel, nie tracąc ani chwili, nawet na mrugniecie powieką. A cały spektakl z minuty na minutę nabiera coraz szybszego tempa, kompilacja ujęć jest coraz częstsza. Montażysta daje chwilę wytchnienia dopiero po ostatniej, najbardziej drastycznej scenie filmu, przedstawiającej końcowe losy bohaterów. To tutaj szczególnie należy się ukłon w stronę montażysty, któremu w doskonały sposób udało się przedstawić różne, a jednak bardzo do siebie podobne sytuacje życiowe bohaterów. W tym samym czasie Harry, skrajnie wyczerpany, poddaje się zabiegowi amputacji ręki, Tyron wykonuje ciężką pracę w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Matka Harry'ego, Sara, trafia do zakładu psychiatrycznego, gdzie częstują ją potężną dawką prądu z elektrowstrząsów. A Marion, aby zdobyć kolejną działkę, w akcie desperacji decyduje się występować w mocno nasyconych pornografią przyjęciach u Dużego Tima (opisałem najdelikatniej jak potrafiłem). Efekt w każdym wypadku jest taki sam, klęska bohaterów. Zdjęcia, jeżeli nie swoją drastycznością, to na pewno montażem zmuszają widza do emocjonalnego zaangażowania. Nie mówiąc już o nieprzeciętnej muzyce Kronos Quartet, która doskonale komponuje się z resztą filmu. Aby zrozumieć, co mam na myśli trzeba po prostu to wszystko zobaczyć, usłyszeć i poczuć.



HAPPINESS OF THE KATAKURIS (Michał Nowak)
Kiedy myślę o tym, jaki film można by opisać ze względu na jego wyjątkowy montaż, nasuwają mi się obrazy najróżniejszych cenionych reżyserów. Temat aż się prosi o opis jakiegoś dzieła Kubricka, Finchera, czy Stone'a. Z drugiej strony, postanowiłem sięgnąć tam, gdzie noga przeciętnego widza rzadziej staje, czyli do Azji. Jak wiadomo, zakręcone filmy dziesiątek skośnookich reżyserów, mogą się pochwalić niecodzienną stroną techniczną, przebijając niejednokrotnie pozycje z zachodu. Zdecydowałem, że opiszę pokrótce film japońskiego mistrza groteski, jakim niewątpliwie jest Takashi Miike. Nie będzie to znana nam - Polakom - "Gra Wstępna" ani "Nieodebrane połączenie", choć mający z nimi coś wspólnego "Happiness of the Katakuris". Poza faktem, że te trzy filmy łączy osoba reżysera, trzeba wspomnieć, że także ten sam gość odpowiadał w nich za montaż, a jest nim Yasushi Shimamura. Jakby nie patrzeć, największe pole do popisu miał chyba właśnie przy okazji "HotK", gdzie reżyser luźno połączył elementy romansu, horroru i musicalu, polewając to obficie czarnym humorem i absurdem. Sam film może nie jest mistrzostwem świata pod każdym względem, lecz kunsztu technicznego nie sposób mu odmówić. Już sam początek ukazuje zabawę speców od efektów specjalnych i zwariowany montaż Shimamury. Kobieta w restauracji posiłkuje się jedząc zupę, z której nagle wyłania się dziwaczna 'plastusiowata' istota, rzucająca się panience do ust. Następuje najazd kamery na twarz bohaterki, jej krzyk, po czym szybkie cięcie montażowe i wnet rzeczywistość zamienia się z realnej, na właśnie plastelinową. Takie przejście między aktorami a wytworami z lepkiej masy, towarzyszy jeszcze kilka razy w dalszej części filmu. Nieco podobne przeskoki między światem animowanym i rzeczywistym, mogliśmy zaobserwować również w "Kill Billu" czy "Kamikaze Girls", jednak film Miike'go oferuje sporo więcej. Jak wspomniałem, jest to połączenie kilku gatunków - również musicalu, co dało spore możliwości zabawy kamerą, przy scenach 'śpiewająco-tanecznych'. Ze zwyczajnego tempa filmu, w sekundę mamy przejścia do dynamicznych ruchów i cięć, przy okazji najróżniejszych wygibasów serwowanych przez aktorów. Za przykład niech posłuży przezabawna scena, w której rodzina prowadząca hotel odnajduje w pokoju samobójcę, co skwitowano kiczowatym tańcem i śpiewem. Cała magia polega na tym, że podobne scenki często nachodzą nas w najbardziej niespodziewanych momentach. Zupełną wariacją jest przenoszenie aktorów ze świata ziemskiego, w kosmiczne przestrzenie usłane kwiatami - z takimi zagraniami, nie ma się co równać sam Ray Lovejoy i jego słynne cięcie z początku "2001: Odysei kosmicznej";). Shimamura częstuje nas także przeróżnymi, błyskającymi migawkami, szybkimi przejściami między scenami, czy innymi upiększeniami. W jednej scenie, ojciec rodzinki spogląda nocą przez okno i doznaje szoku na widok twarzy wspomnianego samobójcy - szybkie ujęcie, przyprawione o odpowiedni efekt dźwiękowy, tworzy napięcie niczym z rasowego horroru. W tej właśnie chwili, bohater zalany potem, budzi się w kuchni z koszmaru sennego, po czym zmierza by otworzyć lodówkę, by w niej znaleźć odciętą głowę wspomnianego delikwenta;). Towarzyszy temu identyczny, szokujący efekt, a gość budzi się ponownie ze snu, tym razem w łóżku - taki sen we śnie. Poza tym cieszą profesjonalne zagrania, jak np. najazd na znak drogowy z początku filmu, który płynnie przechodzi w filmowaną z lotu ptaka wioskę (iście 'de palmowskie' zagranie). Cały film jest najeżony takimi właśnie smaczkami, ale czego innego się spodziewać, po montażyście stale współpracującym z reżyserem pokroju Miike? "Happinnes of the Katakuris" powinno być prekursorem niekonwencjonalnego montażu i nie tylko. Jest również czystym przykładem na to, jak robić świeże i profesjonalne kino.



BLACK HAWK DOWN (Zbigniew Piernik)
Moją ulubioną sceną jest scena z filmu "Black Hawk Down" (Helikopter w Ogniu), kiedy w ścianę w pobliżu jednego z żołnierzy uderza pocisk. W momencie uderzenia i huku cały ekran drży co przywodzi na myśl, jakby widz był zaraz obok rozgrywanej sceny. Żołnierz pada na ziemię zasypany odłamkami muru i ziemi. Kolejne ujęcie ukazuje jego twarz częściowo zasypaną ziemią, a potem to co widzi przed sobą, czyli oślepiające światło i podnoszącego go z ziemi innego żołnierza. Cała scena od momentu uderzenia pocisku jest pozbawiona dźwięku, co tym bardziej daje wrażenie odczuć żołnierza i chwilowej głuchoty. Dźwięk nagle wraca z lekkim jazgotem zbyt dużej liczby dźwięków wokoło. Scena podoba mi się bardzo ze względu na doskonałe zgranie dźwięku z obrazem, a także dodatkowe atrybuty jakimi są chwilowa cisza, drżenie obrazu, spowolnienia ruchu, czy przyśpieszenia. To wszystko daje wrażenie obecności widza bardzo blisko rozgrywanych wydarzeń.


OPIS KSIĄŻKI | KONKURSY KMF | STRONA GŁÓWNA