SYMBOLICZNE ZAKOŃCZENIE
(czyli Tam gdzie pasą się owce)
Łukasz Skóra:
Witam pana Adama Homiltona, reżysera filmu
"Two boys in water", którego premiera już w piątek.
Adam Hamilton: Witam!
Powiedz, czego widz może się spodziewać po twoim najnowszym dziele?
Otóż, ja nie wiem. Moje filmy mają to do siebie, że każdy może przeglądać się w nich jak w lustrze, nie tracąc przy tym realnego obrazu dzieła. Chcę, żeby widz skoczył w mój świat jak nurek w wodę, pragnę żeby widz pływał po moim filmie jak główni bohaterowie ... chcę żeby widz pokochał tych dwóch nieudaczników, którzy wpadli do wody, widz musi trzymać z nimi sztamę. Tak, czeka go wielkie wyzwanie! Musi być gotowy na ochlapanie wodą!
Jeden z głównych bohaterów?
Nie, nie. Widz! Widz musi być gotowy, proszę pana! WIDZ! Przygotowaliśmy coś zupełnie unikatowego, przy finałowej scenie, gdzie tytułowi "chłopcy" wpadają do jeziora, na widzów będziemy wylewać wiadra wody!!!
W kinie?
Taaak. To jest właśnie kino współczesne, proszę pana. Połączenie metafizyki i rozrywki. Kino dwudziestego pierwszego wieku!
A gdzie tu metafizyka ?
No proszę pana! (śmiech) Proszę mnie o takie rzeczy nie pytać!
Czyżby nie chciał pan zdradzać pewnych wątków?
Proszę pana, jak już mówiłem kino to nie tylko zabawa - to oczywiste, kino to metafizyka, czysta metafizyka, moją rolą jest wzmacnianie przekazu, intensyfikacja doznań w kinie, właśnie, ot właśnie.
Przejdźmy więc może do kwestii technicznej, jak Panu pracowało się nad Dwoma chłopakami?
Beznadziejnie, kompletnie i totalnie źle. T o t a l n i e. To była męka, którą mam nadzieję widać na taśmie...w pewnym momencie skaleczyłem się i krew ochlapała obiektyw, zacząłem krzyczeć, operator jednak nie wyłączył kamery, wszystko się nagrało, później zdecydowałem żeby tego nie usuwać, wyszła taka scena z pogranicza światów. Tego właśnie w kinie szukam. Takich sytuacji oczekuję od kina, takie staram się tworzyć. Takie nagrywam i odtwarzam. Tak .
Myślałem że to był efekt komputerowy...
HA! Wręcz odwrotnie. Widzi pan! I okazuje się, że rzeczywistość jest bardziej nierealna niż film! Otóż aktorzy na plaży, którzy grają w tej scenie przy pobrudzonym obiektywie są WYGENEROWANI KOMPUTEROWO! To jest metafizyka, to jest przeżycie proszę pana!
Ale jakie ma to znaczenie dla widza? I skąd będzie on o tym wiedział?
No a po co zgodziłem się na ten wywiad...
Zapytam w takim razie jak się pracowało z aktorami.
Koszmarnie, okropnie TOTALNIE. Źle.
To panu w ogóle sprawia przyjemność robienie filmów?
Proszę Pana, największą przyjemność to mi sprawia jak już sobie tu z Panem siedzę i rozmawiam.
Dziękuję, jednak proszę powiedzieć o współpracy.
Na planie mieliśmy tylko dwóch prawdziwych aktorów. Jednego z chłopaków i jego brata. Młodzi aktorzy więc niedoświadczeni - szczeniaki, no po prostu horror. Reszta była wygenerowana, bądź też - tu pochwalę się - to pewne novum na skalę światową - reszta to kukły, tak sprytnie ustawione w roli statystów, że widz nie jest w stanie zorientować się kto jest aktorem a kto nie! Niesamowite. Niesamowicie udało nam się to sfotografować z moim operatorem, świetne zdjęcia.
Właśnie, dotychczas nie przywiązywał pan szczególnej wagi do zdjęć.
Tak, to prawda, zdarzało nam się kręcić filmy - jak na przykład "Dzień grzechu" - gdzie stawialiśmy statyw w pokoju - tam początkowo toczyła się akcja, następnie przenosiła się do przedpokoju, aktorzy, operator, ja - wszyscy wychodziliśmy, ale kamerę zostawialiśmy w tamtym pokoju, wszystko kręciła, my kręciliśmy obok, ale to nam nie przeszkadzało. Chcieliśmy jak najwięcej realizmu! Film przecież opowiadał o chłopcu, który siedzi w pokoju przykuty do fotela i ciągle musi obserwować jedną scenę - dla niego całe życie to taki właśnie film, z którego to ekranu aktorzy nagle wychodzą do łazienki - chciałem żeby widz to poczuł!
I to ma być dla widza ciekawe? Przecież większość ludzi wyszła w połowie premiery!
Proszę pana, proszę MNIE o takie rzeczy nie pytać. Ci co wyszli ... ich strata! Nie zobaczyli końcowej sceny gdzie nagle kamera zaczyna żyć własnym życiem i wychodzi! Wychodzi przez okno do ogrodu gdzie pasą się prawdziwe owce! Totalnie symboliczna scena pokazująca dokąd zmierza kino w ogóle!
Czy Pan w takim razie krytykuje ten kierunek?
Reguła Bogny, Periera i teoria Griega "o wyłączonej kamerze"?
No oczywiście! Kto to widział, żeby robić film wyłączoną kamerą! To był dla mnie szok! Zaczyna się ten film "Czarna kawa" i nic, widzę czarny ekran przez osiemdziesiąt minut! Część widzów wyszła po piętnastu, ale ja zostałem do końca - miałem nadzieję, że w końcowej, jakiejś choć trochę symbolicznej scenie reżyser planuje zwrot akcji, choćby zamienił czarny kolor na biały, ale nie, nic. Pustka. Zimno. Dreszcz. Samotność. Poczułem się wyalienowany, wyrzucony, jak na jakimś wysypisku. Gdzieś daleko bez rodziny. W tej ciszy zaczynałem słyszeć jakieś dźwięki, krakanie ptaków, ujadanie, szczekanie, ale nie wiedziałem czy to film czy moja wyobraźnia. Było coraz straszniej. Zapragnąłem pogodzić się ze swoją matką - ale przecież jej tam nie było. Poczułem się dnem. Reżyser znakomicie to przewidział. Był dla mnie bezlitosny. Po powrocie od razu zadzwoniłem do matki i powiedziałem, że ją kocham i że musi zobaczyć nowy film Griega - "Czarną kawę". Klasyka gatunku. Pan też to powinien się wybrać! Najlepiej do jakiegoś dużego multipleksu. Odbiór jest wtedy niesamowity.
Widzę że pana jednak pociąga ta awangarda.
O, tak. Awangarda stawia mi wyzwania, dzięki którym mogę się rozwijać. Kręcę teraz remake "Czarnej kawy". Oczywiście wyłączoną kamerą. Idzie naprawdę ciężko ale jakoś dajemy sobie radę, ekipa dużo bierze na siebie. Aktorzy trochę narzekają, no ale co mają powiedzieć. Zmieniłem trochę zakończenie, ale niech to pozostanie niespodzianką.
A kiedy możemy spodziewać się premiery?
Już w marcu - zapraszam wszystkich! I pozdrawiam jeszcze fanów.
Dziękuję za rozmowę.
To ja dziękuję.
|