5 TAJNIKÓW WARSZTATU FILMOWEGO  WYNIKI KONKURSU
 Autor: Joseph V. Mascelli

Prosiliśmy was o wybranie reżysera, przed którym sztuka filmowa nie ma tajemnic oraz innego, który zupełnie z nią sobie nie radzić. Otrzymaliśmy wypowiedzi błyskotliwe i często zaskakujące, przy czym łatwiej przychodzi mówić wam o podziwianych reżyserach niż tych, za którymi nie przepadacie. I okazuje się, że usunięcie z konkursu Uwe Bolla nie skomplikowało sprawy za bardzo i nie mieliście większych problemów w odnalezieniu innych równie 'utalentowanych' twórców. A oto zwycięzcy naszego konkursu:

1. miejsce - Piotr Buczek
2. miejsce - Kuba Kasprzak
3. miejsce - Wojciech Rusek

Dziękujemy za odpowiedzi i zapraszamy do następnych konkursów
związanych z publikacjami dotyczącymi świata filmu!
Poniżej natomiast prezentujemy zwycięzkie teksty.


1. PIOTR BUCZEK
1) Akira Kurosawa. Uzasadnienie oparte na arcydziele mistrza "Siedmiu samurajów". Do sedna przemyślana dialektyczna forma. każda sekunda idealnie wpasowana i tętniąca energią. Precyzyjnie przeprowadzone wszystkie wątki, topografia miejsc akcji pokazana tak trafnie że po obejrzeniu filmu można sobie sporządzić mapę. Harmonijnie pogodzone walory kina rozrywkowo-przygodowo-batalistycznego z wysokim tonem epiki homeryckiej, myślą historiozoficzną i filozoficzną. Ruch i tempo - film w całości opowiedziany obrazem, i to ruchomym obrazem, rządzony kinematograficzną siłą ruchu; nie znam drugiego filmu w którym ekspresja ruchomych obrazów byłaby tak rozbuchana. Jeśli chodzi o wirtuozerię użycia środków filmowych to w "Siedmiu samurajach" zostało powiedziane właściwie wszystko i cały późniejszy rozkwit kina, zwłaszcza amerykańskiego, jest w tym filmie zakodowany. Technika wielokamerowa, teleobiektywy, niezwykłe głębie ostrości i zbliżenia, taktyka wielu planów, zwolnione zdjęcia w scenach śmierci. Brak stylistycznej maniery, w jaką popadają inni, najwięksi nawet reżyserzy. Mimo fenomenalnej techniki i precyzji "Siedmiu samurajów" to film sprawiający wrażenie dzieła powstałego w odruchu niemal spontanicznym. Mamy tutaj do czynienia z tą niezawodnością gestu, jaką ma każdy wielki artysta; z tą niezawodnością syntezy, kiedy z pędzla zlatuje plama, która nie liczy się z niczym, z żadnym szczegółem, bo jest trafna.
Realizm. Wojna ukazana przede wszystkim jako ciężka robota. Opracowywanie strategii, budowanie umocnień; potem scena bitwy która zajmuje całą ogromną drugą połowę filmu, i te apokaliptyczne obrazy osaczania, obezwładniania, mordowania, dobijania, wbijania mieczy w oporne ciała... W tumanach prawdziwego kurzu, w prawdziwym deszczu, w błocie po pas. Kto nie widział finału "Siedmiu samurajów" ten nie wie co to deszcz.
Albo werbowanie samurajów i charakterystyka postaci za pomocą pałki:) Każdy w inny sposób unika uderzenia. Jeden tylko Mifune nie robi uniku, dostaje po łbie, i od razu wiadomo że nie jest żadnym rycerzem tylko pyszałkiem. Będzie to zresztą najwspanialsza postać w filmie - Sancho Pansa awansujący na Don Kichote'a
No i jest to metaforyczny film o tym, jak jedna klasa społeczna ustępuje miejsca drugiej w momencie formowania się dziejów, o bohaterach wyrzucanych poza nawias historii - tematyka nie tak odległa od "Popiołu i diamentu", który jak wiadomo był w Japonii wielkim kasowym hitem. Nic z tych rzeczy nie jest u Kurosawy powiedziane wprost. Jego film to epos, opowiedziany wg najlepszych prawideł gatunku, pełen wizerunków ludzi, miejsc, czynów - działanie wypełnia obrazy a nie retoryka. Jak dla mnie to jest film najpiękniejszy, uważam że gasną przy nim naprawdę wielkie arcydzieła. Dużo by można pisać o tym filmie. Kurosawa był największym z największych.
2) Marek Brodzki - reżyser "Wiedźmina". Twórczość Sapkowskiego, podobnie jak niegdyś Sienkiewicza można określić jako gotowe scenariusze filmowe. Na pewnej płaszczyźnie dialektycznej książka ta bardzo przypomina mi "Popiół i diament" oraz "Siedmiu samurajów". W sadze o "Wiedźminie" również ukazane jest przemijanie pewnego porządku. Mamy więc jasny punkt rodzimej literatury fantasy. Jaki otrzymujemy film? Myśle, że odpowiedź na to pytanie jest zupełnie zbyteczna. Nie ma sensu rozpisywać się na temat konsystencji tego rzadkiego stolca. Niech pan Brodzki przeprosi wszystkich podatników.



2. KUBA KASPRZAK
1. James Cameron. Profesjonalista jakich mało i jakich, z pewnością, przydałoby się więcej. Twórca kompletny, bez żadnej porażki na koncie, perfekcjonista kontrolujący każdy detal i rewolucjonista przemysłu filmowego. Człowiek stawiający sobie coraz wyższe wyzwania i gwarantujący widzom rozrywkę na niezmiennie wysokim poziomie.
Cameron już od początku kariery wiedział, że nie ma innego sposobu na zaistnienie w przemyśle filmowym niż dobry, autorski pomysł przekształcony w udany debiut. Tak powstał jego pierwszy, całkowicie własny film - "Terminator". To, do dziś sztandarowe, dzieło S-F zrobione za wyjątkowo małe pieniądze (6,5 mln dol), przyniosło ponad 80 mln zysku i zrobiło z Arnold'a Schwarzenegger'a rozpoznawalną gwiazdę, a z Camerona obiecującego reżysera rozrywkowego. Później był rewelacyjny "Aliens" - sequel, który wg wielu przebija oryginał. Wizja Camerona była tak pełna i dopracowana, że podłożyła podwaliny pod cały marketing związany z "Obcym" (gry, komiksy itp.). Co więcej, efekty dźwiękowe w "Obcych" są do dziś zapożyczane przez wielu filmowców w ich dziełach, a aktorska nominacja do Oscara dla Sigourney Weaver za rolę Ellen Ripley była przełomowym etapem w docenianiu przez Akademię tak niszowych gatunków jak sci-fi czy horror. Dobrym dowodem na profesjonalizm Camerona może być też fakt, iż przy kolejnym, tym razem trochę ambitniejszym projekcie - "Otchłani" - podczas licznych scen podwodnych rozdał aktorom zabezpieczone w plastiki scenariusze, a sam posiadał własny wodoodporny telewizor z którego obserwował aktualnie kręconą scenę. Ogólnie "The Abyss" zaskoczył widzów nowatorską rewolucją w generowaniu efektów specjalnych (Oscar) i otworzył przed Jamesem nowe możliwości w ich kreowaniu. Kolejny film - tym razem sequel "Terminatora" był już kamieniem milowym pod względem ich wykorzystania, a ostatni fabularny "Titanic" to już nowe millenium w dziedzinie SFX. Oczywiście oprócz świetnych efektów w idealnych proporcjach te filmy to, przede wszystkim, świetnie się sprzedające, kapitalne filmy rozrywkowe. Nie przypadkowo wspomniałem tu o rewolucjach - James to absolutny perfekcjonista, nadzorujący każdy z elementów produkcji i wymagający od swojego zespołu 110% energii. Idąc dalej tą perfekcjonistyczną ścieżką - jeśli Cameron nie ma warunków do zrobienia dzieła lepszego od poprzedniego, dzieła bardziej wystawnego, wreszcie - bardziej rewolucyjnego - to go nie robi. Oto odpowiedź dlaczego nie nakręcił żadnego pełnego filmu od "Titanica" - czekał na technologię, która pozwałaby mu na urzeczywistnienie swojej nowej wizji, a ta pojawi się w 2009 roku i będzie się zwać "Avatar".
Podsumowując, James Cameron to reżyser, znający się, jak nikt inny, na magii kina i oferujący widzom rozrywkę na najwyższym poziomie. Przez swoje wielkie i szalone pomysły, eksplorowanie coraz to nowszych obszarów w dziedzinie kręcenia oraz zabierając się za produkcje, które swą wielkością przytłaczają innych filmowców, realizuje postawiony przed sobą cel bycia coraz lepszym reżyserem. Jego perfekcjonizm objawiający się w skrupulatnym nadzorowaniu większości prac filmowych, nie pozwala mu na wypuszczenie niedopracowanego dzieła. Czy jego budżet wynosi 6,5 czy 200 milionów - widz wie, że dostanie to czego chce - wzorcową, doskonałą w każdym calu, rozrywkę.
2. Który reżyser Twoim zdaniem, w ogóle nie zna się na tym co robi, nie potrafi zbudować napięcia, marnuje potencjał scenariusza i aktorów?
Nie ukrywam, że miałem spory problem z tym pytaniem. Po pierwsze, odpadł wybór najoczywistszej odpowiedzi na tego typu zagadki czyli bezkonkurencyjny, międzynarodowy już, synonim partactwa - Uwe Boll. Po drugie, raczej nie wiele osób ma zwyczaj katowania się złymi, rażącymi brakiem profesjonalizmu, filmami (oczywiście, będąc świadomymi ich miernej jakości). Ja, osobiście, staram się nie oglądać za wiele takich "dzieł", więc szukając trafnej odpowiedzi na to pytanie musiałem wykonać mały research:) Poszukując inspiracji, zacząłem od przeglądania przeróżnych zestawień typu "Worst Top 100" i wertowania filmografii twórców tych gniotów. Okazało się, że niektórzy, znani mi, dotąd naprawdę nieźle sprawdzający się, reżyserzy popełnili w ostatnich latach kilka zmiażdżonych przez krytykę "perełek'. Chociażby:
Martin Brest - autor, klasycznego już "Zapachu Kobiety" oraz niezłych "Zdążyć przed Północą" z De Niro i "Joe Black'a" z Pittem przerwał swoją dość dobrą passę przerażająco nieudanym "Gigli". Dalej: Pitof - twórca pionierskiego wizualnie "Vidocq'a" wydał na świat obsypaną złotymi malinami, żenującą "Catwoman", a Stephen Hopkins, reżyser, skądinąd niezłych, filmów z pogranicza akcji i thrillera w rodzaju "Predatora 2" czy "Podejrzanego" zaprezentował nam bardzo złą "Plagę" (The Reaping)
Nie dostąpią oni jednak zaszczytu nazwania anty-pro reżyserem, właśnie ze względu na ich, powyżej uwzględnione, wcześniejsze dzieła.
Wracając do "Worst Top 100", odnalazłem też sporo filmów, których autorzy nie nakręcili nic bardziej znanego niż ich najbardziej spektakularne porażki obecne we wspomnianych anty-zestawieniach. Do listy "One (S)hit Wonders" zaliczają się chociażby "Glitter", "Dziedzic Maski", "Torque: Jazda na Krawędzi", "Crossroads - dogonić Marzenia" czy "Ballistic". Jednak po jednym filmie (z wymienionych miałem nieprzyjemność zobaczyć "Torque" i niecały "Ballistic") również ciężko orzec wyrok skazujący.
Dlatego też decyduję się na dwóch raczej ciężkich do skojarzenia z nazwiska panów - mianowicie Aaron'a Seltzer'a i Jason'a Friedberg'a, których przypadkowo obejrzałem (może dość fragmentarycznie), ale aż dwa filmy! Ta dwójka z sześciu wszystkich scenarzystów "Strasznego Filmu" zachęcona sukcesem wspomnianej niskolotnej parodii filmów grozy postanowiła kręcić własne pokrewne stylistycznie projekty. Tym tropem stworzyli "Date Movie"(u nas jako "Komedia Romantyczna"), oraz "Epic Movie" (na polskie "Wielkie Kino"), a przymierzają się już do kolejnej parodii- tym razem filmu Zacka Syndera "300" o roboczym tytule "Hunting and Fishing". A co z nimi nie tak? - Już tłumaczę. Jeżeli w "Scary Movies" pomimo ciągłego sięgania bruku i przekraczania granicy dobrego smaku, jednak, zdarzyły się jakieś zabawne momenty, to w "Date i Epic Movies" humor to pojęcie abstrakcyjne. To parodia, która nie spełnia swojego celu - zamiast rozśmieszać obraża inteligencję i poczucie humoru widza. Jednocześnie, bezpruderyjnie, obniża kolejne(mocno już nadgięte) standardy w kinie. Oto przepis na parodię ala Seltzer&Friedberg , który wysnułem na podstawie "Epic Movie": Po primo: Nijacy aktorzy w kostiumach postaci ze znanych filmów, które gościły niedawno w kinach - to fundament, który idąc tropem myślenia twórców, najwidoczniej powinien już powodować, u widzów spazmy śmiechu. Reszta to, właściwie, formalności - dopisanie na kolanie jakiś idiotycznych dialogów, dodanie paru przypadkowych uderzeń w głowę metalowymi przedmiotami, poupychanie gdzie się da fekalnych żartów, kilkakrotne nawiązanie do znanego programu z MTV. Następnym etapem jest połączenie scen z jednymi przebierańcami ze scenami z innymi przebierańcami, a na końcu zapchanie dziur "fabularnych" rapowanymi teledyskami i seksownymi, skąpo odzianymi paniami tańczącymi w slow motion do znanego współczesnego przeboju. Voila. Mamy współczesną parodię. Autorski szablon obu panów pomimo swojego twórczego prymitywizmu, o dziwo, sprawdza się w box office'ach, ale same filmy są dla mnie improwizowanym koszmarem nie prezentującym absolutnie żadnej wartości. Nie pozostało w nich nic z absurdalnych, ale i przezabawnych, wzorowych parodii pokroju "Czy leci z nami pilot?" czy "Hot Shots!", została tylko kalkulacja i nieudolność. Takie są i "Epic" i również "Date Movie" i obawiam się, że "Hunting i Fishing" również nie zboczy ze "sprawdzonego" toru.



3. WOJCIECH RUSEK
"Lubie Byrona, tak na 42, ale nie potańczysz" mówił John Keating w "Stowarzyszeniu umarłych poetów". Kto jest najlepszy? Kto ma najlepszy warsztat? Kto jest największym profesjonalistą? Trudno odpowiadać na pytania, które odpowiedzi nie mają. Nie ma reżysera najlepszego, są tylko Ci, którzy są dobrzy w tym co robią. Czy gusta widowni wpływają na to czy danego reżysera można nazwać profesjonalistą? Oczywiście, że tak - twa kaszanka mym kawiorem. Jeżeli komuś podoba się film, to jego świętym prawem jest stwierdzenie, że reżyser się spisał, przez co można go traktować jako profesjonalistę. Cholerny relatywizm, rozpieprza każde przyporządkowanie i klasyfikacje. A jednak można sobie z tym jakoś poradzić.
Profesjonalistą nazwałbym osobę wszechstronną, która można by powiedzieć "widziała i robiła już wszystko" i oczywiście musiało to jej wychodzić. David Lynch komedii romantycznej nie nakręci tak jak Brad Bird nie weźmie się za dramat wojenny. Każdy z nich to profesjonalista w swojej dziedzinie, a takich wiele. Prawdziwy szacunek należy się omnibusowi, który niezależnie od tego czy robi skok na kasę czy film osobisty zawsze utrzymuje poziom powyżej średniej krajowej. I w tym przypadku mój wybór pada na Ridleya Scotta.
Nie widziałem wszystkich jego filmów ale widziałem dość, żeby stwierdzić, że człowiek ten jest profesjonalistą w każdym calu. Potrafi opanować chaos megaprodukcji, a także zręcznie skonstruować skromną komedyjkę i zawsze jest co najmniej dobrze. Gatunkowo także z niejednego pieca chleb jadł - science-fiction, czyli tam gdzie święcił największe tryumfy, fantasy, sensacje, komedie, kino sandałowe, dramaty wojenne, kino kostiumowe, horrory, filmy przygodowe, ten człowiek był wszędzie i zawsze jego wizja okazywała się spójna i przez to przekonująca. Mówi się, że nikt nie potrafi tworzyć światów jak Ridley Scott i coś w tym jest. A czym innym jest kino jak nie fantasmagorią, przenoszeniem widza w inny świat? Jeżeli ktoś to potrafi zrobić zarówno ze starożytnym Rzymem, przestrzenią kosmiczną czy miastem na południu Francji to w moim kapowniczku zasługuje na miano profesjonalisty i człowieka, który perfekcyjnie opanował warsztat operatorski.
Idąc za ciosem przeciwieństwem profesjonalisty jest reżyser, który za cokolwiek by się nie zabrał to i tak to spieprzy. Mało jest takich, którzy biorą się za wszystko, zwykle pierwsza porażka odsyła beztalencie na zakurzone półki osiedlowych wideotek. A jednak zdarza się, że beztalencia przez długie lata mordują widzów swoim stylem, który jest nie do zniesienia. A najgorsze jest to, że zbijają na tym kupę kasy. Moim niechlubnym faworytem jest Michael Bay. Człowiek ten gustuje w szeroko pojętym kinie sensacyjnym (czy na Hawajach czy w przyszłości, zawsze się strzelają), z którego nie potrafi wyzbyć się obrzydliwej dawki pompy, zadęcia i nazwanego przeze mnie "cool factor". Oglądając jego filmy można dojść do wniosku, że człowiek ten nie ma nic do powiedzenie. To jeszcze można przełknąć, ale niestety mówić coś próbuje i robi to w tak bełkotliwy sposób, że ząb boli. Każdy z jego filmów to kilka gagów, kilka pompatycznych gadek, laseczka z ładną buzią i niezłymi nogami, niezła bryka (tudzież samolot) do przesady dramatyczna strzelanina na końcu filmu. Wszystko zmontowane dość chaotycznie, z muzyką poważną wzbogaconą riffami gitary elektrycznej w tle. Upraszczając człowiek ten to wyrobnik, który zawsze będzie chciał sprzyjać gustom widowni najtańszymi i wielokrotnie powielanymi schematami. Bay wywodzi się ze szkoły legendarnego już producenta Dona Simpsona, który powiedział "Nie jesteśmy zobowiązani do tworzenia historii, nie jesteśmy zobowiązani do tworzenia sztuki, nie jesteśmy zobowiązani do tworzenia ważnych przekazów, jesteśmy zobowiązani do zarabiania pieniędzy". Oczywiście nie jestem na tyle naiwny by sądzić, że Scott robi filmy charytatywnie, ale on na nie zarabia, jak profesjonalista, a nie żebrze sztucznie się przy tym uśmiechając.


OPIS KSIĄŻKI | KONKURSY KMF | STRONA GŁÓWNA