|  |
Prosiliśmy was o wybranie reżysera, przed którym sztuka filmowa nie ma
tajemnic oraz innego, który zupełnie z nią sobie nie radzić. Otrzymaliśmy
wypowiedzi błyskotliwe i często zaskakujące, przy czym łatwiej przychodzi
mówić wam o podziwianych reżyserach niż tych, za którymi nie przepadacie. I
okazuje się, że usunięcie z konkursu Uwe Bolla nie skomplikowało sprawy za
bardzo i nie mieliście większych problemów w odnalezieniu innych równie
'utalentowanych' twórców. A oto zwycięzcy naszego konkursu:
1. miejsce - Piotr Buczek
2. miejsce - Kuba Kasprzak
3. miejsce - Wojciech Rusek
Dziękujemy za odpowiedzi i zapraszamy do następnych konkursów
związanych z publikacjami dotyczącymi świata filmu!
Poniżej natomiast prezentujemy zwycięzkie teksty.
1. PIOTR BUCZEK
1) Akira Kurosawa. Uzasadnienie oparte na arcydziele mistrza "Siedmiu
samurajów".
Do sedna przemyślana dialektyczna forma. każda sekunda idealnie wpasowana i
tętniąca energią. Precyzyjnie przeprowadzone wszystkie wątki, topografia
miejsc akcji pokazana tak trafnie że po obejrzeniu filmu można sobie
sporządzić mapę. Harmonijnie pogodzone walory kina
rozrywkowo-przygodowo-batalistycznego z wysokim tonem epiki homeryckiej,
myślą historiozoficzną i filozoficzną. Ruch i tempo - film w całości
opowiedziany obrazem, i to ruchomym obrazem, rządzony kinematograficzną siłą
ruchu; nie znam drugiego filmu w którym ekspresja ruchomych obrazów byłaby
tak rozbuchana. Jeśli chodzi o wirtuozerię użycia środków filmowych to w
"Siedmiu samurajach" zostało powiedziane właściwie wszystko i cały
późniejszy rozkwit kina, zwłaszcza amerykańskiego, jest w tym filmie
zakodowany. Technika wielokamerowa, teleobiektywy, niezwykłe głębie ostrości
i zbliżenia, taktyka wielu planów, zwolnione zdjęcia w scenach śmierci. Brak
stylistycznej maniery, w jaką popadają inni, najwięksi nawet reżyserzy. Mimo
fenomenalnej techniki i precyzji "Siedmiu samurajów" to film sprawiający
wrażenie dzieła powstałego w odruchu niemal spontanicznym. Mamy tutaj do
czynienia z tą niezawodnością gestu, jaką ma każdy wielki artysta; z tą
niezawodnością syntezy, kiedy z pędzla zlatuje plama, która nie liczy się z
niczym, z żadnym szczegółem, bo jest trafna.
Realizm. Wojna ukazana przede wszystkim jako ciężka robota. Opracowywanie
strategii, budowanie umocnień; potem scena bitwy która zajmuje całą ogromną
drugą połowę filmu, i te apokaliptyczne obrazy osaczania, obezwładniania,
mordowania, dobijania, wbijania mieczy w oporne ciała... W tumanach
prawdziwego kurzu, w prawdziwym deszczu, w błocie po pas. Kto nie widział
finału "Siedmiu samurajów" ten nie wie co to deszcz.
Albo werbowanie samurajów i charakterystyka postaci za pomocą pałki:) Każdy
w inny sposób unika uderzenia. Jeden tylko Mifune nie robi uniku, dostaje po
łbie, i od razu wiadomo że nie jest żadnym rycerzem tylko pyszałkiem. Będzie
to zresztą najwspanialsza postać w filmie - Sancho Pansa awansujący na Don
Kichote'a
No i jest to metaforyczny film o tym, jak jedna klasa społeczna ustępuje
miejsca drugiej w momencie formowania się dziejów, o bohaterach wyrzucanych
poza nawias historii - tematyka nie tak odległa od "Popiołu i diamentu",
który jak wiadomo był w Japonii wielkim kasowym hitem. Nic z tych rzeczy nie
jest u Kurosawy powiedziane wprost. Jego film to epos, opowiedziany wg
najlepszych prawideł gatunku, pełen wizerunków ludzi, miejsc, czynów -
działanie wypełnia obrazy a nie retoryka. Jak dla mnie to jest film
najpiękniejszy, uważam że gasną przy nim naprawdę wielkie arcydzieła. Dużo
by można pisać o tym filmie. Kurosawa był największym z największych.
2) Marek Brodzki - reżyser "Wiedźmina". Twórczość Sapkowskiego, podobnie jak
niegdyś Sienkiewicza można określić jako gotowe scenariusze filmowe. Na
pewnej płaszczyźnie dialektycznej książka ta bardzo przypomina mi "Popiół i
diament" oraz "Siedmiu samurajów". W sadze o "Wiedźminie" również ukazane
jest przemijanie pewnego porządku. Mamy więc jasny punkt rodzimej literatury
fantasy. Jaki otrzymujemy film? Myśle, że odpowiedź na to pytanie jest
zupełnie zbyteczna. Nie ma sensu rozpisywać się na temat konsystencji tego
rzadkiego stolca. Niech pan Brodzki przeprosi wszystkich podatników.
2. KUBA KASPRZAK
1. James Cameron.
Profesjonalista jakich mało i jakich, z pewnością, przydałoby się więcej.
Twórca kompletny, bez żadnej porażki na koncie, perfekcjonista kontrolujący
każdy detal i rewolucjonista przemysłu filmowego. Człowiek stawiający sobie
coraz wyższe wyzwania i gwarantujący widzom rozrywkę na niezmiennie wysokim
poziomie.
Cameron już od początku kariery wiedział, że nie ma innego sposobu na
zaistnienie w przemyśle filmowym niż dobry, autorski pomysł przekształcony w
udany debiut.
Tak powstał jego pierwszy, całkowicie własny film - "Terminator".
To, do dziś sztandarowe, dzieło S-F zrobione za wyjątkowo małe pieniądze
(6,5 mln dol), przyniosło ponad 80 mln zysku i zrobiło z Arnold'a
Schwarzenegger'a rozpoznawalną gwiazdę, a z Camerona obiecującego reżysera
rozrywkowego. Później był rewelacyjny "Aliens" - sequel, który wg wielu
przebija oryginał. Wizja Camerona była tak pełna i dopracowana, że podłożyła
podwaliny pod cały marketing związany z "Obcym" (gry, komiksy itp.). Co
więcej, efekty dźwiękowe w "Obcych" są do dziś zapożyczane przez wielu
filmowców w ich dziełach, a aktorska nominacja do Oscara dla Sigourney
Weaver za rolę Ellen Ripley była przełomowym etapem w docenianiu przez
Akademię tak niszowych gatunków jak sci-fi czy horror. Dobrym dowodem na
profesjonalizm Camerona może być też fakt, iż przy kolejnym, tym razem
trochę ambitniejszym projekcie - "Otchłani" - podczas licznych scen
podwodnych rozdał aktorom zabezpieczone w plastiki scenariusze, a sam
posiadał własny wodoodporny telewizor z którego
obserwował aktualnie kręconą scenę. Ogólnie "The Abyss" zaskoczył widzów nowatorską rewolucją w
generowaniu efektów specjalnych (Oscar) i otworzył przed Jamesem nowe
możliwości w ich kreowaniu. Kolejny film - tym razem sequel "Terminatora"
był już kamieniem milowym pod względem ich wykorzystania, a ostatni
fabularny "Titanic" to już nowe millenium w dziedzinie SFX. Oczywiście
oprócz świetnych efektów w idealnych proporcjach te filmy to, przede
wszystkim, świetnie się sprzedające, kapitalne filmy rozrywkowe.
Nie przypadkowo wspomniałem tu o rewolucjach - James to absolutny
perfekcjonista, nadzorujący każdy z elementów produkcji i wymagający od
swojego zespołu 110% energii.
Idąc dalej tą perfekcjonistyczną ścieżką - jeśli Cameron nie ma warunków do
zrobienia dzieła lepszego od poprzedniego, dzieła bardziej wystawnego,
wreszcie - bardziej rewolucyjnego - to go nie robi. Oto odpowiedź dlaczego
nie nakręcił żadnego pełnego filmu od "Titanica" - czekał na technologię,
która pozwałaby mu na urzeczywistnienie swojej nowej wizji, a ta pojawi się
w 2009 roku i będzie się zwać "Avatar".
Podsumowując, James Cameron to reżyser, znający się, jak nikt inny, na magii
kina i oferujący widzom rozrywkę na najwyższym poziomie. Przez swoje wielkie
i szalone pomysły, eksplorowanie coraz to nowszych obszarów w dziedzinie
kręcenia oraz zabierając się za produkcje, które swą wielkością przytłaczają
innych filmowców, realizuje postawiony przed sobą cel bycia coraz lepszym
reżyserem. Jego perfekcjonizm objawiający się w skrupulatnym nadzorowaniu
większości prac filmowych, nie pozwala mu na wypuszczenie niedopracowanego
dzieła. Czy jego budżet wynosi 6,5 czy 200 milionów - widz wie, że dostanie
to czego chce - wzorcową, doskonałą w każdym calu, rozrywkę.
2. Który reżyser Twoim zdaniem, w ogóle nie zna się na tym co robi,
nie potrafi zbudować napięcia, marnuje potencjał scenariusza i aktorów?
Nie ukrywam, że miałem spory problem z tym pytaniem.
Po pierwsze, odpadł wybór najoczywistszej odpowiedzi na tego typu zagadki
czyli bezkonkurencyjny, międzynarodowy już, synonim partactwa - Uwe Boll.
Po drugie, raczej nie wiele osób ma zwyczaj katowania się złymi, rażącymi
brakiem profesjonalizmu, filmami (oczywiście, będąc świadomymi ich miernej
jakości).
Ja, osobiście, staram się nie oglądać za wiele takich "dzieł", więc szukając
trafnej odpowiedzi na to pytanie musiałem wykonać mały research:)
Poszukując inspiracji, zacząłem od przeglądania przeróżnych zestawień typu
"Worst Top 100" i wertowania filmografii twórców tych gniotów. Okazało się,
że niektórzy, znani mi, dotąd naprawdę nieźle sprawdzający się, reżyserzy
popełnili w ostatnich latach kilka zmiażdżonych przez krytykę "perełek'.
Chociażby:
Martin Brest - autor, klasycznego już "Zapachu Kobiety" oraz niezłych
"Zdążyć przed Północą" z De Niro i "Joe Black'a" z Pittem przerwał swoją
dość dobrą passę przerażająco nieudanym "Gigli".
Dalej: Pitof - twórca pionierskiego wizualnie "Vidocq'a" wydał na świat
obsypaną złotymi malinami, żenującą "Catwoman",
a Stephen Hopkins, reżyser, skądinąd niezłych, filmów z pogranicza akcji i
thrillera w rodzaju "Predatora 2" czy "Podejrzanego" zaprezentował nam
bardzo złą "Plagę" (The Reaping)
Nie dostąpią oni jednak zaszczytu nazwania anty-pro reżyserem, właśnie ze
względu na ich, powyżej uwzględnione, wcześniejsze dzieła.
Wracając do "Worst Top 100", odnalazłem też sporo filmów, których autorzy
nie nakręcili nic bardziej znanego niż ich najbardziej spektakularne porażki
obecne we wspomnianych anty-zestawieniach.
Do listy "One (S)hit Wonders" zaliczają się chociażby "Glitter", "Dziedzic
Maski", "Torque: Jazda na Krawędzi", "Crossroads - dogonić Marzenia" czy
"Ballistic".
Jednak po jednym filmie (z wymienionych miałem nieprzyjemność zobaczyć
"Torque" i niecały "Ballistic") również ciężko orzec wyrok skazujący.
Dlatego też decyduję się na dwóch raczej ciężkich do skojarzenia z nazwiska
panów - mianowicie Aaron'a Seltzer'a i Jason'a Friedberg'a, których
przypadkowo obejrzałem (może dość fragmentarycznie), ale aż dwa filmy!
Ta dwójka z sześciu wszystkich scenarzystów "Strasznego Filmu" zachęcona
sukcesem wspomnianej niskolotnej parodii filmów grozy postanowiła kręcić
własne pokrewne stylistycznie projekty.
Tym tropem stworzyli "Date Movie"(u nas jako "Komedia Romantyczna"), oraz
"Epic Movie" (na polskie "Wielkie Kino"), a przymierzają się już do kolejnej
parodii- tym razem filmu Zacka Syndera "300" o roboczym tytule "Hunting and
Fishing".
A co z nimi nie tak? - Już tłumaczę.
Jeżeli w "Scary Movies" pomimo ciągłego sięgania bruku i przekraczania
granicy dobrego smaku, jednak, zdarzyły się jakieś zabawne momenty, to w
"Date i Epic Movies" humor to pojęcie abstrakcyjne. To parodia, która nie
spełnia swojego celu - zamiast rozśmieszać obraża inteligencję i poczucie
humoru widza. Jednocześnie, bezpruderyjnie, obniża kolejne(mocno już
nadgięte) standardy w kinie.
Oto przepis na parodię ala Seltzer&Friedberg , który wysnułem na podstawie
"Epic Movie":
Po primo: Nijacy aktorzy w kostiumach postaci ze znanych filmów, które
gościły niedawno w kinach - to fundament, który idąc tropem myślenia
twórców, najwidoczniej powinien już powodować, u widzów spazmy śmiechu.
Reszta to, właściwie, formalności - dopisanie na kolanie jakiś idiotycznych
dialogów, dodanie paru przypadkowych uderzeń w głowę metalowymi
przedmiotami, poupychanie gdzie się da fekalnych żartów, kilkakrotne
nawiązanie do znanego programu z MTV.
Następnym etapem jest połączenie scen z jednymi przebierańcami ze scenami z
innymi przebierańcami, a na końcu zapchanie dziur "fabularnych" rapowanymi
teledyskami i seksownymi, skąpo odzianymi paniami tańczącymi w slow motion
do znanego współczesnego przeboju. Voila. Mamy współczesną parodię.
Autorski szablon obu panów pomimo swojego twórczego prymitywizmu, o dziwo,
sprawdza się w box office'ach, ale same filmy są dla mnie improwizowanym
koszmarem nie prezentującym absolutnie żadnej wartości. Nie pozostało w nich
nic z absurdalnych, ale i przezabawnych, wzorowych parodii pokroju "Czy leci
z nami pilot?" czy "Hot Shots!", została tylko kalkulacja i nieudolność.
Takie są i "Epic" i również "Date Movie" i obawiam się, że "Hunting i
Fishing" również nie zboczy ze "sprawdzonego" toru.
3. WOJCIECH RUSEK
"Lubie Byrona, tak na 42, ale nie potańczysz" mówił John Keating w
"Stowarzyszeniu umarłych poetów". Kto jest najlepszy? Kto ma najlepszy
warsztat? Kto jest największym profesjonalistą? Trudno odpowiadać na
pytania, które odpowiedzi nie mają. Nie ma reżysera najlepszego, są tylko
Ci, którzy są dobrzy w tym co robią. Czy gusta widowni wpływają na to czy
danego reżysera można nazwać profesjonalistą? Oczywiście, że tak - twa
kaszanka mym kawiorem. Jeżeli komuś podoba się film, to jego świętym prawem
jest stwierdzenie, że reżyser się spisał, przez co można go traktować jako
profesjonalistę. Cholerny relatywizm, rozpieprza każde przyporządkowanie i
klasyfikacje. A jednak można sobie z tym jakoś poradzić.
Profesjonalistą nazwałbym osobę wszechstronną, która można by powiedzieć
"widziała i robiła już wszystko" i oczywiście musiało to jej wychodzić.
David Lynch komedii romantycznej nie nakręci tak jak Brad Bird nie weźmie
się za dramat wojenny. Każdy z nich to profesjonalista w swojej dziedzinie,
a takich wiele. Prawdziwy szacunek należy się omnibusowi, który niezależnie
od tego czy robi skok na kasę czy film osobisty zawsze utrzymuje poziom
powyżej średniej krajowej. I w tym przypadku mój wybór pada na Ridleya
Scotta.
Nie widziałem wszystkich jego filmów ale widziałem dość, żeby stwierdzić, że
człowiek ten jest profesjonalistą w każdym calu. Potrafi opanować chaos
megaprodukcji, a także zręcznie skonstruować skromną komedyjkę i zawsze jest
co najmniej dobrze. Gatunkowo także z niejednego pieca chleb jadł -
science-fiction, czyli tam gdzie święcił największe tryumfy, fantasy,
sensacje, komedie, kino sandałowe, dramaty wojenne, kino kostiumowe,
horrory, filmy przygodowe, ten człowiek był wszędzie i zawsze jego wizja
okazywała się spójna i przez to przekonująca. Mówi się, że nikt nie potrafi
tworzyć światów jak Ridley Scott i coś w tym jest. A czym innym jest kino
jak nie fantasmagorią, przenoszeniem widza w inny świat? Jeżeli ktoś to
potrafi zrobić zarówno ze starożytnym Rzymem, przestrzenią kosmiczną czy
miastem na południu Francji to w moim kapowniczku zasługuje na miano
profesjonalisty i człowieka, który perfekcyjnie opanował warsztat
operatorski.
Idąc za ciosem przeciwieństwem profesjonalisty jest reżyser, który za
cokolwiek by się nie zabrał to i tak to spieprzy. Mało jest takich, którzy
biorą się za wszystko, zwykle pierwsza porażka odsyła beztalencie na
zakurzone półki osiedlowych wideotek. A jednak zdarza się, że beztalencia
przez długie lata mordują widzów swoim stylem, który jest nie do zniesienia.
A najgorsze jest to, że zbijają na tym kupę kasy. Moim niechlubnym faworytem
jest Michael Bay. Człowiek ten gustuje w szeroko pojętym kinie sensacyjnym
(czy na Hawajach czy w przyszłości, zawsze się strzelają), z którego nie
potrafi wyzbyć się obrzydliwej dawki pompy, zadęcia i nazwanego przeze mnie
"cool factor". Oglądając jego filmy można dojść do wniosku, że człowiek ten
nie ma nic do powiedzenie. To jeszcze można przełknąć, ale niestety mówić
coś próbuje i robi to w tak bełkotliwy sposób, że ząb boli. Każdy z jego
filmów to kilka gagów, kilka pompatycznych gadek, laseczka z ładną buzią i
niezłymi nogami, niezła bryka (tudzież samolot) do przesady dramatyczna
strzelanina na końcu filmu. Wszystko zmontowane dość chaotycznie, z muzyką
poważną wzbogaconą riffami gitary elektrycznej w tle. Upraszczając człowiek
ten to wyrobnik, który zawsze będzie chciał sprzyjać gustom widowni
najtańszymi i wielokrotnie powielanymi schematami. Bay wywodzi się ze szkoły
legendarnego już producenta Dona Simpsona, który powiedział "Nie jesteśmy
zobowiązani do tworzenia historii, nie jesteśmy zobowiązani do tworzenia
sztuki, nie jesteśmy zobowiązani do tworzenia ważnych przekazów, jesteśmy
zobowiązani do zarabiania pieniędzy". Oczywiście nie jestem na tyle naiwny
by sądzić, że Scott robi filmy charytatywnie, ale on na nie zarabia, jak
profesjonalista, a nie żebrze sztucznie się przy tym uśmiechając.
|