STRONA GŁÓWNA      PLEBISCYTY | RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE


NAJGORSZE SEQUELE
WSTĘP | 89-71 | 70-51 | 50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-1



GŁUPI I GŁUPSZY 2:
KIEDY HARRY SPOTKAŁ LLOYDA

Dumb and Dumberer: When Harry Met Lloyd
2003
10

Odpowiedzialni: Troy Miller (scenariusz i reżyseria), Robert Brenner, Will Gluck, Tom Gammill i Max Pross (scenariusz)

"Głupiego i głupszego" braci Farrelly uważam - uwaga, następuje przyznanie się do winy, wzywać Świętą Inkwizycję! - za jedną z najlepszych komedii, jakie widziałem w swoim marnym życiu ekscentrycznego kinofila (nie, to słowo nie oznacza, że dana osoba lubi posuwać taśmę celuloidową...). Kultowe postaci dwóch słodkich idiotów, których nie da się nie pokochać, fantastyczne pomysły inscenizacyjne (np. wypadnięcie z rękawa na płytę lotniska), masa wybitnych gagów, które są miejscami tak głupie, że nie mogą być śmieszniejsze (pamiętacie scenę, kiedy wkurzony Harry rzuca Mary śnieżką? Do dzisiaj uznaję obejrzenie tego na kilkuminutowej pętli za najlepszą terapię na każdy rodzaj doła!) I, co bardzo ważne w tym kontekście, podane podskórnie poważne przesłanie o akceptacji inności - kwestia, z którą bracia Farrelly mierzyli się lepiej lub gorzej chyba we wszystkich swoich filmach. Przyjemne sny o kompletnie popapranych przygodach a'’la Lloyd i Harry przerodziły się u mnie w najgorsze koszmary po obejrzeniu "Głupiego i głupszego 2", rzeczy o tym, kiedy młody Harry spotkał młodego Lloyda, czyli w efekcie prequela, a nie sequela opisywanego powyżej filmu. Dość powiedzieć, że po obejrzeniu tego "czegoś" wiedziałem, że potrzebny jest mi dobry psychiatra (jak myślicie, Mel Brooks w czymkolwiek czy Judd Hirsch ze "Zwyczajnych ludzi"?), ale że żadnego nie mam w rodzinie, do dzisiaj samotnie mierzę się z traumą pozostawioną przez "film" Troya Millera…

Opowieść o młodocianych przygodach Lloyda i Harry’'ego wedle zasad kontynuacji, nieważne, że to prequel, powinna mieć wszystkiego więcej i wszystko powinno być dynamiczniejsze. Jedyne, czego jest w "dwójce" więcej, to bezdyskusyjnie nieśmiesznej głupoty, oglądając którą człowiek na serio zastanawia się, czy nie lepiej pogrążyć się w otchłani mroku i nie zapoznawać się ze swoim drapieżnym "ja". Grani (?) przez Dereka Richardsona i Erica Christiana Olsena główni bohaterowie to apoteoza wszystkich najgorszych cech, które można przypisać amerykańskim kontynuacjom - oni nie są głupi, to chodzące pomioty kretynizmu, którym scenarzyści (?…) wciskają do ust (niestety, nie jest to wersja porno) kompletnie bezstylowe dialogi, i których scenarzyści (?…) zmuszają do wyprawiania matołowatych czynności tylko po to, by na ekranie pojawiły się całkowicie wyprane z kreatywności nawiązania do tego, co będzie, gdy Lloyd i Harry dorosną (scena z ułamaniem kawałka zęba - o tempora, o mores…!). Cały drugi plan błąka się po ekranie, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, a tacy aktorzy komediowi jak Eugene Levy czy Luis Guzman uwłaczają własnym filmografiom. Dochodzi do tego jeszcze dokumentnie, gruntownie i kategorycznie bezsensowna fabuła, którą mogli stworzyć jedynie kabotyńscy w duchu twórcy nie potrafiący zrozumieć, że to, co łopatologiczne, przeważnie nie jest fajne, a to, co stoi poziom wyżej, jakkolwiek to nazwać, rujnuje magię kina….

Zmęczony wyrzucaniem z siebie negatywnych emocji w kompletnie niekontrolowanym ruchu klawiaturowych przycisków, udaję się na spoczynek z Uwe u boku. [Beowulf]





SZKLANA PUŁAPKA 4.0
Live Free or Die Hard
2007
9

Odpowiedzialni: Len Wiseman (reżyseria) i Mark Bomback (scenariusz)

Por qué? Po co to komu, na co to komu? Czy obserwowanie podstarzałego eksmęża Demi Moore, ktory biega po ekranie jak polscy obrońcy w meczu z Austrią, można w jakiś sensowny sposób wytłmaczyć? Oglądałem poprzednie trzy części doznając przyjemności bez mała masturbacyjnej, ciesząc się każdą chwilą spędzoną przed telewizorem, smakując każdy łyk piwa pitego w akompaniamencie wybuchów, strzelanin i pościgów. Komu to szkodziło? Czemu trzeba było spalić zamek marzeń i wspomnień, który zbudowały poprzednie części? Spalić ogniem na wskroś okrutnym, bo takim płonie ostatnia odsłona przygód dzielnego policjanta. Mamy żałosnego terrorystę o twarzy Olyphanta, który sprawia wrażenie, jakby zaraz miał się rozpłakać - gdzie mu tam do Hansa Grubera! Mamy i Bruce’'a, skaczącego na ekranie jak żaby w dynamitowym stawie, dla którego nie ma zadań niemożliwych - strącić za pomocą samochodu atakujący helikopter? Nic prostszego. Uciec osiemnastokołowcem przed szarżującym F-35, który pluje ołowiem niczym wściekła żmija? Dajcie mi pierwszą lepszą cieżarówkę, a sztuki tej dokonam! Choć to kino na wskroś rozrywkowe i nie należy się po nim spodziewać zbyt ścisłego trzymania poziomu realizmu, to mimo wszystko są pewne granice, których przekraczać nie należy. A tu kiedy myślimy, że poziom filmu dotknął już dna, okazuje się, że ktoś rzuca mu jeszcze łopatę. W efekcie dostajemy przeciętnego akcyjniaka, naszpikowanego efektami specjalnymi, czerstwym poczuciem humoru i nieprawdopodobnymi wręcz scenami. Brak klimatu ulicznego, jaki czuło się chociażby w części nr 3, brak zapachu i smaku ulicy wielkiej amerykańskiej metropolii, to wszystko pokutuje wielką, filmową niestrawnością. Czy są plusy? Są, bo czasem twórcom się udaje to i owo, gdzieniegdzie nas rozśmieszą lub zaskoczą ciekawym dialogiem, ale w całkowitym rozrachunku wychodzi na to, że minusy przesłaniają te plusy. [Burial]





DZIEDZIC MASKI
Son of the Mask
2005
8

Odpowiedzialni: Lawrence Guterman (reżyseria), Tom Gammill, Max Pross, Lance Khazei i Rob McKittrick (scenariusz)

"Dziedzica maski" oczekiwałem tak mocno, jak kolejnej wizyty u dentysty. Bez Carreya, bez Diaz, bez Russella, bez serc, bez ducha, to szkieletów… i tak dalej - czy to się mogło udać? Pewnie nie, ale zawsze można poszydzić trochę przy browarze z nieudolności twórców, przy okazji doceniając inne filmy, które wydają się złe. Mój ukochany Uwe Boll, najlepszy najgorszy reżyser świata, dumnie przyświeca tejże misji. Do seansu przekonał mnie, o ja naiwny!, amerykański tytuł - "Son of the Mask", czyli w wolnym tłumaczeniu "smaskisyn", gdzie "maska" zamienia brutalną, acz popularną nazwę najstarszego podobno zawodu świata. Później pojawiły się pierwsze sceny, napisy początkowe, jakieś próby dialogów i - o zgrozo! - nawet użycia efektów wizualnych. Dość powiedzieć, że piwo (CZAS NA KRYPTOREKLAMĘ - Leżajsk, the best beer in the world!) w rekordowo szybkim tempie straciło jakikolwiek smak.…

W tym filmie złe jest wszystko, od aktorstwa i czegoś na wzór podręcznikowej anty-reżyserii po wspominane efekty wizualne, które pasują raczej na strony książki pt. "Używanie Oprogramowania Komputerowego dla Idiotów", a jeśli nawet jakiś aspekt "Dziedzica…" jest dobry, nie da się go zauważyć pod natłokiem wszechogarniającego filmowego szamba. Już sam pomysł założenia drewnianej niespodzianki małemu bobasowi, czyli dosłowne potraktowanie tego, co "Maska" Chucka Russella pastiszowo sugerowała - zinfantylizowanie supermocy, ażeby stworzyć na ekranie całkowity rozpiździel - jest po prostu kretyński, a do tego dochodzi jeszcze wykonanie. Negatywnie pieprznięty szkrab z zielonym glutem na twarzy nie ziębi, nie grzeje, w zamian wywołując jeszcze większe fale zażenowania niż przy oglądaniu na YouTube najbardziej smakowitych kawałków z obrad polskiego Sejmu. O ile Maska z "jedynki" z latania po ekranie bez ładu i składu tworzył coś na wzór prawdziwej sztuki, tak bobas z - tfu!, tfu! - "filmu" Lawrence’a Gutermana sprawia, że ma się chęć zacząć uderzać miarowo głową w najbliższą ścianę (mniej więcej w rytmie pamiętanym ze zwiastuna "Poważnego człowieka"). A to przecież tylko główne danie, nie wolno zapomnieć o przystawkach….

Wszyscy pasjonaci nordyckich mitów i wierzeń powinni zebrać się, wziąć w łapy swe plastikowe repliki młotów Thora i wyruszyć do Ameryki, by spacyfikować każdego, kto miał jakikolwiek wkład w powstawanie scenariusza. Grany (HA! Ha! ha!...) przez Alana Cumminga Loki to personifikacja starosłowiańskiego powiedzenia "bujda na resorach", nawet Pythoni nie potrafiliby sparodiować tak żałosnej koncepcji negatywnego bohatera. Ale lepiej ponarzekać na czarnoskórego półboga w "Thorze", bo to bardziej znana produkcja, niż poświęcić swe życie anihilacji takiej nikczemności. No cóż, komu w drogę, temu trąbka, bowiem to już koniec znęcania się nad "Dziedzicem maski", gdyż zaczyna mi się to podobać i zaraz będzie trzeba włączyć filmową kroplówkę Uwe B. W każdym razie Jim Carrey raczej tego cyfrowego szlamu nie oglądał, bo dawno by padł na zawał, a podsumować ten wywód można tylko tak, iż "dwójka" "Maski" powinna zostać zakazana we wszystkich krajach naszego świata, poza Indiami, bo tylko bollywoodzcy magicy są w stanie zrobić z tego fajny musical. [Beowulf]





GWIEZDNE WOJNY: CZĘŚĆ I
- MROCZNE WIDMO

Star Wars: Episode I - The Phantom Menace
1999
7

Odpowiedzialny: George Lucas (scenariusz i reżyseria)

Ogromna popularność klasycznej trylogii "Gwiezdne Wojny" sprawiła, że pierwsza odsłona trzyczęściowego prequela do Epizodów IV-VI była bodajże najbardziej oczekiwaną premierą w historii kina. Od czasu technicznie zniewalającego "Titanica" minęły dwa lata, George Lucas zgromadził 115 milionów zielonych na produkcję filmu (w dodatku firma ILM należała do niego), a ludzie odpowiedzialni za casting zebrali na planie grupę świetnych aktorów (Neeson, McGregor, Portman, McDarmid). Niestety, na niewiele się to zdało, gdyż za sprawą fatalnego scenariusza i złego prowadzenia aktorów przez reżysera, "Mroczne Widmo" okazało się tylko... widmem klasyczych odsłon cyklu. Przez bite dwie godziny widz atakowany jest salwami infantylnych scen i motywów, w czym prym wiodą niejaki Jar-Jar oraz żabopodobni przeciwnicy małego Anakina, którego sprawę, choć najistotniejszą dla serii, całkowicie pokpiono. Mimo faktu, że Neeson czy McGregor wielokrotnie udowadniali, że grać potrafią, Lucas nie potrafił wyciągnąć z nich dosłownie nic. Skrypt, aktorstwo, a także kiepskie dialogi i pstrokata scenografia jasno dowodzą, że ktoś zrobił fanów "Star Wars" w bambuko. Jedynymi jasnymi punktami Epizodu I są: utwór skomponowany przez Johna Willliamsa - "Duel of the Fates", a także ciekawa choreograficznie walka Qui-Gona i Obi-Wana z Darth Maulem. Mimo mocno wątpliwej jakości produktu, film doskonale się sprzedał, inkasując na całym świecie zyski sięgające prawie miliarda dolarów. W takiej sytuacji pociesza mnie jedynie fakt, że samemu nie przyczyniłem się w żaden sposób do komercyjnego sukcesu Lucasa i świty. [Anielski Pył]





RYŚ

2007
6

Odpowiedzialny: Stanisław Tym (scenariusz i reżyseria)

Niektóre filmy, szczególnie te pochodzące z jakiegoś wcześniejszego i charakterystycznego okresu, określa się mianem kultowych. Film kultowy to film cieszący się niegasnącą sławą. To film, który staje się klasyką i im starszy, tym więcej ma do przekazania i tym bardziej wydaje się lepszy. Filmy kultowe mogą być najróżniejszych gatunków: od horrorów, sf, przez sensację, aż po komedię. Właśnie ta komedia, polska komedia, to gatunek filmowy, w którym nasz naród widzi najwięcej filmów kultowych.

Jednym z takich filmów jest komedia Stanisława Barei "Miś". Na pierwszy rzut oka, to komedia skupiająca się na wojnie płci, która toczy się pomiędzy małżonkami, i ich wyścigu po pieniądze w londyńskim banku. Jednak to, co dzieje się przez cały film obok wspomnianego małżeństwa, rozszerza się na całe społeczeństwo, ukazując jego przywary i absurdy. "Miś" to komedia moralnego niepokoju, komedia absurdu, dotykająca spraw, które w komedii były nietykalne.

W 1980 roku, nie było możliwe, by "Miś" zdobył sławę i szacunek, gdyż Bareja dotknął w nim także ludzi władzy i metod rządzenia. To nie mogło się podobać, a krytyka nie zostawiła na reżyserze suchej nitki.

Główną rolę grał Stanisław Tym. On sam pomagał również reżyserowi pisać scenariusz i układać dialogi. Dialogi te były najmocniejszą stroną "Misia", doskonale uzupełniając absurdalne sceny ukazujące polskie społeczeństwo PRL-u. Mając w pamięci owe teksty i słysząc, że Stanisław Tym znów podjął się pisania dialogów i scenariusza, do których doszła jeszcze reżyseria, miałem wielkie nadzieje, że "Ryś", kontynuacja kultowego "Misia", nie zawiedzie moich oczekiwań.

Po raz kolejny jednak, moja nadzieja co do udanego sequela okazała się zbyt entuzjastyczna. Film ciężko jest przetrawić już za samą fabułę, a jeśli trwa ona okropnie długie 143 minuty, staje się prawdziwą mordęgą. Wszystko co było najmocniejszą stroną "Misia", w "Rysiu" umarło, jak wyżej wspomniana moja nadzieja. Dialogi i wypowiedzi, zdania i wyrazy, które do dziś pamiętamy z "Misia" i które rozbawiają nas za każdym razem, w kontynuacji są chaotyczne, nieśmieszne i często pozbawione jakiegokolwiek sensu. Denerwują głupawe teksty sprzątaczek, czy reporterek telewizyjnych, jak również nazwiska ich wszystkich. Z jednej strony reżyser chce pokazać w jaskrawym świetle absurd zachowań w polskiej rzeczywistości. Z drugiej strony w dzisiejszych czasach, takich filmów nie brakuje, a braki społeczeństwa są w nich ukazane w bardziej przyswajalny sposób. Nieudolność "Rysia" polega na tym, że przedstawianie problemów społeczno-obyczajowych ludzi w XXI wieku na sposób PRL-owskiego "Misia", nie wychodzi na dobre.

Fabuła filmu to wielki chaos. Główny wątek, czyli historia Ryszarda Ochóckiego, próbującego spłacić dług mafii, przerywana jest co chwila transmisją telewizji Witraż, która czasem gubi "kontaktarz". Przerywniki te, wyrwane z kontekstu, wprowadzają na ekranie niemały bałagan. Słysząc teksty typu "z grochu powstałeś i w groch się obrócisz", "fotel nie pozna po dupie, że to ślusarz, nie prezydent", czy oglądając scenę z wibratorami, widzimy, jaka przepaść intelektualna dzieli "Rysia" od "Misia". Te i inne głupawe gagi, psują całkowicie i tak bardzo słabą filmową fabułę.

Satyra z telewizji, przemawianie do pustej sali sejmowej, wizerunek policji, żarty z kościoła współpracującego z mafią, czy nawet sam Ryszard, pozbawiony moralności cwaniaczek, to za mało dla dzisiejszego widza, który takie obrazki widzi codziennie w wiadomościach, filmach i serialach. Potrzeba było czegoś więcej, czegoś, czego Stanisław Tym nie znalazł. Przekombinował z dialogami i historią Ryśka, w filmie po prostu nie ma się z czego śmiać. Gagi są żenujące, a pogmatwany scenariusz sprawia, że czasem możemy się nieźle pogubić, nie wiedząc kiedy, gdzie i dlaczego coś się wydarzyło. Reżyser stworzył prawdziwy mętlik, którego w żaden sposób nie można złożyć w spójną całość. Nie ratują go nawet wielkie nazwiska polskiego filmu, które dobrze grają swoje, ale nijak ma się to do przekombinowanej fabuły.

"Miś" również nie podobał się od razu. Status kultowego zdobył dopiero po pewnym czasie, gdy zmienił się ustrój, a Polacy zaczęli wspominać dawne czasy. Był rozumiany i wielbiony szczególnie wśród ludzi, którzy żyli w czasach ukazanych właśnie w "Misiu", choć jego uniwersalność i niewybredny humor, przyciągnął również młode pokolenie. W "Rysiu" nie widzę niczego, co mogłoby się za kilka lat podobać, tym bardziej, że od premiery minęły już ponad cztery lata i opinia o "dziele" Tyma w żaden sposób się nie zmienia.

Cały film i jego sens najlepiej oddaje postać Jarząbka, grana przez Jerzego Turka, który w podskokach ucieka ze stadionu, tak, jakby uciekał z tego filmu, zdawszy sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. "Ryś" otrzymał HEZEKARA KMF za najgorszy polski film 2007 roku.

"Ryś" pomimo tego, że jest filmem nieudanym, zrobił jedną, pożyteczną rzecz. Uświadomił widzowi, który lubi oglądać kontynuacje i dobrych, starych bohaterów, że są filmy "niekontynuowalne", jedyne w swoim rodzaju i każda próba zrobienia sequela, czy nawet luźniejszego nawiązania, zakończy się fiaskiem. Takie filmy to właśnie filmy kultowe. [Mittron]





MORTAL KOMBAT 2:
UNICESTWIENIE

Mortal Kombat: Annihilation
1997
5

Odpowiedzialni: John R. Leonetti (reżyseria), Brent V.Friedman i Bryce Zabel (scenariusz)

Po (względnie) niedawnej premierze gry "Mortal Kombat" - będącej zarówno dziewiątą cześcią serii, jak i swoistym odświeżeniem całości - naszła mnie ochota na obejrzenie dwóch filmów kinowych. Na początek jednak słówko o samej grze - jest to powrót "Mortala" w pełni glory i chwały. Coś, w co każdy fan tytułu powinien zagrać - wreszcie powrót do korzeni, mnóstwo kultowych postaci, hektolitry krwi, brutalne fatality, świetny tryb opowieści, pojedynki dwóch-na-dwóch, cała wieża wyzwań... Do tego piękne plansze i brak zabawy w niepotrzebne w przypadku tego tytułu 3D - prawdziwy "Mortal Kombat" był i zawsze powinien być tylko w 2D - i kropka. Po kilkunastu (a może więcej?) godzinach zabawy z bananem na ustach, sięgnąłem po film Paula W.S. Andersona. I coż - jak dla mnie nie zestarzał się ów obraz ani trochę. Jest naprawdę niezły, ma klimat, genialną muzykę George'a S. Clintona, świetne walki, wyraziste postacie i - uwaga - paradoksalnie ani trochę nie przeszkadza tu brak krwi. Ilość tzw. "głupot" i niepotrzebnych akcji zmniejszono do minimum. Podsumowując: jest to na pewno jedna z lepszych adaptacji gier komputerowych.

A teraz weźmy pod lupę sequel. Pamiętam, gdy siedząc w kinie co rusz w głowie pojawiało mi się pytanie: "Co to k... jest!?" - tak Panie i Panowie, "Mortal Kombat: Annihilation" to moim skromnym zdaniem jeden z najgorszych sequeli wszechczasów. Tandetne stroje, nieciekawe walki, kiepskie efekty, i grzech największy - kompletne spartolenie jednych z ciekawszych postaci uniwersum MK, z czego większość pojawia się na ekranie tylko po to, żeby po chwili w głupi sposób umrzeć. Ilość wspomnianych wyżej "głupot" i momentów niepotrzebnych zwiększono niemal do maksimum. A już końcowa scena walki plastelinowych smoków to coś, przez co omal pierwszy raz w życiu nie wyszedłem z kina. Pamiętam, że kiedyś potrafiłem w "Annihilation" odnaleźć jakieś plusy - a to jakiś pojedynek, a to jakaś ciekawsza postać... Dziś jedynym atutem pozostaje ścieżka dźwiękowa (oczywiście i tak nie dorównująca tej z pierwszej części). Reszta to DNO. Pamiętam serial "Mortal Kombat: Conquest" - choć część odcinków była słaba czy średnia - ogólnie całość wypadała pozytywnie, a i trafiały się epizody-perełki. W Internecie można za darmo obejrzeć serię "Mortal Kombat: Legacy" (nieco inne, bardziej "realistyczne" spojrzenie na temat) - jest średnio, ale zdarzają się lepsze momenty, a i sam pomysł zasługuje na uznanie. Ale i tak oba te seriale w porównaniu do "MK: Annihilation" to prawdziwe cuda kinematografii. Osobiście uważam, że reżyser kręcąc ten tytuł splunął w twarz wszystkim fanom Mortal Kombat. [Alieen]





INDIANA JONES I KRÓLESTWO KRYSZTAŁOWEJ CZASZKI
Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull
2008
4

Odpowiedzialni: Steven Spielberg (reżyseria) i David Koepp (scenariusz)

Ten upragniony, wyczekiwany od dawien dawna dzień zbliżał się wielkimi susami, a wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że będzie to dzień udany. Przywitany słoneczną i piękną pogodą, wzmocniony pożywnym obiadem, ruszyłem ze śpiewem na ustach do znajdującego się nieopodal miejsca mego bytowania multipleksu. Zręcznie wymijając tłumy krytyków skandujących wrogie hasła, z których część zaprezentowana była w formie pisanej na transparentach, wkradłem się w ciche i mroczne sanktuarium filmu... "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki", bo tak nazywało się to epokowe wydarzenie, którego świadkiem chciałem być, zaczynał się dopiero za pół godziny, tak więc mając sporo czasu przysiadłem na zydelku kinowej kanapy pogrążając się w zadumie. Oto bowiem, po niemalże 20 latach wraca w świetle jupiterów idol mojej młodości. Choć trochę podstarzały, lekko przygarbiony i włosy posiadający w kolorze siwym, nie zatracił nic a nic ze swojego awanturniczego stylu życia. Nie dla niego przechadzki po gaiku Akademosa i studiowanie zza biurka zaszyfrowanych inskrypcji na glinianych tabliczkach. To człowiek czynu, ze swoim batem, kapeluszem i błyskiem w oku przeżywa przygody tak niesamowite, że wielu dało się nabrać na ten mit, towarzyszący pracy archeologa, przeklinając później swój parszywy los i Indianę z jakiegoś głębokiego dołu w środkowej części Polski, patrząc się na garść potłuczonych garnków i oczekując ze słabnącą nadzieją ataku ludzi na wskroś złych.

Wracając jednak do ostatniej i najnowszej części przygód wesołego archeologa - kiedy napisy końcowe dotarły do końca ekranu, a salę kinową rozjaśniły jupitery zwiastujące koniec seansu, po policzkach spływały mi łzy. Łzy rozczarowania, łzy wstydu, upokorzenia. Zostałem brutalnie i bez ostrzeżenia "zgwałcony" duchowo, zabito we mnie dzieciaka, który z wypiekami na twarzy zasiadał przed telewizorem, zapominając o bożym świecie. Czułem się jak lump kupujący pornosa, a ciężar mojego zawodu przygniótł mnie do ziemi niczym zmęczonego życiem staruszka. Wszystko, dosłownie wszystko w tym filmie zostało zeszmacone. Wychodzi na to, że powrót do żywych i odgrywanie herosów z lat swojej świetności wychodzi na razie tylko panu Stallone (choć i tu nie do końca), bo patrząc na zmęczone oblicze Harrisona ma się wrażenie, że nie do końca wierzył w sens swojego podrygiwania na ekranie. Choćby nie wiem jak sprawny nie był, sześćdziesięciolatek będzie zawsze wyglądał z lekka nienaturalnie przeskakując z jednej pędzącej ciężarówki na drugą. Powstanie tej części było katastrofą - powinna zostać nakręcona lat dobrych kilka temu, a nie teraz. Może wtedy, nie zniekształcona przez tragiczne efekty specjalne byłaby bardziej strawna, może młodszy Ford nie raziłby tak bardzo, może nie płakałbym jak dziecko, któremu zabrano najukochańszą zabawkę?

Co przyczyniło się do porażki? Przede wszystkim efekty specjalne - jestem zagorzałym przeciwnikiem tych, które wygenerowane komputerowo zabijają klimat filmu. Choćby nie wiem jak widowiskowe były, pozostaną tylko i wyłącznie ciekawostką, która rzadko kiedy zapadnie na dłużej w pamięci. Tu mamy ich aż nadto i ten przesyt jest pierwszym ciosem w nieosłonięte plecy tej zacnej sagi. Później jest jeszcze gorzej - siermiężny humor, beznadziejne postacie (zwłaszcza Shia LaBeouf - nic nie przekona mnie do tego, by uznać go za jakieś objawienie w filmowym światku), absurdalność niektórych scen (zwłaszcza nuklearnoodporna lodówka i jej całkiem konkretny powybuchowy lot) i przede wszystkim świadome zabicie klimatu, jaki był motorem napędowym poprzednich części. To już nie jest chropowata przygodówka, lekko brudna i wciągająca niczym czarna dziura, ale miałki i poprawny pod każdym względem średniak, będący pierwszym gwoździem do trumny dla całej sagi. Pozostaje mieć nadzieję, że osobie, która przystawiła pistolet do głowy George'’a i Stevena nakazując im popełnienie tej filmowej katastrofy, zabrakło naboi. I że na tym pierwszym gwoździu się skończy. "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" otrzymało KMF-owego HEZEKARA w kategoriach Największe rozczarowanie oraz Najgorsza scena 2008 roku. [Burial]





SPEED 2: WYŚCIG Z CZASEM
Speed 2: Cruise Control
1997
3

Odpowiedzialni: Jan De Bont (reżyseria), Randall McCormick i Jeff Nathanson (scenariusz)

Kontynuacja "Speed" była karkołomnym pomysłem. Owszem, na fotelu reżysera sequela zasiadł niby Jan de Bont, odpowiedzialny za sukces oryginału, ale już najjaśniejszy punkt "Speed" - Keanu Reeves, który z kilometra zwęszył porażkę, odmówił udziału w kontynuacji. Z oryginalnej obsady pozostała więc tylko Sandra Bullock, która, bądźmy szczerzy, choć fajna i urocza, pozbawiona silnego ramienia Reevesa, nie miała szans samodzielnie pociągnąć filmu. Jack Traven został zastąpiony Alexem Shawem, w którego wcielił się Jason Patric, aktor pozbawiony charyzmy i urody, które w wybuchowej mieszance cechowały postać graną przez Keanu Reevesa. Za każdym razem, gdy słyszę Bullock krzyczącą do Alexa: "Aleś ty szalony!", gdy ten nie robi nic szczególnego, chce mi się parsknąć śmiechem. Akcję przeniesiono z pędzącego autobusu na płynący mozolnie statek wycieczkowy, który nie pędzi na złamanie karku jak pojazdy z "jedynki" (winda, autobus, metro), tylko… P-Ł-Y-N-I-E S-O-B-I-E(!) Równie dobrze mógł de Bont umieścić akcję "Speed 2" na walcu drogowym i popychać go ku zniszczeniu w kierunku zbyt rzadkiego asfaltu z prędkością 5km/h. Do nędznego scenariusza i nędznej reżyserii doszedł nędzny antagonista w nędznym wykonaniu Willema Dafoe i wszystko to złożyło się na jedno z największych rozczarowań w dziejach X muzy. [Dux]





TRANSFORMERS: ZEMSTA UPADŁYCH
Transformers: Revenge of the Fallen
2009
2

Odpowiedzialni: Michael Bay (reżyseria), Ehren Kruger, Alex Kurtzman i Roberto Orci (scenariusz)

O filmie "Transformers" mówiono, że nie trzeba na niego iść do kina. Wystarczy obejrzeć wszystkie trailery i praktycznie mamy obejrzany cały film, gdyż właśnie w trailerach zawarto wszystko, co najlepsze. Coś w tym jest, ale uważam jedynkę za film średni, a średni, nie znaczy przecież zły. Pierwszy film Michaela Baya o dobrych i złych robotach, zawierał tak dużo błędów, że mógł zawieść wielu, nawet najbardziej zagorzałych fanów. Jednak ci sami fani, byli tak bardzo spragnieni jakiegoś filmu o swoich idolach z dzieciństwa, że byli w stanie wiele wybaczyć. Byli już prawie wszyscy superbohaterowie, herosi - Batmany, Supermany i inni, ale Transformerów jeszcze nie. Nie dziwi więc fakt, że film w weekend otwarcia zarobił ponad 70 milionów dolarów.

To, co najbardziej uderzało po oczach w pierwszej części, to chaos, który panował na ekranie podczas walk robotów, których często nie można było nawet rozpoznać. Ale to jeszcze dało się przeżyć, natomiast przekształcanie się tytułowych postaci ciężko już było przetrawić. Reżyser chwalił się, że każda z tysięcy części pojedynczego robota porusza się podczas przemiany. Niestety, na ekranie proces przekształcenia się robota w auto lub inną maszynę, woła o pomstę do nieba. Sceny te, dla prawdziwego fana były o wiele ważniejsze niż wypięty tyłek Megan Fox zaglądającej pod maskę samochodu. Niestety, w filmie cała przyjemność z przemiany trwa jedną, może dwie sekundy, a poszczególne części zmieniają się tak szybko, że ciężko zauważyć coś konkretnego. Czasem jest to wytłumaczalne i potrzebne, np. w czasie walki, ale mogło być kilka scen, które pokazałyby przemianę trochę wolniej i dokładniej, jak np. nakładający się kostium Iron Mana na Tony'ego Starka, czy np. sceny morfingu w serii "X-men" podczas przemiany Mystique. Jednak apetyt na transformery, spowodowany długim czekaniem, był wielki. Sam zaliczam się do pokolenia, które oglądało animowanych transformerów w telewizji i na kasetach video z wypożyczalni oraz wklejało kolorowe naklejki do albumu firmy Panini. Film się podobał i odniósł sukces finansowy, co oznaczało, że prędzej czy później możemy spodziewać się kolejnej części, w której reżyser wynagrodzi nam niedociągnięcia części pierwszej.

Dwa lata po pierwszej, ukazała się druga część: "Transformers: Zemsta Upadłych". Jak wiadomo, "dwójki" mają to do siebie, że wszystkiego jest dwa razy więcej. Tak było i w tym przypadku - dwa razy więcej robotów, dwa razy więcej akcji, pościgów, dwa razy więcej Megan Fox, i tak naprawdę dwa razy więcej... niczego. Drugi film o robotach powielił wszystkie błędy jedynki, nie wnosząc niczego nowego w sensie pozytywnym. Reżyser nie wyciągnął żadnych wniosków, a film dodatkowo stracił element zaskoczenia i nie spełnił oczekiwań. W drugiej części oglądamy jedną wielką, nużącą bijatykę, od której robi się mdło. Scena przemiany pozostała taka sama, za to chaos powiększył się jeszcze bardziej (dwukrotnie), a ostatnia bitwa pod piramidami ciągnie się w nieskończoność. Można dostać robaków w tyłku od kręcenia się w fotelu z powodu zniecierpliwienia i irytacji, słuchając patriotycznych i bohaterskich dialogów i monologów aktorów. Jedynka miała adwokata w postaci pewnej świeżości tytułu, długiego oczekiwania na film i mimo wszystko, bardzo dobrych efektów specjalnych. Dołożenie w drugiej części kilku nowych robotów, zwiększenie liczby efektów, walk i pościgów przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Wszystkiego jest niepotrzebnie za dużo, do tego to, co powinno być bardziej dynamiczne, jest rozwleczone, chyba tylko po to, żeby zapełnić czas antenowy. Mamusia, która najadła się ciasteczek i wariuje w akademiku, tajny agent w stringach i ze swoimi tekstami o tym, żeby nic mamie nie mówić, tata dumny ze swojego syna oraz syn bohater - wszystko jest takie amerykańskie i takie śmierdzące Hollywood na odległość. Dwójkę można określić stwierdzeniem "Przesyt wszystkiego, co tylko można było przesycić". Dzieło Michaela Baya "nagrodzone" zostało KMF-owymi HEZEKARAMI w kategoriach: Najgorszy film, Najgorszy sequel, Najgorsza reżyseria, Najgorszy scenariusz, Najgorsza aktorka, Najgorszy zespół aktorski oraz Najgorsza scena 2009 roku. [Mittron]





BATMAN I ROBIN
Batman & Robin
1997
1

Odpowiedzialni: Joel Schumacher (reżyseria) i Akiva Goldsman (scenariusz)

Już sam początek "Batmana i Robina", w który wplecione zostały kadry poszczególnych części kostiumu i wyposażenia tytułowych bohaterów, a pośród nich rzut oka na pośladki Batmana i Robina opięte ciasno gumowym badziewiem, daje nam delikatnie do zrozumienia, że oto seria Batmana właśnie schodzi poniżej poziomu tolerancji. Ale tu jeszcze możemy się wahać, zastanawiać, usprawiedliwiać... kilka minut później nie mamy już wątpliwości: ten film jest co najmniej dziwny. I nie chodzi nawet o kostiumy z sutkami. Jest jakoś tak podejrzanie kolorowy. Pstrokacizna atakuje oczy, razi jaskrawością, kolory są nienaturalne, dyskotekowe. Taki jest cały ten film. Batman na dyskotece po zażyciu LSD.

Batman od początku był kiczowaty. Ale kicz Burtona miał pewien styl, pewien mrok, który czynił ten kicz atrakcyjnym. Tam, gdzie Burton postawił na mrok i groteskę, tam Schumacher woli jarmarczne świecidełka i tanią komedię. Brakuje tylko śmiechu publiczności jak w sit-comach i brakuje go bardzo, bo nie zawsze można się zorientować co jest żartem. Batman i Robin wyglądają jak Jasio i Grzesio, którym babcia zrobiła kostiumy z kaloszy i ceraty na bal przedszkolaka. Mr. Freeze uważa za stosowne komunikować się niemal wyłącznie one-linerami nawiązującymi do mrozu. Niektóre z nich zrobione są tak na siłę, że trzeba było Schwarzeneggera żeby to udźwignąć. Bane został sprowadzony do roli tępego mięśniaka - wygląda to tak, jakby scenarzysta miał mało czasu i przejrzał co prawda ilustracje w komiksie, ale nie wnikał co tam w dymkach jest napisane. Bane jest jednym z najbardziej inteligentnych przeciwników Batmana, włada sześcioma językami, w tym klasyczną łaciną i to on odkrył tożsamość Batmana (ok., to akurat żaden wyczyn, ale skoro nie udało się to wcześniej nikomu, to stawia i tak Bane’'a na pierwszym miejscu jeśli chodzi o bystrość). W filmie skupiono się na tym, że jest mięśniakiem. Kropka.

Najciekawsza jest jednak Ivy - scena, kiedy wynurza się z kostiumu małpy przywodzi na myśl Ace'a Venturę wydobywającego się z tylnej części nosorożca. Tyle, że z małpy wyłoniła się kolorowa, różowo-zielona Ivy, która wygląda jakby przedawkowała płyn do płukania tkanin. Cała metoda Umy Thurman na odegranie postaci z komiksu, polega na mówieniu w sposób, w jaki mierni aktorzy recytują Szekspira. O duecie aktorskim Silverstone - O'’Donnell nie ma nawet sensu wspominać.

"Batmana i Robina" da się przetrawić tylko, jeśli spojrzeć na niego jak na parodię. Ale nawet z tego punktu widzenia jest żenująco słaby. Nolan dokonał autentycznego cudu reaktywując tak potężnie nadszarpnięty wizerunek Mrocznego Rycerza. [Bocian]




WSTĘP | 89-71 | 70-51 | 50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-1


Plebiscyt przeprowadził: Rafał Donica - DUX [e-mail]
Oprawa HTML: Maciek Poleszak - CIUNIEK [e-mail]
Wsparcie techniczne i przygotowanie formularza: PIXI
Klub Miłośników Filmu, październik 2011

Skomentuj wyniki na naszym Forum


STRONA GŁÓWNA      PLEBISCYTY | RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE