Kino jak odbezpieczony rewolwer
Mężczyzna odziany w elegancki garnitur kończy kolację w jednej z luksusowych
restauracji Bogoty, dopija drinka, wyciąga z kieszeni rewolwer i nagle, bez
żadnej przyczyny, zaczyna strzelać do przypadkowych ludzi, dokładnie celując i z
zimną krwią pociągając za spust. Następnie przeładowuje broń i znów robi to
samo. Zabija ponad dwadzieścia osób, a następnie rozpoczyna wymianę strzałów z
przybyłymi na miejsce policjantami. W końcu jedna z kul go uśmierca. To nie jest
chora wizja nawiedzonego reżysera, tylko opis prawdziwego zdarzenia, które miało
miejsce w Kolumbii w 1986 roku i jest znane jako masakra w restauracji Pozzetto.
Campo Elias Delgado, weteran wojny w Wietnamie, z niewyjaśnionych przyczyn
popełnił tę zbrodnię. Wcześniej tego samego dnia również zabił kilka osób, w tym
własną matkę. Pozostaje tylko jedno pytanie: dlaczego?
Ambitną próbę odpowiedzi podjął najpierw Mario Mendoza w powieści „Satanas”
(2002), a sześć lat później Andres Baiz, reżyser opartego na książce Mendozy
„Szatana” („Satanas”) – jednego z najciekawszych i najbardziej kontrowersyjnych
dzieł zaprezentowanych podczas 10. Festiwalu Filmów Latynoamerykańskich.
Organizatorzy tej kameralnej imprezy nie bali się umieścić w jej repertuarze
filmów trudnych, frapujących, niekiedy wręcz szokujących i na długo zapadających
w pamięć. Zdarza się, że wymagają one od widza cierpliwości czy wręcz mocnych
nerwów. Nic dziwnego, skoro podejmują najbardziej palące problemy znane nie
tylko z codziennych realiów Ameryki Łacińskiej: przemoc, alienacja, życie na
marginesie, bieda, rozwarstwienie społeczne, kwestie wiary i oczywiście –
miłosne rozterki, ale ukazane krańcowo inaczej niż w brazylijskich telenowelach.
|
 |
 |
|
Siłą festiwalu jest przełamywanie stereotypów dotyczących zarówno Latynosów, jak
i tamtejszej kinematografii. Kto spodziewa się łzawych miłosnych historyjek,
ociekających tandetą i tanim sentymentalizmem, zawiedzie się srodze. Współczesne
kino Ameryki Łacińskiej jest niepokorne, estetycznie nowatorskie i
bezkompromisowe, a tamtejsi twórcy nie boją się żadnego tematu. Organizatorzy
10.FFLA jak co roku położyli nacisk na urozmaicony repertuar, kosztem „wydarzeń
pobocznych”, takich jak gale z udziałem reżyserów, gwiazd, całej śmietanki
towarzyskiej odwiedzającej zazwyczaj takie imprezy. Uznali bowiem, że filmy,
czyli najważniejsza część każdego festiwalu, doskonale obronią się same. W tym
roku widzowie mieli do wyboru aż 15 propozycji z cyklu „Nowe kino Ameryki
Łacińskiej” (w większości dzieła już wielokrotnie nagradzane), przegląd
największych dokonań kina latynoskiego w cyklu „Cinemateca”, filmy muzyczne, a
także dokumenty, w tym dokonania jednego z najbardziej utalentowanych
propagandzistów światowego kina – Kubańczyka Santiago Alvareza.
Skoro już mowa o przełamywaniu filmowych stereotypów, ta sztuka w ostatnich
latach doskonale udaje się Brazylijczykom. W kraju samby, futbolu i
niekończącego się karnawału powstaje też znakomite kino, nie ustępujące pod
względem realizacyjnym hollywoodzkim superprodukcjom. Za doskonały przykład
uznać tu można „Nie mam na imię Johnny” („Meu nome nao e Johnn”y) w reż. Mauro
Limy. Jest to brawurowo opowiedziana historia chłopaka z Rio de Janeiro, który
dał się porwać rwącemu nurtowi życia i niemal skończył w rynsztoku. Joao to tzw.
chłopak z dobrej rodziny, któremu nigdy niczego nie brakowało; dzieciństwo
upłynęło mu w większości na plaży, na stadionie Maracana i w licznym gronie
przyjaciół; bez problemu nawiązywał nowe znajomości i jak nikt potrafił
rozkręcić imprezę. Szybko w jego życiu pojawiły się narkotyki, które tak
zażywał, jak i sprzedawał w coraz większych ilościach, aż stał się jednym z
największych dealerów narkotykowych w Rio de Janeiro. Taka jazda nieuchronnie
musiała zakończyć się kraksą.
Przeczytawszy w programie festiwalu, że jest to opowieść o brazylijskim królu
kokainy, spodziewałem się dzieła na miarę hollywoodzkich sag o gangsterach w
stylu „Blow” czy też „Człowieka z blizną” – nic bardziej mylnego. Główny bohater
to żaden wielki baron narkotykowy; raczej wielki imprezowicz, który nie zdawał
sobie sprawy z konsekwencji własnych działań. Przez jego ręce przechodziły
gigantyczne ilości pieniędzy, jednak nigdy nie pomyślał o oszczędzaniu. W
znaczącej scenie kontrahent z Europy mówi: „chcę zarobić milion dolarów w
tydzień”. „A ja chce wydać milion dolarów w tydzień” – ripostuje Joao. Jego
życie to nieustanne ćpanie i balangi. Na szczęście opamiętanie nadejdzie, zanim
będzie za późno. „Prawdziwa chwila narodzin jest wtedy, gdy po raz pierwszy
zastanowisz się nad swoim życiem” – brzmi motto filmu. Daleko mu jednak do
nachalnego moralizatorstwa: tętniące życiem ulice, knajpy i plaże Rio wciąż
wabią zakazanymi rozrywkami. W filmie zostało to świetnie zobrazowane poprzez
dynamiczny montaż, muzykę (znakomite rockowe kawałki w brazylijskim wydaniu) i
dźwięk. Odgłosy dobiegające z otoczenia zostają uwydatnione, są intensywniejsze
i nieraz zniekształcone, co dobrze oddaje narkotyczny stan, w jakim przeważnie
znajduje się Joao; istna powódź kolorów i dźwięków.
Joao Guilherme Estrella, po odsiedzeniu wyroku i odbyciu pokuty za swoją szaloną
i bezrefleksyjną młodość, został znanym i cenionym piosenkarzem oraz producentem
muzycznym. Trudno powiedzieć, na ile trafnie film oddaje rzeczywisty przebieg
jego biografii, jednak z pewnością jest to świetny portret Rio de Janeiro i jego
mieszkańców.
|
 |
 |
|
Zupełnym przeciwieństwem Joao z filmu Mauro Limy jest bohater urugwajskiego „Gigante”
Adriana Binieza. Jara jest facetem dużej postury i ze sporą nadwagą. Niezbyt
chętnie nawiązuje kontakt z otoczeniem, chociaż dysponuje pewną władzą: jest
ochroniarzem w supermarkecie, pracującym najczęściej na nocnej zmianie. Dzięki
kamerom, zamontowanym w całym obiekcie, może niczym Wielki Brat śledzić innych
pracowników i interweniować wtedy, gdy np. sprzątaczki na nocnej zmianie kradną
towar z półek. Ta „władza” nie dodaje mu jednak pewności siebie. Jara coraz
bardziej izoluje się od otoczenia. Słucha heavymetalowej muzyki nawet na ulicy
(przez słuchawki), wolny czas spędza w domu przed telewizorem, gapiąc się w
ekran z otępiałym wyrazem twarzy. Ten stan letargu zostaje jednak przerwany
przez pojawienie się w sklepie nowej sprzątaczki, w której nasz bohater
niespodziewanie się zakochuje.
Doprawdy komiczne są poczynania wielkiego ociężałego faceta, który musi się
zdobyć na ogromny wysiłek, aby przezwyciężyć swoją nieśmiałość i zbliżyć się do
kobiety, która zupełnie nieświadomie (nawet nie wie o istnieniu Jary) wyrwała go
ze sztucznego świata telewizji i ogłuszającej muzyki. Niespieszna narracja
ukazuje nieporadne działania bohatera, a kilka scen zapada w pamięć. Chociażby
ta, w której Jara chodzi po ulicach Montevideo śladami swojej wybranki, w
bezpiecznej odległości, niczym Anioł Stróż, chroniąc ją przed ewentualnymi
nieprzyjemnościami – taksówkarz, który rzuca pod jej adresem obsceniczne uwagi,
za chwilę skończy z czołem wciśniętym w kierownicę. Kapitalna jest scena, gdy
Jara zatrzymuje się przed sklepową wystawą z włączonymi telewizorami. Gdy
spogląda w stronę kamery, jego twarz ukazuje się na wszystkich ekranach. Wygląda
jakoś obco, nieprawdziwie, tak samo zresztą jak wszystko w telewizji, która
otępia i zatruwa umysł. To nie jest autentyczne życie.
Nie wiem, dlaczego „Gigante” zdobył na ostatnim Berlinale nagrodę za
innowacyjność. Nie znalazłem w nim niczego szczególnie odkrywczego. Jest to
prosta i bezpretensjonalna historyjka, typowa dla nowego kina urugwajskiego. W
zestawieniu z wcześniej wspomnianym „Nie mam na imię Johnny” objawia się też
zasadnicza różnica w urugwajskim i brazylijskim stylu opowiadania. Kino
brazylijskie jest szalone i nieokiełznane, kino urugwajskie – stonowane i
minimalistyczne.
Podobny styl prezentują twórcy z Argentyny. Kinematografia z La Platy, pomimo
ogromnych problemów finansowych, osiągnęła status giganta latynoamerykańskiej
kinematografii. Tegoroczny festiwal tylko to potwierdza. Największym atutem
argentyńskich twórców jest zdolność opowiadania uniwersalnych historii,
dotykających w takim samym stopniu ludzi w każdym miejscu globu, jak np. w „S.
O. S. Ex” Andresa Tambornino, wykorzystującym motyw zamknięcia bohaterów na
małej przestrzeni, co intensyfikuje relacje między nimi. W tym wypadku miejscem
akcji jest mała żaglówka, którą dwóch przyjaciół wyrusza w rejs, zabierając ze
sobą swoje byłe dziewczyny. Niedoświadczenie w nawigowaniu sprawia, że nie mogą
znaleźć drogi powrotnej. Zagubienie na morzu potęguje tylko zagubienie w życiu
bohaterów, którzy w dodatku ukrywają przed sobą wstydliwe tajemnice. Ten rejs
stanie się dla nich formą uczuciowego katharsis.
Skomplikowane relacje damsko-męskie są również jednym z głównych motywów
najlepszego, moim zdaniem, filmu festiwalu – „Paranoicy” („Los Paranoicos”)
Gabriela Mediny. Już sam tytuł mówi wiele o bohaterach, z których każdy przeżywa
własną traumę. Chociaż jest to historia miłosnego trójkąta, ważniejszy okazuje
się motyw zagubienia (po raz kolejny) Luciano – postaci wyraźnie wybijającej się
na główny plan. Uważany przez wszystkich za nieudacznika, z niedbałą fryzurą i
opuszczoną głową, próbuje od lat napisać filmowy scenariusz, dorabiając w
przebraniu potwora na dziecięcych przyjęciach. Czarny humor wprost wylewa się z
ekranu, gdy obserwujemy gorączkowe zmagania Luciano z rzeczywistością, w której
nie może znaleźć dla siebie miejsca. Wyraźnie widać, że egzystencja jest dla
niego bardzo trudnym doświadczeniem. Znakomicie oddaje to frenetyczny rytm filmu
– w niespodziewanych momentach akcja nagle przyspiesza, a paranoje Luciano
przenikają się z rzeczywistością.
|
 |
 |
|
W najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy zaglądają reżyserzy z Meksyku i z
Kolumbii. We wspomnianym na początku „Szatanie” reżyser docieka źródeł przemocy,
nękającej Kolumbię i wiele innych krajów Ameryki Łacińskiej. „Na imię mi Legion,
bo jest nas wielu”. To zdanie z Ewangelii św. Marka (5, 9) jest kluczem dla
zrozumienia filmu. Polski tytuł po raz kolejny okazuje się mylący, gdyż w
oryginalnej wersji brzmi on „Satanas” (Szatany). Zło, czy też Szatan, to żaden
abstrakcyjny byt, tylko suma wszystkich złych myśli i uczynków, gestów i
intencji. Jak tłumaczył ks. Andrzej Luter (zaproszony na debatę po projekcji
filmu), każdy w nas ma w sobie cząstkę zła, choć ludzie z natury są dobrzy. Film
natomiast przedstawia ludzi, którzy pozwolili dojść do głosu swojej ciemnej
stronie i zapłacili za to najwyższą cenę. Prawdziwa jest tylko postać
mordercy-psychopaty (choć niektóre fakty zmieniono), który dokonuje rzezi w
restauracji. Inni bohaterowie to już fikcyjne postaci, jak np. piękna i
zdesperowana kobieta, która zaczyna współpracować z bandytami – wyprowadza z
klubów bogatych mężczyzn, aby umożliwić ich obrabowanie. Ksiądz, który nie
potrafi sobie poradzić z cielesnymi pokusami. Wszyscy oni spotkają się feralnego
wieczora w restauracji Pozzetto, w której osobnik uważający się za anioła
śmierci dokona bezsensownej rzezi. Wszyscy oni zostali przywiedzeni do miejsca
swego przeznaczenia przez złe uczynki, jakich się dopuszczali. Niepokojący w tym
filmie jest jednoznacznie czarny obraz rodzaju ludzkiego. Wizja ta jest tak
przytłaczająca, że budzi odruchowy sprzeciw: czy naprawdę jesteśmy aż tacy źli?
Wadą filmu jest zbytnie zagęszczenie okrutnych scen i nazbyt jawna prowokacja
wymierzona w tych widzów, których uczucia religijne łatwo naruszyć, takie
celowanie w skandal dla podbicia popularności filmu – jak np. w scenie, gdy
kobieta osadzona w więzieniu za zamordowanie własnych dzieci podciera się
stronicami Biblii, cytując jednocześnie wspomniany fragment Ewangelii św. Marka.
Jeszcze dalej w stronę „jądra ciemności” wiedzie widzów Rodrigo Pla w swoim
mrocznym i przytłaczającym dziele „Pustynia we mnie” („Desierto Adentro”). Akcja
rozgrywa się w porewolucyjnym Meksyku lat. 20., 30. i 40., kiedy to wojska
rządowe zwalczały wszelkie przejawy kultu religijnego. Niewyobrażalne
okrucieństwa, jakich się wówczas dopuszczano, obrosły już czarną legendą.
Wydarzenia śledzimy z perspektywy wielodzietnej rodziny, którą dotknęły
prześladowania. Mężczyzna jest pewien, że to z jego winy wojsko pacyfikuje
wioskę, paląc kościół i wieszając na drzewach wszystkich, którzy próbowali
stawiać opór. Żona mężczyzny również umiera, rodząc najmłodszego syna. Aby
odkupić własne winy, bohater zabiera swoje dzieci na pustynię, gdzie wkrótce
rozpoczynają budowę nowego kościoła. Są pewni, że tylko wówczas Bóg im wybaczy.
Mordercza praca, niezwykle trudne warunki i izolacja sprawiają jednak, że
kolejne dzieci umierają, jakby na potwierdzenie boskiej klątwy. Czy najmłodszy
syn, który na kolejnych płótnach uwiecznia tę przerażającą sagę, zdoła przetrwać
i uciec od despotycznego ojca? Czy też pozostawi po sobie jedynie setki obrazów?
Dziecięce malunki pojawiają się często w kadrze – ciekawy i niecodzienny zabieg
formalny.
Ta przypowieść o religijnym fanatyzmie i „odkupieniu, które nigdy nie nadejdzie”
jest niezwykle trudna w odbiorze, obfitująca w okrutne sceny i, podobnie jak „Satanas”,
docieka przyczyn przemocy i zła. To ten rodzaj filmu, który w czasie seansu
potrafi widza zmęczyć czy wręcz zniechęcić, jednak po jakimś czasie
przedstawione w nim obrazy odżywają w pamięci. Film ten jest jak trująca
roślina, zapuszczająca pędy w umysłach widzów tak, że nie sposób go zapomnieć.
Prowokuje do zadawania trudnych pytań o istotę religii i do refleksji, jak
cienka jest granica pomiędzy żarliwą wiarą a ślepym fanatyzmem, prowadzącym do
zbrodni.
Do granic artystycznej prowokacji posunął się Amato Escalante w drastycznym
obrazie pt. „Los bastardos”. Już teraz można śmiało powiedzieć, że jest to jeden
z najbardziej brutalnych i wstrząsających filmów, jakie kiedykolwiek powstały,
choć jednocześnie mieszczący się w ramach kina artystycznego. Żaden reżyser
dotąd nie ujął tak radykalnie tematu napiętych relacji pomiędzy obywatelami
Stanów Zjednoczonych a liczną rzeszą latynoskich imigrantów, przybywających tam
w poszukiwaniu lepszego życia, tak jak Jesus i Fausto – główni bohaterowie
filmu. Podejmują się oni dorywczych, źle płatnych prac, przez co przymierają
głodem i stopniowo tracą godność. Ze strony Amerykanów narażeni są na ciągłą
pogardę, jeśli nie na jawną wrogość. Pewnego dnia przyjmują od pewnego
Amerykanina zlecenie zamordowania jego byłej żony. Włamują się zatem do jej
domu, uzbrojeni z strzelbę... Akcja rozwija się niespiesznie, długie i monotonne
ujęcia działają wręcz usypiająco. Przyszli mordercy zwlekają z wykonaniem
zlecenia, jakby nie byli pewni, czy w ogóle to zrobią. Sytuacja fabularna
przypomina słynne „Funny games” Michaela Haneke, jednak w tym przypadku oprawcy
są nie tyle cyniczni, co raczej niezdecydowani, świadomi własnego moralnego
upadku. Wiadomo, do czego prowadzą niespiesznie rozwijające się wydarzenia, co
musi się stać, jednak następuje to tak gwałtownie i niespodziewanie, że widz
jest w szoku, jakby sceny, których stał się świadkiem, nie rozgrywały się na
ekranie, tylko „na żywo”, przed jego oczami. Przemoc zostaje tu ukazana w całej
swojej ohydzie, tak jak wygląda w rzeczywistości. Współcześni twórcy oswoili
widzów z aktami bestialstwa i przemocy; stała się ona elementem widowiska,
ujętym w cudzysłów, podlegającym swoistej estetyzacji. Amata Escalante w swoim
kontrowersyjnym dziele niszczy tę iluzję, pokazując, jak wygląda morderstwo. Nie
ma tu żadnego cudzysłowu, mrugnięcia okiem do kamery, jak w „Funny games”. „Los
bastardos” ma jeszcze większy ładunek okrucieństwa, ukazywanego w sposób
skrajnie realistyczny. Dlatego też staje się doświadczeniem granicznym – filmowa
fikcja przenika się z rzeczywistością, co sprawia, że tego filmu po prostu nie
da się zapomnieć.
|
 |
 |
|
Żeby wyrwać się z tego mrocznego kręgu meksykańskich i kolumbijskich
moralitetów, warto powrócić na południe kontynentu, gdzie klimat jest nieco
spokojniejszy, a filmy bardziej optymistyczne. W tym roku na festiwal dotarły
dwie znakomite produkcje z Chile. Zwycięzca m.in. tegorocznego festiwalu w
Sundance i krakowskiego festiwalu Off Plus Camera: „Służąca” („La nana”) oraz
„Dobre życie” („La buena vida”). Pierwszy z nich to kolejna opowieść o
przełamywaniu własnych kompleksów i słabości, tym razem w formie wybornej
komedii. Tytułowa służąca, a właściwie niania, pracuje w jednym domu już tak
długo, że traktuje swoich pracodawców niemal jak rodzinę, a gromadkę ich dzieci
jak własnych siostrzeńców. Jednak nadmiar obowiązków sprawia, że Raquel podupada
na zdrowiu, dlatego państwo Valdesowie postanawiają zatrudnić kogoś do pomocy.
Raquel odbiera to jako zagrożenie i nie przebierając w środkach, zwalcza
wszystkie nowe służące i zmusza je do odejścia, jednak pewnego dnia ktoś
wreszcie wzbudzi jej zaufanie... Widzowie 10. FFLA tłumnie stawili się na
seansie i bardzo entuzjastycznie przyjęli tę kameralną, a miejscami dosyć gorzką
komedię. Szczególnie komiczny efekt osiągnął reżyser poprzez pokazanie zmagań
służącej Raquel z „rywalkami”. Co ważne, Sebastian Silva również przełamuje
stereotypy bogatego i rozpieszczonego pana oraz poczciwej służącej. Tutaj
następuje odwrócenie ról: to właśnie Raquel zachowuje się jak rozpieszczona
nastolatka (pomimo dojrzałego wieku), demonstruje swoje humory i robi wszystkim
na złość. Tymczasem państwo Valdesowie usilnie próbują przekonać niesforną
gosposię, że chcą tylko jej dobra, dlatego zatrudniają kogoś do pomocy; widać,
że są do niej bardzo przywiązani. Historia ta brzmi wiarygodnie, gdyż Sebastian
Silva sam pochodzi z bogatego domu, a postać Raquel jest oparta na wspomnieniach
o jego opiekunce z dzieciństwa. Komizm tego filmu jest dyskretny, niegłupi,
osiągnięty przy użyciu prostych środków, prawie bez wykorzystania muzyki, za to
z licznymi zbliżeniami twarzy Raquel, wyrażającej napięcie i niepokój.
Relacje w społeczeństwie chilijskim są równie złożone, jak w innych krajach
Ameryki Łacińskiej, co dobrze oddał znany już polskim widzom Andres Wood w
filmie zamykającym tegoroczny festiwal: „Dobre życie”. Bohaterami są
przedstawiciele wszystkich warstw społecznych: lekarz-maminsynek, niespełniony
muzyk, psycholożka-frustratka oraz prostytutka-narkomanka. Chociaż film
wykorzystuje schematy dobrze już znane w nowym kinie latynoskim, ogląda się go z
przyjemnością. Po raz kolejny drogi życiowe bohaterów przecinają się w różnych
momentach i chociaż żaden z nich nie osiąga swoich celów, wszyscy walczą do
końca o swoje „dobre życie”, nie poddają się. Film może nie wybitny, ale z
pewnością dobrze zagrany, obrazujący gorączkowe poszukiwanie szczęścia przez
mieszkańców wielkiego miasta. Klasyczna, choć wielowątkowa narracja jest
bardziej zrozumiała, aniżeli w przypadku wcześniej opisanych filmów, dzięki
czemu odbiór „Dobrego życia” jest łatwiejszy, choć brak tu łatwego happy-endu.
|
 |
 |
|
Wszystkie filmy zaprezentowane podczas 10. FFLA miały jedną wspólną cechę:
skupienie na problemach jednostki, niezależnie od jej społecznego statusu czy
„wizualnej” atrakcyjności. Ambitne próby zajrzenia do umysłu czy to bezlitosnego
mordercy, czy to zwykłej niani, filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach. Nie
zawsze w sposobie opowiadania dominował realizm, często były to subiektywne
wizje, niekiedy bardzo okrutne i przepełnione symboliką (jak chociażby„Pustynia
we mnie”).
Znamienne, że nie widać było rozliczeń z historią, bardzo zresztą świeżą i
niekiedy bardzo tragiczną. W filmach argentyńskich i chilijskich nie znajdziemy
właściwie żadnych odniesień do burzliwego okresu krwawych dyktatur wojskowych.
Dominują raczej prywatne tragedie, rozgrywające się w tej najbardziej osobistej
sferze człowieka; osobiste porażki i ciężko wypracowane sukcesy.
Oczywiście nie mogło zabraknąć produkcji typowo muzycznych, prezentujących
bogactwo brazylijskich brzmień (musical „Historia naszej miłości” – „Mare, nossa
historia de Amor”) czy mistycyzm argentyńskiego tanga („Tango mojego życia” –
„El tango de mi vida”). O ile latynoskie tańce i muzyka biją w Polsce rekordy
popularności, o tyle fabuły latynoskich filmów niejednokrotnie odkrywają
nieznane aspekty rzeczywistości Ameryki Łacińskiej. Bogactwo i różnorodność
stylów opowiadania to dodatkowy atut tamtejszych twórców. W przeciwieństwie do
przemysłu filmowego z Ameryki Północnej, zdominowanego przez hollywoodzki
schemat produkcyjny, kino latynoamerykańskie przeżywa obecnie prawdziwy rozkwit,
a pod względem realizacyjnym również osiągnęło już wysoki poziom. Dlatego warto
odwiedzać festiwale i przekonać się o tym osobiście, bo spośród opisywanych
filmów tylko „Służąca” i „Gigante” trafią u nas do dystrybucji. Zbyt wiele
dobrego kina ucieka nam bezpowrotnie.
Niestety, jak to często bywa w przypadku małych, kameralnych festiwalów, również
na 10. FFLA nie mogło obyć się bez zgrzytu. Szumnie zapowiadana projekcja
surrealistycznego niemego filmu „Limite” z 1931 roku, reklamowanego jako wielkie
arcydzieło i brazylijska wersja „Psa andaluzyjskiego”, nie odbyła się, gdyż
kopia filmu nie dotarła do kina... A to był jedyny zaplanowany seans... Narobić
widzom takiego apetytu, żeby potem musieli obejść się smakiem? Tak po prostu nie
wypada. Poza tą niemiłą niespodzianką wszystko przebiegło bardzo sprawnie – było
to o tyle łatwiejsze, że właściwie nie zaplanowano żadnych imprez
towarzyszących, poza lampką wina dla wszystkich widzów po ostatnim seansie.
Najważniejsze jednak jest to, że repertuar generalnie nie zawiódł miłośników
dobrego, choć czasem trudnego i wymagającego kina. Wielu polskich reżyserów
powinno się uczyć od Latynosów tej odwagi i bezkompromisowego podejścia do
filmu, zarówno pod względem tematyki, jak i kunsztu w formowaniu filmowej
materii. Kino amerykańskie jest jak odbezpieczony rewolwer, gotowy do wystrzału.
Celuje w nagrody na prestiżowych festiwalach całego świata i stopniowo podbija
serca również polskiej publiczności.