Kino jak odbezpieczony rewolwer


Mężczyzna odziany w elegancki garnitur kończy kolację w jednej z luksusowych restauracji Bogoty, dopija drinka, wyciąga z kieszeni rewolwer i nagle, bez żadnej przyczyny, zaczyna strzelać do przypadkowych ludzi, dokładnie celując i z zimną krwią pociągając za spust. Następnie przeładowuje broń i znów robi to samo. Zabija ponad dwadzieścia osób, a następnie rozpoczyna wymianę strzałów z przybyłymi na miejsce policjantami. W końcu jedna z kul go uśmierca. To nie jest chora wizja nawiedzonego reżysera, tylko opis prawdziwego zdarzenia, które miało miejsce w Kolumbii w 1986 roku i jest znane jako masakra w restauracji Pozzetto. Campo Elias Delgado, weteran wojny w Wietnamie, z niewyjaśnionych przyczyn popełnił tę zbrodnię. Wcześniej tego samego dnia również zabił kilka osób, w tym własną matkę. Pozostaje tylko jedno pytanie: dlaczego?

Ambitną próbę odpowiedzi podjął najpierw Mario Mendoza w powieści „Satanas” (2002), a sześć lat później Andres Baiz, reżyser opartego na książce Mendozy „Szatana” („Satanas”) – jednego z najciekawszych i najbardziej kontrowersyjnych dzieł zaprezentowanych podczas 10. Festiwalu Filmów Latynoamerykańskich. Organizatorzy tej kameralnej imprezy nie bali się umieścić w jej repertuarze filmów trudnych, frapujących, niekiedy wręcz szokujących i na długo zapadających w pamięć. Zdarza się, że wymagają one od widza cierpliwości czy wręcz mocnych nerwów. Nic dziwnego, skoro podejmują najbardziej palące problemy znane nie tylko z codziennych realiów Ameryki Łacińskiej: przemoc, alienacja, życie na marginesie, bieda, rozwarstwienie społeczne, kwestie wiary i oczywiście – miłosne rozterki, ale ukazane krańcowo inaczej niż w brazylijskich telenowelach.
Siłą festiwalu jest przełamywanie stereotypów dotyczących zarówno Latynosów, jak i tamtejszej kinematografii. Kto spodziewa się łzawych miłosnych historyjek, ociekających tandetą i tanim sentymentalizmem, zawiedzie się srodze. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jest niepokorne, estetycznie nowatorskie i bezkompromisowe, a tamtejsi twórcy nie boją się żadnego tematu. Organizatorzy 10.FFLA jak co roku położyli nacisk na urozmaicony repertuar, kosztem „wydarzeń pobocznych”, takich jak gale z udziałem reżyserów, gwiazd, całej śmietanki towarzyskiej odwiedzającej zazwyczaj takie imprezy. Uznali bowiem, że filmy, czyli najważniejsza część każdego festiwalu, doskonale obronią się same. W tym roku widzowie mieli do wyboru aż 15 propozycji z cyklu „Nowe kino Ameryki Łacińskiej” (w większości dzieła już wielokrotnie nagradzane), przegląd największych dokonań kina latynoskiego w cyklu „Cinemateca”, filmy muzyczne, a także dokumenty, w tym dokonania jednego z najbardziej utalentowanych propagandzistów światowego kina – Kubańczyka Santiago Alvareza.

Skoro już mowa o przełamywaniu filmowych stereotypów, ta sztuka w ostatnich latach doskonale udaje się Brazylijczykom. W kraju samby, futbolu i niekończącego się karnawału powstaje też znakomite kino, nie ustępujące pod względem realizacyjnym hollywoodzkim superprodukcjom. Za doskonały przykład uznać tu można „Nie mam na imię Johnny” („Meu nome nao e Johnn”y) w reż. Mauro Limy. Jest to brawurowo opowiedziana historia chłopaka z Rio de Janeiro, który dał się porwać rwącemu nurtowi życia i niemal skończył w rynsztoku. Joao to tzw. chłopak z dobrej rodziny, któremu nigdy niczego nie brakowało; dzieciństwo upłynęło mu w większości na plaży, na stadionie Maracana i w licznym gronie przyjaciół; bez problemu nawiązywał nowe znajomości i jak nikt potrafił rozkręcić imprezę. Szybko w jego życiu pojawiły się narkotyki, które tak zażywał, jak i sprzedawał w coraz większych ilościach, aż stał się jednym z największych dealerów narkotykowych w Rio de Janeiro. Taka jazda nieuchronnie musiała zakończyć się kraksą.

Przeczytawszy w programie festiwalu, że jest to opowieść o brazylijskim królu kokainy, spodziewałem się dzieła na miarę hollywoodzkich sag o gangsterach w stylu „Blow” czy też „Człowieka z blizną” – nic bardziej mylnego. Główny bohater to żaden wielki baron narkotykowy; raczej wielki imprezowicz, który nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji własnych działań. Przez jego ręce przechodziły gigantyczne ilości pieniędzy, jednak nigdy nie pomyślał o oszczędzaniu. W znaczącej scenie kontrahent z Europy mówi: „chcę zarobić milion dolarów w tydzień”. „A ja chce wydać milion dolarów w tydzień” – ripostuje Joao. Jego życie to nieustanne ćpanie i balangi. Na szczęście opamiętanie nadejdzie, zanim będzie za późno. „Prawdziwa chwila narodzin jest wtedy, gdy po raz pierwszy zastanowisz się nad swoim życiem” – brzmi motto filmu. Daleko mu jednak do nachalnego moralizatorstwa: tętniące życiem ulice, knajpy i plaże Rio wciąż wabią zakazanymi rozrywkami. W filmie zostało to świetnie zobrazowane poprzez dynamiczny montaż, muzykę (znakomite rockowe kawałki w brazylijskim wydaniu) i dźwięk. Odgłosy dobiegające z otoczenia zostają uwydatnione, są intensywniejsze i nieraz zniekształcone, co dobrze oddaje narkotyczny stan, w jakim przeważnie znajduje się Joao; istna powódź kolorów i dźwięków.

Joao Guilherme Estrella, po odsiedzeniu wyroku i odbyciu pokuty za swoją szaloną i bezrefleksyjną młodość, został znanym i cenionym piosenkarzem oraz producentem muzycznym. Trudno powiedzieć, na ile trafnie film oddaje rzeczywisty przebieg jego biografii, jednak z pewnością jest to świetny portret Rio de Janeiro i jego mieszkańców.
Zupełnym przeciwieństwem Joao z filmu Mauro Limy jest bohater urugwajskiego „Gigante” Adriana Binieza. Jara jest facetem dużej postury i ze sporą nadwagą. Niezbyt chętnie nawiązuje kontakt z otoczeniem, chociaż dysponuje pewną władzą: jest ochroniarzem w supermarkecie, pracującym najczęściej na nocnej zmianie. Dzięki kamerom, zamontowanym w całym obiekcie, może niczym Wielki Brat śledzić innych pracowników i interweniować wtedy, gdy np. sprzątaczki na nocnej zmianie kradną towar z półek. Ta „władza” nie dodaje mu jednak pewności siebie. Jara coraz bardziej izoluje się od otoczenia. Słucha heavymetalowej muzyki nawet na ulicy (przez słuchawki), wolny czas spędza w domu przed telewizorem, gapiąc się w ekran z otępiałym wyrazem twarzy. Ten stan letargu zostaje jednak przerwany przez pojawienie się w sklepie nowej sprzątaczki, w której nasz bohater niespodziewanie się zakochuje.

Doprawdy komiczne są poczynania wielkiego ociężałego faceta, który musi się zdobyć na ogromny wysiłek, aby przezwyciężyć swoją nieśmiałość i zbliżyć się do kobiety, która zupełnie nieświadomie (nawet nie wie o istnieniu Jary) wyrwała go ze sztucznego świata telewizji i ogłuszającej muzyki. Niespieszna narracja ukazuje nieporadne działania bohatera, a kilka scen zapada w pamięć. Chociażby ta, w której Jara chodzi po ulicach Montevideo śladami swojej wybranki, w bezpiecznej odległości, niczym Anioł Stróż, chroniąc ją przed ewentualnymi nieprzyjemnościami – taksówkarz, który rzuca pod jej adresem obsceniczne uwagi, za chwilę skończy z czołem wciśniętym w kierownicę. Kapitalna jest scena, gdy Jara zatrzymuje się przed sklepową wystawą z włączonymi telewizorami. Gdy spogląda w stronę kamery, jego twarz ukazuje się na wszystkich ekranach. Wygląda jakoś obco, nieprawdziwie, tak samo zresztą jak wszystko w telewizji, która otępia i zatruwa umysł. To nie jest autentyczne życie.

Nie wiem, dlaczego „Gigante” zdobył na ostatnim Berlinale nagrodę za innowacyjność. Nie znalazłem w nim niczego szczególnie odkrywczego. Jest to prosta i bezpretensjonalna historyjka, typowa dla nowego kina urugwajskiego. W zestawieniu z wcześniej wspomnianym „Nie mam na imię Johnny” objawia się też zasadnicza różnica w urugwajskim i brazylijskim stylu opowiadania. Kino brazylijskie jest szalone i nieokiełznane, kino urugwajskie – stonowane i minimalistyczne.

Podobny styl prezentują twórcy z Argentyny. Kinematografia z La Platy, pomimo ogromnych problemów finansowych, osiągnęła status giganta latynoamerykańskiej kinematografii. Tegoroczny festiwal tylko to potwierdza. Największym atutem argentyńskich twórców jest zdolność opowiadania uniwersalnych historii, dotykających w takim samym stopniu ludzi w każdym miejscu globu, jak np. w „S. O. S. Ex” Andresa Tambornino, wykorzystującym motyw zamknięcia bohaterów na małej przestrzeni, co intensyfikuje relacje między nimi. W tym wypadku miejscem akcji jest mała żaglówka, którą dwóch przyjaciół wyrusza w rejs, zabierając ze sobą swoje byłe dziewczyny. Niedoświadczenie w nawigowaniu sprawia, że nie mogą znaleźć drogi powrotnej. Zagubienie na morzu potęguje tylko zagubienie w życiu bohaterów, którzy w dodatku ukrywają przed sobą wstydliwe tajemnice. Ten rejs stanie się dla nich formą uczuciowego katharsis.

Skomplikowane relacje damsko-męskie są również jednym z głównych motywów najlepszego, moim zdaniem, filmu festiwalu – „Paranoicy” („Los Paranoicos”) Gabriela Mediny. Już sam tytuł mówi wiele o bohaterach, z których każdy przeżywa własną traumę. Chociaż jest to historia miłosnego trójkąta, ważniejszy okazuje się motyw zagubienia (po raz kolejny) Luciano – postaci wyraźnie wybijającej się na główny plan. Uważany przez wszystkich za nieudacznika, z niedbałą fryzurą i opuszczoną głową, próbuje od lat napisać filmowy scenariusz, dorabiając w przebraniu potwora na dziecięcych przyjęciach. Czarny humor wprost wylewa się z ekranu, gdy obserwujemy gorączkowe zmagania Luciano z rzeczywistością, w której nie może znaleźć dla siebie miejsca. Wyraźnie widać, że egzystencja jest dla niego bardzo trudnym doświadczeniem. Znakomicie oddaje to frenetyczny rytm filmu – w niespodziewanych momentach akcja nagle przyspiesza, a paranoje Luciano przenikają się z rzeczywistością.
W najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy zaglądają reżyserzy z Meksyku i z Kolumbii. We wspomnianym na początku „Szatanie” reżyser docieka źródeł przemocy, nękającej Kolumbię i wiele innych krajów Ameryki Łacińskiej. „Na imię mi Legion, bo jest nas wielu”. To zdanie z Ewangelii św. Marka (5, 9) jest kluczem dla zrozumienia filmu. Polski tytuł po raz kolejny okazuje się mylący, gdyż w oryginalnej wersji brzmi on „Satanas” (Szatany). Zło, czy też Szatan, to żaden abstrakcyjny byt, tylko suma wszystkich złych myśli i uczynków, gestów i intencji. Jak tłumaczył ks. Andrzej Luter (zaproszony na debatę po projekcji filmu), każdy w nas ma w sobie cząstkę zła, choć ludzie z natury są dobrzy. Film natomiast przedstawia ludzi, którzy pozwolili dojść do głosu swojej ciemnej stronie i zapłacili za to najwyższą cenę. Prawdziwa jest tylko postać mordercy-psychopaty (choć niektóre fakty zmieniono), który dokonuje rzezi w restauracji. Inni bohaterowie to już fikcyjne postaci, jak np. piękna i zdesperowana kobieta, która zaczyna współpracować z bandytami – wyprowadza z klubów bogatych mężczyzn, aby umożliwić ich obrabowanie. Ksiądz, który nie potrafi sobie poradzić z cielesnymi pokusami. Wszyscy oni spotkają się feralnego wieczora w restauracji Pozzetto, w której osobnik uważający się za anioła śmierci dokona bezsensownej rzezi. Wszyscy oni zostali przywiedzeni do miejsca swego przeznaczenia przez złe uczynki, jakich się dopuszczali. Niepokojący w tym filmie jest jednoznacznie czarny obraz rodzaju ludzkiego. Wizja ta jest tak przytłaczająca, że budzi odruchowy sprzeciw: czy naprawdę jesteśmy aż tacy źli? Wadą filmu jest zbytnie zagęszczenie okrutnych scen i nazbyt jawna prowokacja wymierzona w tych widzów, których uczucia religijne łatwo naruszyć, takie celowanie w skandal dla podbicia popularności filmu – jak np. w scenie, gdy kobieta osadzona w więzieniu za zamordowanie własnych dzieci podciera się stronicami Biblii, cytując jednocześnie wspomniany fragment Ewangelii św. Marka.

Jeszcze dalej w stronę „jądra ciemności” wiedzie widzów Rodrigo Pla w swoim mrocznym i przytłaczającym dziele „Pustynia we mnie” („Desierto Adentro”). Akcja rozgrywa się w porewolucyjnym Meksyku lat. 20., 30. i 40., kiedy to wojska rządowe zwalczały wszelkie przejawy kultu religijnego. Niewyobrażalne okrucieństwa, jakich się wówczas dopuszczano, obrosły już czarną legendą. Wydarzenia śledzimy z perspektywy wielodzietnej rodziny, którą dotknęły prześladowania. Mężczyzna jest pewien, że to z jego winy wojsko pacyfikuje wioskę, paląc kościół i wieszając na drzewach wszystkich, którzy próbowali stawiać opór. Żona mężczyzny również umiera, rodząc najmłodszego syna. Aby odkupić własne winy, bohater zabiera swoje dzieci na pustynię, gdzie wkrótce rozpoczynają budowę nowego kościoła. Są pewni, że tylko wówczas Bóg im wybaczy. Mordercza praca, niezwykle trudne warunki i izolacja sprawiają jednak, że kolejne dzieci umierają, jakby na potwierdzenie boskiej klątwy. Czy najmłodszy syn, który na kolejnych płótnach uwiecznia tę przerażającą sagę, zdoła przetrwać i uciec od despotycznego ojca? Czy też pozostawi po sobie jedynie setki obrazów? Dziecięce malunki pojawiają się często w kadrze – ciekawy i niecodzienny zabieg formalny.

Ta przypowieść o religijnym fanatyzmie i „odkupieniu, które nigdy nie nadejdzie” jest niezwykle trudna w odbiorze, obfitująca w okrutne sceny i, podobnie jak „Satanas”, docieka przyczyn przemocy i zła. To ten rodzaj filmu, który w czasie seansu potrafi widza zmęczyć czy wręcz zniechęcić, jednak po jakimś czasie przedstawione w nim obrazy odżywają w pamięci. Film ten jest jak trująca roślina, zapuszczająca pędy w umysłach widzów tak, że nie sposób go zapomnieć. Prowokuje do zadawania trudnych pytań o istotę religii i do refleksji, jak cienka jest granica pomiędzy żarliwą wiarą a ślepym fanatyzmem, prowadzącym do zbrodni.

Do granic artystycznej prowokacji posunął się Amato Escalante w drastycznym obrazie pt. „Los bastardos”. Już teraz można śmiało powiedzieć, że jest to jeden z najbardziej brutalnych i wstrząsających filmów, jakie kiedykolwiek powstały, choć jednocześnie mieszczący się w ramach kina artystycznego. Żaden reżyser dotąd nie ujął tak radykalnie tematu napiętych relacji pomiędzy obywatelami Stanów Zjednoczonych a liczną rzeszą latynoskich imigrantów, przybywających tam w poszukiwaniu lepszego życia, tak jak Jesus i Fausto – główni bohaterowie filmu. Podejmują się oni dorywczych, źle płatnych prac, przez co przymierają głodem i stopniowo tracą godność. Ze strony Amerykanów narażeni są na ciągłą pogardę, jeśli nie na jawną wrogość. Pewnego dnia przyjmują od pewnego Amerykanina zlecenie zamordowania jego byłej żony. Włamują się zatem do jej domu, uzbrojeni z strzelbę... Akcja rozwija się niespiesznie, długie i monotonne ujęcia działają wręcz usypiająco. Przyszli mordercy zwlekają z wykonaniem zlecenia, jakby nie byli pewni, czy w ogóle to zrobią. Sytuacja fabularna przypomina słynne „Funny games” Michaela Haneke, jednak w tym przypadku oprawcy są nie tyle cyniczni, co raczej niezdecydowani, świadomi własnego moralnego upadku. Wiadomo, do czego prowadzą niespiesznie rozwijające się wydarzenia, co musi się stać, jednak następuje to tak gwałtownie i niespodziewanie, że widz jest w szoku, jakby sceny, których stał się świadkiem, nie rozgrywały się na ekranie, tylko „na żywo”, przed jego oczami. Przemoc zostaje tu ukazana w całej swojej ohydzie, tak jak wygląda w rzeczywistości. Współcześni twórcy oswoili widzów z aktami bestialstwa i przemocy; stała się ona elementem widowiska, ujętym w cudzysłów, podlegającym swoistej estetyzacji. Amata Escalante w swoim kontrowersyjnym dziele niszczy tę iluzję, pokazując, jak wygląda morderstwo. Nie ma tu żadnego cudzysłowu, mrugnięcia okiem do kamery, jak w „Funny games”. „Los bastardos” ma jeszcze większy ładunek okrucieństwa, ukazywanego w sposób skrajnie realistyczny. Dlatego też staje się doświadczeniem granicznym – filmowa fikcja przenika się z rzeczywistością, co sprawia, że tego filmu po prostu nie da się zapomnieć.
Żeby wyrwać się z tego mrocznego kręgu meksykańskich i kolumbijskich moralitetów, warto powrócić na południe kontynentu, gdzie klimat jest nieco spokojniejszy, a filmy bardziej optymistyczne. W tym roku na festiwal dotarły dwie znakomite produkcje z Chile. Zwycięzca m.in. tegorocznego festiwalu w Sundance i krakowskiego festiwalu Off Plus Camera: „Służąca” („La nana”) oraz „Dobre życie” („La buena vida”). Pierwszy z nich to kolejna opowieść o przełamywaniu własnych kompleksów i słabości, tym razem w formie wybornej komedii. Tytułowa służąca, a właściwie niania, pracuje w jednym domu już tak długo, że traktuje swoich pracodawców niemal jak rodzinę, a gromadkę ich dzieci jak własnych siostrzeńców. Jednak nadmiar obowiązków sprawia, że Raquel podupada na zdrowiu, dlatego państwo Valdesowie postanawiają zatrudnić kogoś do pomocy. Raquel odbiera to jako zagrożenie i nie przebierając w środkach, zwalcza wszystkie nowe służące i zmusza je do odejścia, jednak pewnego dnia ktoś wreszcie wzbudzi jej zaufanie... Widzowie 10. FFLA tłumnie stawili się na seansie i bardzo entuzjastycznie przyjęli tę kameralną, a miejscami dosyć gorzką komedię. Szczególnie komiczny efekt osiągnął reżyser poprzez pokazanie zmagań służącej Raquel z „rywalkami”. Co ważne, Sebastian Silva również przełamuje stereotypy bogatego i rozpieszczonego pana oraz poczciwej służącej. Tutaj następuje odwrócenie ról: to właśnie Raquel zachowuje się jak rozpieszczona nastolatka (pomimo dojrzałego wieku), demonstruje swoje humory i robi wszystkim na złość. Tymczasem państwo Valdesowie usilnie próbują przekonać niesforną gosposię, że chcą tylko jej dobra, dlatego zatrudniają kogoś do pomocy; widać, że są do niej bardzo przywiązani. Historia ta brzmi wiarygodnie, gdyż Sebastian Silva sam pochodzi z bogatego domu, a postać Raquel jest oparta na wspomnieniach o jego opiekunce z dzieciństwa. Komizm tego filmu jest dyskretny, niegłupi, osiągnięty przy użyciu prostych środków, prawie bez wykorzystania muzyki, za to z licznymi zbliżeniami twarzy Raquel, wyrażającej napięcie i niepokój.

Relacje w społeczeństwie chilijskim są równie złożone, jak w innych krajach Ameryki Łacińskiej, co dobrze oddał znany już polskim widzom Andres Wood w filmie zamykającym tegoroczny festiwal: „Dobre życie”. Bohaterami są przedstawiciele wszystkich warstw społecznych: lekarz-maminsynek, niespełniony muzyk, psycholożka-frustratka oraz prostytutka-narkomanka. Chociaż film wykorzystuje schematy dobrze już znane w nowym kinie latynoskim, ogląda się go z przyjemnością. Po raz kolejny drogi życiowe bohaterów przecinają się w różnych momentach i chociaż żaden z nich nie osiąga swoich celów, wszyscy walczą do końca o swoje „dobre życie”, nie poddają się. Film może nie wybitny, ale z pewnością dobrze zagrany, obrazujący gorączkowe poszukiwanie szczęścia przez mieszkańców wielkiego miasta. Klasyczna, choć wielowątkowa narracja jest bardziej zrozumiała, aniżeli w przypadku wcześniej opisanych filmów, dzięki czemu odbiór „Dobrego życia” jest łatwiejszy, choć brak tu łatwego happy-endu.
Wszystkie filmy zaprezentowane podczas 10. FFLA miały jedną wspólną cechę: skupienie na problemach jednostki, niezależnie od jej społecznego statusu czy „wizualnej” atrakcyjności. Ambitne próby zajrzenia do umysłu czy to bezlitosnego mordercy, czy to zwykłej niani, filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach. Nie zawsze w sposobie opowiadania dominował realizm, często były to subiektywne wizje, niekiedy bardzo okrutne i przepełnione symboliką (jak chociażby„Pustynia we mnie”).

Znamienne, że nie widać było rozliczeń z historią, bardzo zresztą świeżą i niekiedy bardzo tragiczną. W filmach argentyńskich i chilijskich nie znajdziemy właściwie żadnych odniesień do burzliwego okresu krwawych dyktatur wojskowych. Dominują raczej prywatne tragedie, rozgrywające się w tej najbardziej osobistej sferze człowieka; osobiste porażki i ciężko wypracowane sukcesy.

Oczywiście nie mogło zabraknąć produkcji typowo muzycznych, prezentujących bogactwo brazylijskich brzmień (musical „Historia naszej miłości” – „Mare, nossa historia de Amor”) czy mistycyzm argentyńskiego tanga („Tango mojego życia” – „El tango de mi vida”). O ile latynoskie tańce i muzyka biją w Polsce rekordy popularności, o tyle fabuły latynoskich filmów niejednokrotnie odkrywają nieznane aspekty rzeczywistości Ameryki Łacińskiej. Bogactwo i różnorodność stylów opowiadania to dodatkowy atut tamtejszych twórców. W przeciwieństwie do przemysłu filmowego z Ameryki Północnej, zdominowanego przez hollywoodzki schemat produkcyjny, kino latynoamerykańskie przeżywa obecnie prawdziwy rozkwit, a pod względem realizacyjnym również osiągnęło już wysoki poziom. Dlatego warto odwiedzać festiwale i przekonać się o tym osobiście, bo spośród opisywanych filmów tylko „Służąca” i „Gigante” trafią u nas do dystrybucji. Zbyt wiele dobrego kina ucieka nam bezpowrotnie.

Niestety, jak to często bywa w przypadku małych, kameralnych festiwalów, również na 10. FFLA nie mogło obyć się bez zgrzytu. Szumnie zapowiadana projekcja surrealistycznego niemego filmu „Limite” z 1931 roku, reklamowanego jako wielkie arcydzieło i brazylijska wersja „Psa andaluzyjskiego”, nie odbyła się, gdyż kopia filmu nie dotarła do kina... A to był jedyny zaplanowany seans... Narobić widzom takiego apetytu, żeby potem musieli obejść się smakiem? Tak po prostu nie wypada. Poza tą niemiłą niespodzianką wszystko przebiegło bardzo sprawnie – było to o tyle łatwiejsze, że właściwie nie zaplanowano żadnych imprez towarzyszących, poza lampką wina dla wszystkich widzów po ostatnim seansie. Najważniejsze jednak jest to, że repertuar generalnie nie zawiódł miłośników dobrego, choć czasem trudnego i wymagającego kina. Wielu polskich reżyserów powinno się uczyć od Latynosów tej odwagi i bezkompromisowego podejścia do filmu, zarówno pod względem tematyki, jak i kunsztu w formowaniu filmowej materii. Kino amerykańskie jest jak odbezpieczony rewolwer, gotowy do wystrzału. Celuje w nagrody na prestiżowych festiwalach całego świata i stopniowo podbija serca również polskiej publiczności.
 

 

Autorem relacji, napisanej specjalnie dla film.org.pl,  jest MAREK GUTOWSKI 
02.07.2009

STRONA GŁÓWNA | NAPISZ DO AUTORA