STRONA GŁÓWNA | SUPLEMENT DO ANALIZY | POLEMIKA | ANALIZY KMF | DYSKUSJA NA FORUM
UWAGA! ANALIZA ZDRADZA ISTOTNE ELEMENTY FABUŁY FILMU!
Do analizy dostępny jest suplement - kliknij tutaj
oraz polemika / kontranaliza - kliknij tutaj

Terry Gilliam lubi zaskakiwać. Jego wizualnie oszałamiające filmowe spektakle nie wszystkim mogą się podobać, ale nie ma chyba takiego, który odmówiłby mu kreatywności i smaku do surrealistycznych obrazów rodem ze snu paranoika. Jego kinematograficzne feerie wahające się od tak skrajnych dokonań jak "Przygody barona Munchausena" do na poły komercyjnego "Fisher Kinga", od orwellowskiego "Brazil" po narkotyczne wizje "Las Vegas Parano" powodują u widza wielobarwny oczopląs, a czasem poważne zwątpienie w psychiczne zdrowie twórcy. Nie dziwi więc fakt, że zaczynał jako filar ponadczasowej grupy Monty Pythona. Tym bardziej, po tym znanym z zacięcia do błądzenia po sferze niewygodnie balansującej na granicy równowagi psychicznej człowieka twórcy, nie spodziewalibyśmy się merkantylnej produkcji z gatunku science fiction, za jaki powszechnie uważane jest "12 małp". Pierwsze zetknięcie z tym nietypowym wydawałoby się obrazem Gilliama pozostawia w pamięci pewne zdziwienie charakterem filmu i tematyką, z jaką starł się reżyser: apokalipsa, zagłada rodzaju ludzkiego, śmiertelny wirus i podróże w czasie. Na pierwszy rzut oka wygląda to na postępujący po "Fisher Kingu" proces komercjalizacji twórczości Pythona. Skłamałbym, gdybym nie przyznał, że sam odebrałem "12 małp" w podobny sposób, kiedy kilkanaście lat temu pierwszy raz zasiadłem na sali kinowej. Dzieło Gilliama wydało mi się wówczas bardzo sprawną, kunsztowną fabularnie, ale tylko rozrywką. Powtórzony po latach jednak, odkrył niuanse, które zwykle pomija się lub szybko zapomina po pierwszym obejrzeniu.

Jest rok 2035, ludzkość zeszła do podziemi po katastrofalnym w skutkach terrorystycznym ataku Armii 12 Małp, która rozprzestrzeniła na powierzchni śmiertelnego wirusa doprowadzającego do zagłady 99% populacji. Niedobitki żyją jak szczury w kanałach, a system penitencjarny wysyła krnąbrnych więźniów zwanych "ochotnikami" w celu zbadania pozostałości życia na powierzchni ziemi, którą rządzą obecnie, jak przed milionami lat, zwierzęta. James Cole (Bruce Willis) jest jednym z "ochotników" padających ofiarą kolejnego programu naukowego, który ma na celu ponowne zaludnienie Ziemi. Technologia przyszłości pozwala bowiem podróżować w czasie, a zadaniem Cole'a jest odnalezienie czystej formy wirusa w przeszłości, w roku 1996, kiedy zaraza zaczęła zbierać swoje żniwo. Odnaleziony wirus pozwoli na sporządzenie szczepionki. Cole przypadkowo ląduje jednak w roku 1990...

Prawda, że idealny punkt wyjścia dla sprawnego filmu s-f? Sensacyjna intryga, czasowe paradoksy i ścigany demonami przeszłości (przyszłości?) Bruce Willis. To pierwszy moment, w którym Gilliam porozumiewawczo mruga do widza okiem, wykorzystując przyzwyczajenie szerokiej publiczności do konwencji gatunku s-f i dyktowany umysłowym lenistwem brak chęci zgłębienia fabularnej i znaczeniowej warstwy oglądanych obrazów. Przyjrzyjmy się im zatem bliżej.


Sen

Centralnym elementem, dookoła którego rozwija się akcja jest sen z przeszłości, scena z dzieciństwa Cole'a, która na zawsze utkwiła w jego pamięci i którą Gilliam - reżyser otwiera film. Scena ta rozpoczyna się zbliżeniem na oczy kilkuletniego chłopca, którymi to po chwili widzimy upadającego w holu lotniska długowłosego mężczyznę ubranego w "hawajską" koszulę. Nad mężczyzną klęczy zrozpaczona kobieta w czerwonej sukience. Scenę tę oglądamy z punktu widzenia chłopca stojącego kilka metrów za nimi. Po tej sekwencji widzimy Cole'a budzącego się w przyszłości (2035); jest więźniem z szóstą klasą socjalizacji. Sen bohatera odgrywa tu rolę niezwykle istotną, bo powtórzy się jeszcze kilkukrotnie podczas całego przebiegu fabuły, za każdym razem odkrywając przed nami coraz więcej szczegółów.
Rok 2035

Cole zostaje wybrany "na ochotnika" do wyjścia na powierzchnię, gdzie zaraza wciąż szaleje, a zwierzęta rządzą światem. Jego celem jest zebranie próbek do badań laboratoryjnych. Po zakończonej sukcesem misji Cole staje przed komisją i dowiaduje się, że jeżeli zdecyduje się wziąć udział w kolejnym etapie eksperymentu, otrzyma nagrodę w postaci darowania wyroku. Tym razem mają go jednak wysłać blisko 40 lat w przeszłość (1996), aby zdobył pierwotną formę śmiertelnego wirusa. Niestety, wehikuł czasu jest niedoskonały...


Rok 1990

Dzięki błędowi maszyny James Cole cofa się do roku 1990, zostaje wzięty za szaleńca i umieszczony najpierw w areszcie (w którym dochodzi do jego pierwszego spotkania z doktor Kathryn Reilly zagraną przez Madelaine Stowe), a później w zakładzie dla umysłowo chorych. Jeszcze w areszcie jeden z funkcjonariuszy wspomina, że policjanci zatrzymali Cole'a paradującego w foliowym płaszczu przeciwdeszczowym i bredzącego o wirusie. Czy jego zabawne ubranie czegoś aby nie przypomina?
Przed przyjęciem na oddział jesteśmy świadkami kolejnego "zbiegu okoliczności": szpitalna procedura "higieniczna" (prysznic) do złudzenia przypomina tę z odległego 2035 roku, kiedy to Cole powraca z udanej misji. W obu sytuacjach bierze udział dwóch strażników; podobne jest nawet ułożenie rąk Jamesa. Kolejny przypadek?
W trakcie pobytu na oddziale Cole poznaje Jeffreya Goinsa (nominowany do Oscara Brad Pitt), który później umożliwi mu ucieczkę ze szpitala. Staje również przed komisją lekarską. Tu kolejna zaskakująca konkluzja: komisja lekarska swoim charakterem i podejściem do pacjenta do złudzenia przypomina komisję dyscyplinarną z roku 2035. Nie ma wątpliwości, że wyjąwszy groteskowy futurystyczny sztafaż i przebrania jest to niemal identyczne gremium. Zgadza się ilość osób (sześć) i skład (w obu jedna kobieta i pięciu mężczyzn). Zwracają również uwagę quasi-lekarskie fartuchy członków komisji z roku 2035.
Również szpitalni strażnicy z obu "czasów" zachowują się jak bliźnięta, a zgadza się nawet ich rasa i ustawienie. Dlaczego?
Jeffrey (jedna z najlepszych ról w dorobku Brada Pitta), ekscentryczny bardziej niż szalony syn genialnego ojca, Dr. Goinsa (Christopher Plummer) jest katalizatorem kluczowych (dosłownie i w przenośni) wydarzeń na oddziale. On umożliwia Cole'owi ucieczkę dostarczając klucz do drzwi i odwracając uwagę strażników. Ucieczka jednak kończy się niepowodzeniem, a James unieruchomiony łańcuchami i oszołomiony środkami uspokajającymi ląduje w izolatce. W izolatce również się budzi, tyle że już w roku 2035... Ale zanim do tego dojdzie mają miejsce dwa znaczące wydarzenia, które warto tu przytoczyć, bo będą miały zasadnicze znaczenie dla odczytania podtekstu, który Gilliam stara się widzowi przemycić. Cole po ucieczce z oddziału trafia do holu windowego strzeżonego przez zaczytanego w tabloidzie (na okładce fotografia dziecka - nietoperza) policjanta, który wskazuje mu odpowiednią windę (jedna z nich jest zepsuta). Kiedy Cole spogląda na niego po raz pierwszy, kamera pokazuje nam człowieka łudząco podobnego do strażnika więziennego z roku 2035; kiedy patrzy na niego po raz drugi, jest to już zupełnie inna osoba.
Wysiadając z windy bohater trafia do gabinetu, w którym jeden z pacjentów poddawany jest tomografii komputerowej. Nic zaskakującego w szpitalu, ale jednak dla Cole'a widok ten okaże się nad wyraz znaczący, do czego wrócę za chwilę.


Rok 2035

James, niejako znikając z roku 1990, budzi się w izolatce 45 lat później, gdzie ponownie trafia przed oblicze komisji, dokonującej oceny jego działań w ramach przydzielonego zadania. Wychodzi wówczas na jaw, że zamiast w roku 1996, kiedy epidemia wybuchła, wylądował sześć lat wcześniej, przez co nie był w stanie go wykonać. Komisja decyduje wysłać go w przeszłość po raz kolejny. W tym momencie jedyny raz w czasie całego seansu, Gilliam pokazuje proces przygotowania i wysyłki sondy czasowej. Proces ten, oczyszczony z futurystycznej otoczki, wygląda ni mniej, ni więcej, tylko jak... zabieg tomografii komputerowej (szczególną uwagę zwraca kolorystyka).
Rok 1996

Cole ponownie trafia na doktor Reilly sześć lat po wydarzeniach w szpitalu psychiatrycznym - zaczaja się na nią w pobliżu uniwersytetu, kiedy wraca ona z wykładu na temat syndromu Kasandry (wieszczenie zagłady ludzkości) i promocji swojej nowej książki. Przekonany o tym, że Armia 12 Małp dowodzona przez Jeffreya Goinsa jest odpowiedzialna za rozprzestrzenienie śmiertelnego wirusa, udaje się na przyjęcie zorganizowane przez ojca Jeffreya, wirusologa - noblistę, skąd zostaje wyrzucony przez strażników po awanturze z młodym Goinsem. Podczas ucieczki Cole ponownie znika.


Rok 2035

Jest to ostatni powrót Jamesa do rzeczywistości roku 2035 i ostatnie spotkanie z komisją, która pierwotnie nieprzekonana do stabilności psychicznej Cole'a, decyduje jednak o wysłaniu go na ostatni etap misji ratującej ludzkość przed zagładą.


Konkurujące rzeczywistości

Już na tym etapie wnioski z analizy śladów pozostawionych widzowi przez Gilliama wydają się jednoznaczne. Trochę za dużo tu zbiegów okoliczności.

Konkluzja może być tylko jedna: nie ma mowy o żadnych podróżach w czasie.

Wydarzenia roku 2035 są w całości wytworem imaginacji chorego psychicznie Jamesa Cole'a, a "12 małp" nie jest filmem sci-fi, ale precyzyjnie dopracowanym fabularnie studium szaleństwa. Już początkowe sceny przynoszą wskazówkę, że otoczenie bohatera nie jest rzeczywistością, ale majaczeniem chorego umysłu. Przytoczony w pierwszych akapitach sen jest w istocie komunikatem do widza, że bohater porusza się w nieistniejącej rzeczywistości. Również noszony przez Cole'a foliowy płaszcz, scena mycia pod prysznicem, komisja lekarska, łudzące podobieństwo między sondą czasową i zabiegiem tomografii i inne zdarzenia (nie wymieniam tu wszystkich) są zostawianymi przez Gilliama poszlakami, że w umyśle Jamesa fakty, przedmioty i osoby, które zna ze swojego otoczenia stają się elementami wykorzystywanymi do ułożenia swojej alternatywnej rzeczywistości; rzeczywistości chorego umysłu. Jest zresztą takich projekcji w filmie znacznie więcej. I nie są to jedyne fakty, które za tym przemawiają. Kathryn Reilly kilkukrotnie przy różnych okazjach daje Cole'owi (zresztą nie tylko jemu) do zrozumienia, że spotkała go wcześniej. Dzieje się to już w ich pierwszej scenie w areszcie (później na posiedzeniu komisji lekarskiej i w kinie podczas ucieczki). Może po prostu w przeszłości był już jej pacjentem, a może ona sama jest wytworem jego imaginacji? Da się oczywiście w rzeczywistości Cole'a odnaleźć pewną logikę i konsekwencję, ale jest to logika pokrętna, mieszająca kolejność, czas i porządek, zgodnie z aktualną potrzebą zainfekowanego chorobą mózgu.

Za tezą, że rok 1996 jest de facto w filmie teraźniejszością, a nic poza nią nie istnieje wydaje się również przemawiać fakt bardzo odmiennych zabiegów stylistycznych zastosowanych przez Gilliama do odróżnienia tego, co jest realne od tego, co zmyślone. Sceny rozgrywające się w roku 1990, a później 1996 są filmowane bardzo "klasycznie", bardzo hollywoodzko - zarówno pod względem fabularnym, jak i zastosowanych środków wyrazu. Rok 2035 natomiast to czysty surrealizm - niezwykle charakterystyczny dla Gilliama styl znany z "Brazil", "Bandytów Czasu" czy "Przygód Barona Munchausena"; że o Monty Pythonie nie wspomnę. Każdy element tej rzeczywistości funkcjonuje tak, jakby był oglądany przez okulary zaburzające odbiór, jakby był własną karykaturą lub snem, który rządzi się swoimi prawami. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że w przeciwieństwie do rzeczywistości 1990/96, rzeczywistość roku 2035 istnieje tylko wówczas, kiedy jest w niej James Cole. W filmie nie ma ani jednej sceny, która ukazywałaby ten czas niejako "pod nieobecność" głównego bohatera, a postaci, które tam spotyka ani razu nie zostały pokazane jako mające własny, niezależny byt. Dzieje się tak, ponieważ istnieją one jedynie w subiektywnej rzeczywistości psychiki Cole'a - znikają, kiedy zmienia on "wymiar". Sytuacja jest odmienna, kiedy przenosimy się do realiów 1990/96 - tam postaci mają własne życie niezależne od obecności głównego bohatera, a dzieje się tak dlatego, że istnieją "obiektywnie", nie są nijak od niego zależne. Rok 2035 ma też jeszcze jedną charakterystyczną cechę: wszystko, co się w nim pojawia (rzecz jasna poza wehikułem czasu) jest zbudowane z materiałów znanych Cole'owi z lat 90. - nie ma tam futurystycznych kształtów, narzędzi, wytworów postępującej technologii, pojazdów przyszłości, itd. Jest to projekcja aktualnej wiedzy bohatera na rzeczywistość 40 lat później. Gilliam i scenarzyści "12 małp", David Peoples ("Blade Runner") i Janet Peoples wyposażyli również Cole'a w zestaw zachowań, które trudno byłoby uznać za normalne: zjedzenie pająka, natrętnie powracające prześladujące go motywy muzyczne (Florida Keys, Blueberry Hill), powtarzające się głosy znikąd (mające jednak swój realny pierwowzór, który jest potem powielany przez umysł postaci), nietypowe zachowania (taniec w wodzie, wybuch entuzjazmu w samochodzie Kathryn), próba rozmawiania z radiem. Jednym słowem: James Cole to wariat, można by rzec, podręcznikowy.
Terry Gilliam wraz ze scenarzystami nie zostawia jednak widza całkowicie bez pomocy w rozszyfrowaniu prawdziwego znaczenia treści filmu - rozsiewa w trakcie seansu wskazówki, że to, co widać na ekranie niekoniecznie jest tym, czym się wydaje na pierwszy rzut oka. Nie wystarczy niestety obejrzeć go raz, żeby od razu zwrócić na nie uwagę. Gilliam rozpoczyna obraz cytatem (jeszcze przed czołówką), który jako pierwszy wskazuje, że to, co widz zobaczy po nim, niekoniecznie należy brać dosłownie.
"5 miliardów ludzi umrze w 1997 roku w wyniku działania zabójczego wirusa. Ci, którzy ocaleją, opuszczą powierzchnię ziemi. Zwierzęta znów będą rządziły światem."

Wyjątki z wywiadu z pacjentem, u którego zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną. 12 kwietnia 1990, Baltimore County Hospital *


Kolejnym bardzo wyraźnym śladem wskazującym ścieżkę, którą powinien podążać widz włożyli twórcy w usta pensjonariusza szpitala dla obłąkanych, kierującego swoją nietypową przemowę chyba nie przypadkiem właśnie do naszego bohatera.

It's a condition of mental divergence. I find myself on the planet Ogo. Part of an intellectual elite... preparing to subjugate the barbarian hordes on Pluto. But even though this is a totally convincing reality for me in every way, nevertheless, Ogo is actually a construct of my psyche. I am mentally divergent in that I am escaping certain unnamed realities that plague my life here. When I stop going there, I will be well. Are you also divergent friend?

To stan odchylenia psychicznego. Widzę się na planecie Ogo. Jestem częścią intelektualnej elity przygotowującej się do podboju barbarzyńskich hord na Plutonie. Ale mimo, że jest to dla mnie przekonująca w każdym aspekcie rzeczywistość, to jednak Ogo jest jedynie wytworem mojego umysłu. Jestem psychicznie chory i to jest moja ucieczka przed nienazwaną rzeczywistością, która mnie tu prześladuje. Kiedy przestanę uciekać, wyzdrowieję. Czy ty również jesteś chory, przyjacielu? *


Typową dla Gilliama przewrotnością jest włożenie wskazówki do odczytania podtekstu filmu właśnie w usta szaleńca. Bo jak, jeżeli nie jako sugestię, że bohater tworzy w swojej głowie alternatywną rzeczywistość, należy jego słowa interpretować?
Chyba jednak najbardziej wyraźnym i samym w sobie zasługującym na odrębną analizę jest wątek, który warto nazwać "Wątkiem Vertigo", ponieważ jest hołdem złożonym Hitchcockowi i jednemu z jego najwybitniejszych dokonań, czyli "Zawrotowi Głowy". W trakcie ucieczki przed policją Kathryn i James trafiają do kina, w którym trwa retrospektywa Hitcha. Gilliam pokazuje scenę z "Vertigo", w której James Stewart i Kim Novak rozmawiają w lesie sekwoi, a scenarzyści każą Cole'owi wypowiedzieć w trakcie seansu słowa, których znaczenie nie wymaga chyba żadnego dodatkowego komentarza.

The movie never changes. It can't change. But every time you see it, it seems different because you're different. You see different things.

Film nigdy się nie zmienia. Nie może. Ale za każdym razem, kiedy go oglądasz, wydaje się inny, bo ty jesteś inny. Dostrzegasz inne rzeczy. *
Wprost zachęca się nas tutaj do kilkukrotnego obejrzenia filmu, bo może on kryć w sobie coś więcej, niż to widać na pierwszy rzut oka.


Sen raz jeszcze

Sen Jamesa Cole'a to motyw powtarzający się w filmie kilkukrotnie i spinający klamrą całą jego historię. W każdej jego odsłonie widzimy nowe fakty, by w końcu dowiedzieć się, że jest on czymś więcej niż tylko snem. Interpretacja, która wydaje się niejako sama narzucać wskazuje klarownie, że młody Cole ogląda śmierć siebie samego, tyle, że starszego o 40 lat. Oczywiście taka interpretacja prowadzi z kolei do wniosku, że podróże w czasie miały jednak miejsce. I tak by było w istocie, gdyby cała akcja na lotnisku wydarzyła się naprawdę. Ale po kolei.

Jak pamiętamy, sekwencja snu otwiera film. Wówczas nie ujawnia on wiele: nie wiemy, kim jest padający na podłogę terminalu człowiek, nie wiemy, kim jest klęcząca przy nim kobieta, nie widzimy ich twarzy.
Sekwencja snu wróci jeszcze w filmie czterokrotnie, za każdym razem ujawniając coraz więcej szczegółów. Po raz drugi widzimy ją, kiedy Cole ląduje w szpitalu dla obłąkanych. Tym razem, we śnie pojawia się dr Reilly i uciekający osobnik w żółtej kurtce z walizką.
Trzecia sekwencja snu następuje po zniknięciu Cole'a z izolatki, tuż przed tym, kiedy budzi się w roku 2035. Sen pokazuje strzelającego człowieka, a jegomościem z walizką okazuje się Jeffrey Goins (w rudych włosach).
Sen powraca czwarty raz, gdy James zostaje odesłany do tym razem właściwego roku 1996; podczas ucieczki z dr Reilly. Teraz widzimy upadającego mężczyznę z bronią i bardzo wyraźnie biegnącą w jego kierunku Katheryn (z włosami ufarbowanymi na blond).
Kiedy widzimy sen po raz piąty (w kinie, podczas przeglądu filmów Hitchcocka), jest to jedynie krótka przebitka na biegnącą Kathryn.
Co łączy je wszystkie? Oczywiście wszystkie pokazują szczegóły tej samej sceny, ale warto spojrzeć na nie w pewnym kontekście. Tym kontekstem niech będzie linia czasu naszego bohatera. Kiedy go poznajemy, sen pokazuje jedynie mężczyznę od tyłu i blondynkę, której twarz zasłaniają włosy - nie wiemy, kim są. Po tym, jak Cole poznaje dr Reilly, bezimienna blondynka zyskuje twarz, po tym natomiast jak poznaje Goinsa, człowiek z walizką nagle okazuje się nim. To logika snu. James nie śnił od początku o Goinsie i dr Reilly, umieszcza on ich w swoim śnie dopiero po tym jak ich poznaje. Tak więc, "zawartość" snu niejako zmienia się w czasie, a sekwencja, którą widzimy na początku, nie jest tą samą, która pojawia się na końcu. To przetworzona przez umysł Cole'a interpretacja rzeczywistości. Co więcej, sen w odmienionej formie pojawia się w filmie raz jeszcze - to oczywiście cała finalna sekwencja w terminalu lotniska. Ktoś mógłby postukać się tu w czoło stwierdzając, że sen, który oglądaliśmy przez cały film jest wspomnieniem młodego Cole'a, wspomnieniem, które zostaje wywołane właśnie zdarzeniami na lotnisku. Co więc każe mi sądzić, że to również sen? Chwila, w której cała "lotniskowa" sekwencja się zaczyna jest przez Gilliama zaznaczona jednym ujęciem, które niełatwo dostrzec i odczytać, kiedy ogląda się film po raz pierwszy. Kiedy dr Reilly i Cole przekraczają drzwi terminalu, James zatrzymuje się na chwilę, zdejmuje okulary i stwierdza, że zna to miejsce. W tym momencie Gilliam pokazuje terminal. Ludzie w terminalu mają twarze pokryte jakby teatralną szminką - maską. To sugeruje, że ta sekwencja nie dzieje się naprawdę, że w istocie jest jeszcze jednym tworem umysłu Jamesa.
Wskazywałoby na to również pewne przemieszanie światów Cole'a, które objawia się pojawieniem jednocześnie kilku postaci z rzeczywistości 2035 (strażnik i Jose - współwięzień). Zaryzykowałbym stwierdzenie, że lotnisko staje się tutaj dla Cole'a pewnego rodzaju doświadczeniem granicznym - miejscem niemal fizycznego zetknięcia się rzeczywistości wykreowanej - surrealnej z rzeczywistością właściwą. Efekt takiego zetknięcia nie może skończyć się dobrze...


Finał

Oryginalne zakończenie filmu następowało w momencie, kiedy wzrok klęczącej nad Cole'em w holu lotniska Kathryn spotykał wzrok młodego Jamesa. Takie właśnie zakończenie miałoby największą moc i tworzyło pewną, na swój sposób logiczną, choć momentami mocno surrealistyczną całość. Co więcej, zamykałoby klamrą cały film, podsumowując niejako nierzeczywistość wrażeń i odczuć głównego bohatera. I, co tu dużo mówić, byłoby bardzo "gilliamowskie". Niestety na prośbę producentów, reżyser dokręcił jeszcze dwie sceny, które znacząco rozwadniają przesłanie filmu i dołączają coś na kształt, niestety dosyć banalnego przy całej tej koronkowej historii, happy endu. Scena w samolocie, w której widzimy kobietę - członka komisji z przyszłości i głównego winowajcę przyszłej zagłady sugeruje, że śmierć Cole'a nie poszła na marne, a ludziom z przyszłości udało się w końcu dotrzeć do pierwotnej formy wirusa. W scenie drugiej widzimy młodego Cole'a z rodzicami na wielkim przylotniskowym parkingu. Jeśli miałbym się pokusić o jej interpretację, to postawiłbym na stare dobre life goes on, czyli "a życie toczy się dalej". W każdym razie obie sekwencje zupełnie nie przystają do świetnie przemyślanej całości i odnoszę wrażenie, że miały na celu zasugerowane przez producentów poprawienie nastroju potencjalnych widzów po dosyć jednak przygnębiającej podróży w głąb psychiki szaleńca. Przypomina to trochę o wiele lat późniejsze (i niestety w dużej mierze przegrane) boje z producentami toczone przez Gilliama o ostateczny kształt "Braci Grimm". Ale to już zupełnie inna historia...


P.S.

"12 małp" to jeden z najwybitniejszych filmów lat 90. Z całą pewnością nie jest to jedynie seryjny wytwór science fiction i warto mu dać jeszcze jedną szansę, sięgając na półkę z przykurzonym już nieco wydaniem DVD, by zgłębić być może nieznane dotąd szczegóły. Obraz, mimo mijających trzynastu lat od premiery, trzyma się zadziwiająco mocno pod każdym względem i nie będzie zawodem dla nikogo, kto zechce otworzyć się na trochę szalony, ale zawsze wciągający świat wielkiego maga kina, jakim jest Terry Gilliam.

* przekład własny

Przeczytaj suplement do analizy - kliknij tutaj
Przeczytaj polemikę / kontranalizę - kliknij tutaj


Twelve Monkeys

Tytuł polski: 12 Małp
Czas trwania: 129 minut
Rok produkcji: 1995, USA

Reżyseria: Terry Gilliam
Scenariusz: David Webb Peoples, Janet Peoples
Zdjęcia: Roger Pratt
Montaż: Mick Audsley
Muzyka: Paul Buckmaster

Wystąpili: Bruce Willis, Brad Pitt, Madeleine Stowe, Joey Perillo,
John Seda, Christopher Plummer, David Morse, Joseph Melito

Autor analizy: Edward Kelley - KELLEY
Klub Miłośników Filmu, 5 czerwca 2009

STRONA GŁÓWNA | SUPLEMENT DO ANALIZY | POLEMIKA | ANALIZY KMF | DYSKUSJA NA FORUM