Pamiętacie, dlaczego Alfred Hitchcock w ostatnich dekadach twórczości zaczął pojawiać się na początku swoich filmów, zamiast w środku? Żeby uważnego widza nie odciągać od seansu własnym cameo. Dlatego już na początku tegoż tekstu chciałbym załatwić sprawę 3D. Tego fałszywego bożka, złotego cielca ostatnich lat. Nie wiem, ilu widzów poszło lub pójdzie na najnowszy film Jerzego Hoffmana z powodu tej bogato oprawianej medialnie sztuczki percepcyjnej. Podczas przedpremierowych miesięcy i tygodni cokolwiek dziwnie patrzyło się w telewizji na tabuny ludzi związanych z realizacją "1920 Bitwy warszawskiej" z reżyserem na czele, którzy jarali się jak dzieci przede wszystkim tym, że ich widzowie na seans pójdą w okularach polaryzacyjnych. Ale efekt finalny jest autentycznie wspaniały. Autor zdjęć Sławomir Idziak wie lepiej od tabunów amerykańskich twórców, jak stawiać kamery, by ekran stał się oknem do filmowej rzeczywistości. Wybaczam więc twórcom to niepoważne robienie w gacie podczas mówienia o 3D. Nie wszystko się, co prawda, udało, bo trójwymiar i gwałtowne cięcia chaotycznych ujęć bitewnych z efektem przyspieszonej migawki, jak u Spielberga, strasznie się gryzły i przynosiły oczom festiwal plam, z którego nic nie wynikało. Ale w spokojniejszych ujęciach (czyli takich, w których 3D czuje się najlepiej) głębię i efekty wychodzące z ekranu można z powodzeniem postawić obok "Avatara". Naprawdę, choć nie Cameron za tym stał. Tak czy inaczej, technika rejestracji to jedno z nielicznych pozytywnych zaskoczeń najnowszego filmu Jerzego Hoffmana.

Nie będę Panu Hoffmanowi słodził z tego powodu, że kilka lat temu miałem zaszczyt się z nim spotkać i zamienić kilkanaście zdań, a jemu podobała się moja montażówka z "Potopu". Ale faktem jest, że to jedyny polski reżyser, którego bez kozery można nazwać specjalistą od widowisk historycznych. Tylko że czasy epopei z tysiącami statystów odeszły z poprzednim systemem. Upór Hoffmana pozwolił jednak na reaktywację polskich superprodukcji, choć jego "Ogniem i mieczem" był już tylko cieniem mistrzowskiego "Potopu". Na telewizyjną estetykę "Starej baśni" spuśćmy zasłonę milczenia. Gdy już wydawało się, że polskie kino, które obżarło się lekturami i dostało wielkoformatowej czkawki, nie ma Hoffmanowi nic do zaproponowania (czyli nie ma kasy na kosztowne widowisko), a starym mistrzom pozostają już tylko kapcie i kominek, bankier Mariusz Gazda sypnął ciężkim groszem przed zaskoczonym reżyserem i zaproponował zrobienie filmu o wojnie z bolszewią z 1920 roku.


Kawalerzysta Jan Krynicki (Borys Szyc), w cywilu lekkoduch i poeta, otrzymuje rozkaz stawienia się na froncie wojny polsko-rosyjskiej. Tuż przed wyjazdem żeni się z Olą, tancerką rewiową (Natasza Urbańska), przyrzekając jej powrót. Pewnego dnia, dla żartu, głośno cytuje rosyjską ulotkę propagandową. Jego dowódca nie rozumie dowcipu, nadto haniebnie wyraża się o zdjęciu żony kawalerzysty. Po krótkim pojedynku z przełożonym, Jan staje przed sądem polowym, który skazuje go na śmierć za... sprzyjanie bolszewikom. Czekając na wyrok, jego oddział nagle i skutecznie atakują czerwonoarmiści. Za rzekome popieranie Rosjan, czekista Bykowski (Adam Ferency) bierze niedoszłego skazańca pod swoje skrzydła. W toku kolejnych potyczek, Jan ucieka od Rosjan, dołącza do oddziału Kozaków walczących po polskiej stronie, wreszcie dostaje do polskiej armii, szykującej się do odparcia bolszewików idących na Warszawę.

Równolegle prowadzone są dwa wątki warszawskie. Ola Krynicka, zrazu uderzona informacją o zaginięciu swego ukochanego, dowiaduje się o rzekomej zdradzie polskiego oręża swojego męża. Skutecznie odpiera nachalne awanse kapitana Kostrzewy (Jerzy Bończak), wreszcie zaciąga się do kobiecego oddziału ochotniczek. A na najwyższych szczeblach władzy konfrontują się pomysły uchronienia przed sowieckim zalewem marszałka Józefa Piłsudskiego (Daniel Olbrychski), premiera Władysława Grabskiego (Michał Żebrowski) i płk. Wieniawy-Długoszewskiego (Bogusław Linda).


Jak już wspomniałem, czasy "Potopu" dawno minęły. Nie ta kasa, nie te metraże, nie te emocje. "1920 Bitwa warszawska" to nie epopeja, ani żaden wielki fresk, jak można przeczytać na portalach filmowych, na których magia nazwiska reżysera wciąż wkłada jego dzieła do tej samej, sienkiewiczowskiej szuflady. To przyzwoity dramat wojenno-przygodowy z widowiskowymi scenami batalistycznymi. Niecałe dwie godziny projekcji i 27 mln PLN budżetu (drugi najdroższy polski film po 1989 roku) nie pozwoliły rozdmuchać filmu do rozmiarów epopei z Kmicicem. A skoro już przy chorążym orszańskim jesteśmy - charakter i dzieje postaci granej przez Borysa Szyca momentami przypominają właśnie Kmicica. Obaj chwilowo zostawili ukochaną dla pani wojenki, obaj niechcący przechodzili na stronę przeciwnika i szukali drogi do rodzimej armii, wreszcie obaj wybijali się usposobieniem i fantazją ponad swoich kompanów. Ale Olbrychski miał ponad cztery godziny czasu ekranowego, by genialnie przepuścić swojego Kmicica przez wszystkie stadia rozwoju postaci. Szyc miał połowę z tego, i choćby dlatego nie rozwinął należycie skrzydeł. Szczególnie w drugiej połowie filmu, gdzie jego postać zeszła na drugi plan, ustępując pola sztabowcom z Belwederu i opowieści o jego umundurowanej żonie.

Czy zawsze główny męski bohater musi mieć ukochaną, która będzie dla niego powodem do przeżycia i przeciągnięcia postaci przez cały metraż? Niby nie musi, ale Jerzy Hoffman nie należy do twórców, którzy lubią fabularnie iść pod prąd. To sprawny rzemieślnik, u którego nie liczy się finezja opowiadania, tylko skuteczność opowiadania. Wciąż ma też oko do pięknych aktorek. Ostatnimi czasy już tylko pięknych. Izabella Scorupco wydawała się idealną Heleną, dopóki się nie odezwała. A nasza biedna, nielubiana, piękna, utalentowana, z kocimi ruchami Natasza Urbańska? Na dobrą sprawę film mógłby się obejść nie tylko bez niej, ale i bez całego wątku miłosnego. Ale to nie wina aktorki. Ona robiła, co mogła. Złośliwi widzowie mogą w tym miejscu poczynić niewybredną uwagę, że reżyser-staruszek poleciał na jej urodę i wygimnastykowane ciało. No i właściwie trudno się oprzeć takiej konkluzji, bo bez niej narracja filmu tylko by zyskała na klarowności. Ale autorzy dali nam i Urbańską, i jej postać. Czy Jerzy Hoffman ze swoim współscenarzystą Jarosławem Sokołem musieli akurat zrobić z niej tancerkę rewiową, bezpiecznie wychodząc naprzeciw temu, co Urbańska potrafi najlepiej? Przez pierwsze pół filmu ciekawie opowiadane dzieje kawalerzysty Jana są bezlitośnie przeplatane jej występami śpiewno-tanecznymi, co bardziej krewkich widzów może doprowadzić do wyjścia z sali kinowej. Jak gdyby twórcy z góry założyli, że postać Oli potrafi odnieść się do frontowych wieści wyłącznie w artystyczny sposób. Najwidoczniej tak, bo gdy Urbańska schodzi z blasku świateł, pozostają jej tylko melodramatyczne pozy i nieszczęsny, eksponowany w zwiastunach, załzawiony grymas przy ładowaniu Ruskich ołowiem z ckm-u. Przed tą sceną Jerzy Hoffman powinien był puścić jej fragment z "Aliens", ze wścieklizną na twarzy Ripley strzelającej do kokonów, a potem zażądać powtórki przed kamerą Sławomira Idziaka. Fotogeniczność w kostiumie to nie wszystko. W jednej ze scen nagle pojawiła się na moment Stanisława Celińska, wybitna aktorka z powierzchownością z przeciwnego bieguna. I co? I w minutę zawładnęła ekranem skuteczniej, niż Natasza Urbańska w całym filmie.


Drugim grzechem "Bitwy warszawskiej" jest jej "puzzlowatość" i szwy na łączeniach. Tu trochę bitwy, tu trochę salonowych dialogów, tu kilka wersji tej samej sceny z wiwatującymi szczerbatymi bolszewikami, znowu trochę walki, trochę salonów Belwederu, itd. Metraż wymusił cięcie wątków, coraz szybsze i ostrzejsze ich przeplatanie, byle do celu. Na to samo narzekali miłośnicy Sienkiewicza, patrzący z niesmakiem na pośpieszne przycinanie "Ogniem i mieczem" do czasu projekcji, szczególnie w ostatniej godzinie filmu. A finał "Bitwy..." załatwiony został jedną, oczywistą narracyjnie sceną, ale napisaną na zasadzie "no, kończmy to i do domu" (nie chciałem tu przytaczać nadużywanego bez umiaru cytatu z Kmicica po walce w deszczu). "Epickich fresków" tak się nie kończy. Tak pośpieszny finał można napisać co najwyżej do kolejnego odcinka "Ojca Mateusza".

A co się, dla odmiany, udało? Postaci drugoplanowe, szczególnie kapitalny Adam Ferency jako naturalizowany bolszewik, inteligentny cynik, wyłuszczający Janowi pokrętną ideologię komunistów, bez mrugnięcia okiem strzelający zarówno do Polaków, jak i do swojego sołdata, gwałcącego polską chłopkę. Świetnym pomysłem było dwóch cywilnych kompanów Jana, którzy zaciągnęli się na radiotelegrafistów, zakłócających częstotliwość Rosjan kropkami i kreskami z Pisma Świętego (najśmieszniejsza scena filmu). Jerzy Hoffman polubił brawurową groteskowość gry Jerzego Bończaka, którego obsadził w zabawnym epizodzie "Ogniem i mieczem" (Czapliński wyrzucony przez Skrzetuskiego wprost w błoto), dając mu w "Bitwie warszawskiej" podobną rolę karykaturalnego zawadiaki, wzbudzającego wesołość. Piłsudski w wykonaniu Olbrychskiego jest dokładnie taki, jakiego oczekujemy od tych dwóch postaci - pomnikowy, bezkompromisowy zbawca ojczyzny grany na zawodowym poziomie. Podobnie wygląda rola Bogusława Lindy - profesjonalista na drugim planie.


Przez pierwsze pół filmu, męcząc się na zbędnych wygibasach Nataszy, mamy nadzieję na jakieś sceny bitewne, tym bardziej, że z ekranu pada zapowiedź wyprawy na Kijów. Ale Kijowa niet - o zdobyciu miasta dowiadujemy się z dialogu. To przypominało manewr Hoffmana, pokazujący jedną z pierwszych bitew "Ogniem i mieczem" - szarża jazdy polskiej, cięcie na przemazaniu i nagle widzimy pole usiane trupami. Taki skrót narracyjny, bitwa bez bitwy. W jego najnowszym filmie takie niepokojące sygnały również się odzywały, ale przecież w tytule mamy bitwę warszawską, a nie całą wojnę polsko-bolszewicką. Pokazanie tytułowej bitwy miało wady, które opisałem wcześniej, czyli fragmentaryczność, brak dłuższego skupienia, cięcia na równoległe wątki, niekoniecznie batalistyczne. Ale same sceny bitewne nie mają sobie równych w historii polskiego kina. Oczywiście daleko im jeszcze do standardów Hollywood, ale różnice w zasadzie sprowadzają się do skali, a nie metody. Twórcy odebrali lekcję z "Szeregowca Ryana" - mamy ucięte kończyny na zbliżeniach, krew tryskającą w obiektyw, kule przebijające hełmy, rzetelnie zainscenizowane eksplozje, ciała wyrzucone w powietrze (jedynie żołnierz w wnętrznościami na wierzchu był niewiarygodny - wyglądał jak krzyczący sprzedawca podrobów, które wylały mu się na ubranie). Nie ma bezładnego zgiełku i ciasnych planów, które maskowały braki inscenizacyjne od "Krzyżaków" do "Ogniem i mieczem". Mamy również niezwykle rzadko pokazywane w polskim kinie batalistycznym zbliżenia załóg samolotów, bombardujących pola bitew. Szkoda tylko, że twórcy nie ulegli pokusie pokazania Meriana C. Coopera, późniejszego reżysera pierwszego "King Konga", który jako pilot walczył właśnie w wojnie polsko-bolszewickiej, a po jej zakończeniu został udekorowany przez Piłsudskiego orderem Virtuti Militari. To byłaby, tak lubiana w hollywoodzkim kinie, szczypta ekranowej magii powodująca dreszcz na plecach.


Filmowe fora internetowe już w chwili pisania tych słów (dzień premiery ogólnopolskiej) pękają w szwach od pełnego wachlarza ocen, zachwytów i jobów. "1920 Bitwa warszawska" nie jest najlepszym filmem Jerzego Hoffmana, nie jest dziełem wybitnym i znaczącym. To sprawnie opowiedziane widowisko historyczno-batalistyczne, kapitalnie i z rozmachem nakręcone w zjawiskowym trójwymiarze, z pamiętnymi rolami drugoplanowymi i niepotrzebnymi wtrętami taneczno-miłosnymi. Ani rewelacja, ani porażka. Czyli film letni, nijaki, zostawiający widza obojętnym, w stanie równowagi przyniesionej na projekcję? Skłaniam się w strefę stanów wyższych, bo nawet kiedy rozwiązania scenariusza nie satysfakcjonują, zawsze pozostaje złoty cielec 3D, po którym nie spodziewałem się aż takiego wpływu na cały film.


7/10

Film zasługuje na 6/10, ale za tak znakomite wykorzystanie 3D dodaję punkt więcej.




wytwórnia - Zodiak Jerzy Hoffman Film Production, 2011
reżyseria - Jerzy Hoffman
scenariusz - Jerzy Hoffman, Jarosław Sokół
produkcja - Jerzy R. Michaluk, Mariusz Gazda, Paweł Bareński
zdjęcia - Sławomir Idziak
muzyka - Krzesimir Dębski
montaż - Marcin Bastkowski
scenografia - Andrzej Haliński
kostiumy - Magdalena Tesławska, Wanda Kowalska, Andrzej Szenajch
czas projekcji - 110 minut

wystąpili

Borys Szyc
Natasza Urbańska
Daniel Olbrychski
Bogusław Linda
Marian Dziędziel
Jerzy Bończak
Ewa Wiśniewska
Stanisława Celińska
Adam Ferency
Olga Kabo
Krzesimir Dębski
Łukasz Garlicki
Aleksandr Domogarow
Ewa Wencel
Józef Duriasz
Michał Żebrowski
Wiktor Balabanow

(Jan Krynicki)
(Ola Krynicka)
(Józef Piłsudski)
(płk. Wieniawa-Długoszowski)
(Tadeusz Rozwadowski)
(kpt. Kostrzewa)
(Ada)
(pani Zdzisia)
(Bykowski)
(Sofia Nikołajewna)
(Feliks Dzierżynski)
(Ignacy Skorupka)
(sotnik Kryszkin)
(Więcławska)
(Władysław Sikorski)
(Władysław Grabski)
(Włodzimierz Lenin)


Tekst i oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 30 września 2011


RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF


Podziel się