Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy jest jedną z najstarszych w Polsce imprez poświęconych filmowi. Z roku na rok się rozwija, zyskuje reputację, rozgłos, przyciąga coraz większe rzesze ludzi, zarówno widzów, jak i przedstawicieli środowiska filmowego. Ma już ustaloną formę, której się skutecznie trzyma, rozwój więc lokowany jest przede wszystkim w poszczególnych aspektach festiwalu. W tym roku, w dniach 10-19 października, odbyła się 24. edycja festiwalu. Zgromadziła rekordową liczbę 97 tys. widzów, którzy na 380 projekcjach obejrzeli 153 filmy fabularne i 87 krótkometrażowych. Główne nagrody zdobyły następujące filmy: Warsaw Grand Prix - "Dzień w Juriewie"; Specjalna Nagroda Jury - "Świat jest wielki, a zbawienie czai się za rogiem"; Nagroda FIPRESCI - "Oficer śledczy"; Nagroda publiczności w kategorii filmów fabularnych - "Walc z Bashirem", a w kategorii filmów dokumentalnych - "Young @ heart". Pozostałych zwycięzców można znaleźć na stronie www.wff.pl. Za rok jubileuszowa 25. edycja festiwalu.

WMFF jest obok wrocławskich Nowych Horyzontów największym festiwalem filmowym w Polsce. Sztandarowym miejscem seansów jest warszawska Kinoteka, a w tym roku do grona festiwalowych obiektów dołączył multipleks Multikino znajdujący się w galerii handlowej Złote Tarasy (kino Relaks, gdzie wcześniej odbywały się festiwalowe projekcje, zostało zamknięte). Przekłada się to nieco na klimat festiwalu i w tym aspekcie warszawski festiwal ustępuje ENH, bowiem w pędzącej na złamanie karku stolicy nie ma wyodrębnionej przestrzeni na rozmowę. Jest miejsce na dyskusję z twórcami filmów, którzy chętnie i tłumnie przybywają do stolicy, ale nie ma szerszej możliwości dialogu widza z widzem, chyba że w grupkach dobrych znajomych.

Porównanie do ENH jest jak najbardziej na miejscu, ale WMFF ma jednak nieco inny profil od festiwalu Romana Gutka, choć oba używają podobnych rozwiązań. Główną różnicą, która WMFF wyróżnia na tle polskich festiwali filmowych jest to, że warszawska impreza jest nastawiona na środowisko filmowe, a od 4 lat flagowym projektem festiwalu są targi filmowe CentEast. Konkretnie wyspecjalizowana impreza towarzysząca, której głównym celem jest promocja najnowszych obrazów z Europy Wschodniej wśród ludzi z branży: dystrybutorów, agentów, producentów, selekcjonerów festiwalowych i innych. CentEast nastawiony jest przede wszystkim na dialog pomiędzy profesjonalistami, w tym roku głównym tematem było zagadnienie sprzedaży oraz dystrybucji filmów z Europy Wschodniej. Pomysł takich targów jest znakomity, i bardzo w naszym kraju potrzebny, ale niesie ze sobą groźbę mniejszego lub większego zamknięcia się na widza. A tego WMFF nie życzę.

WMFF różni się także od ENH pod względem różnorodności sekcji filmowych. Poza Konkursem Warszawskim, na którym według słów organizatorów pojawiają się filmy niezależne, przyciągające wymagającą, ale szeroką publiczność, w programie WMFF znalazło się miejsce w zasadzie dla każdego. Jest Konkurs 1-2, czyli pole zmagań dla debiutantów, jest Konkurs Europejskich Filmów Krótkometrażowych, jest również Konkurs Dokumentów. A dla filmów "innych, trudnych do sklasyfikowania, idących pod prąd, niezależnych, zbuntowanych" przewidziano Konkurs "Wolny Duch". Jest jeszcze nagroda FIPRESCI (Międzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Filmowych). A to tylko sekcje konkursowe. Poza nimi mamy m.in. Gala Screenings; Mistrzowskie Dotknięcie; Odkrycia - Wizje Współczesnego Świata; Rodzinne Święto Kina czy Next Generation. Czyli dla każdego coś miłego; wszystkie filmy, które nie dostały się do sekcji konkursowych, a które prezentują w zasadzie wszystko, co jest obecnie kręcone na świecie, plus bonus dla młodszych widzów. Spektrum wręcz zachwycające, choć toczą się dyskusje, czy WMFF nie powinien obrać jakiejś konkretnej drogi, zamiast próbować zadowolić wszystkich.

Warszawski festiwal różni się jeszcze od ENH i innych polskich festiwali filmowych szeregiem innych aspektów, z których warto wymienić warsztaty FIPRESCI dla młodych dziennikarzy z Europy Wschodniej (poza reprezentantami Polski, w tym roku znaleźli się na nich również przedstawiciele Rumunii, Ukrainy oraz Słowacji), otwarte warsztaty montażu oraz inne atrakcje, które całościowo składają się na atrakcyjną otoczkę festiwalu.

Za rok odbędzie się jubileuszowa 25. edycja Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Dyrektor festiwalu, Stefan Laudyn, już zapowiedział, że będzie wyjątkowo, szczególnie, że od tego roku festiwal zyskał nowego partnera i sponsora pod postacią międzynarodowego koncernu energetycznego RWE. Nieważne więc, czy jest się przedstawicielem środowiska filmowego, czy 'normalnym' widzem, warto zapamiętać datę 9-18.10.2009, bowiem wtedy Warszawa ponownie zamieni się w ważne dla europejskiego (i nie tylko) kina miejsce, w którym każdy powinien znaleźć coś dla siebie.


Kilka filmów, które warto polecić:
"ADORATION" ("ADORACJA")
Uwielbiam intelektualne łamigłówki Atoma Egoyana, uwielbiam jego precyzyjne scenariusze, na które składa się przedstawiana nielinearnie linia fabularna, mnogość przeplatających się wątków i historii oraz odkrywanie wraz z postaciami prawdy o nich samych. Uwielbiam je, ponieważ za każdym razem zmuszają mnie do wytężonego myślenia, koncentracji, uczestnictwa w filmie; to intelektualne wyzwanie, które wymaga poświęcenia ze strony widza, co jest coraz rzadsze w nastawionym na wizualizację współczesnym kinie. "Adoracja" zachowuje wszystkie wyznaczniki stylu Egoyana. Z tym, że jest równocześnie pewnym powrotem do stylistyki, od której kanadyjski reżyser odszedł na rzecz innych projektów - przywodzi skojarzenia z "Exoticą" i "Słodkim jutrem", dwoma najważniejszymi filmami Egoyana, które uczyniły go rozpoznawalnym (choć np. surowe spojrzenie na kulturę medialną wywodzi się z ostatnich filmów twórcy). "Adoracja" to również powrót do problematyki Kanady i jej multikulturowej społeczności, której Egoyan, z pochodzenia Armeńczyk, jest również przedstawicielem. I wiele innych aspektów, których nie da się opisać w krótkim tekście. Wyszła mi lekka dygresja, w której mało o treści filmu, ale nie bardzo wiem jak przedstawić Egoyana czytelnikom, którzy nie mieli z nim jeszcze do czynienia. Napiszę więc, że "Adoracja", jak każdy inny obraz spod ręki Atoma Egoyana, jest wielką przygodą, do której zachęcam. A czytelników, którzy jednak zechcą wiedzieć, o co w filmie chodzi, zapraszam do tekstu Karola (TUTAJ), który wyjaśnia fabułę w przystępny sposób, i co najważniejsze - z perspektywy widza, który spotyka się z Egoyanem po raz pierwszy.
"MUSTA JAA" ("BLACK ICE"/"CZARNY LÓD")
W opisie festiwalowym wyczytałem, że to połączenie Bergmana z Hitchcockiem. Nie mogłem więc nie sprawdzić wiarygodności tych słów. Spodziewałem się jakiejś europejskiej wydmuszki, a dostałem jeden z najlepszych filmów festiwalu! Połączenie z opisu jest całkiem trafne, choć bardziej skłaniałbym się ku 'hitchcockowości' filmu, jako że suspens, operowanie napięciem poprzez starannie skomponowane kadry, muzykę oraz postaci jest ewidentnym czerpaniem z filmów Mistrza. Reżyser, Petri Kotwica, przeniósł swój film na trochę inny poziom i włożył w ramy komediodramatu o znamionach thrillera, którego akcja toczy się w zasypanych śniegiem fińskich krajobrazach. "Czarny lód" opowiada o małżeńskiej zdradzie, która jest punktem wyjściowym do dramatu. Poprzez pewne wyolbrzymienie ukazuje jak jedno kłamstwo (i późniejszy brak odwagi do wyznania prawdy) może doprowadzić do tragedii. Wszystko to w nieco perwersyjnym sosie niedopowiedzeń, pokus i pragnień. Zdradzana przez męża Saara zaprzyjaźnia się z jego młodą kochanką. Na początku z ciekawości, później z chęci zemsty, wreszcie jednak szczerze, przywiązując się do nieszczęśliwie zakochanej dziewczyny, która jest świadoma moralnej pułapki. Saara zaczyna prowadzić podwójne życie, a kumulujące się w niej emocje sprawiają, że kwestią czasu jest upadek jednego z jej światów. Znakomite kreacje aktorskie, przepiękne zdjęcia i muzyka jednego z członków zespołu Apocalyptica - wszystko to tworzy hipnotyczny klimat, w którym granice moralności zacierają się niczym droga przykryta przez całun śniegu. Znakomicie skonstruowany scenariusz działa na zasadzie odgadywania kolejnych przewrotek i uczestniczenia w akcji wraz z bohaterami. Gorąco polecam!
"WALTZ WITH BASHIR" ("WALC Z BASHIREM")
Film, który w tym roku wywołał wiele szumu w Cannes. Generalnie można go porównać do "Persepolis", bowiem to kolejny obraz opowiadający o pewnej traumie za pomocą animacji, co daje w pewnych ramach większe pole działania dla reżysera. Konotacje z filmem M. Satrapi są jedynie powierzchowne, bowiem Ari Folman, twórca "Walca..." idzie w zupełnie innym kierunku, a jego dzieło jest... specyficznym dokumentem - wywiady, które widać w filmie, były nakręcone "normalnie", a dopiero później animowane techniką rotoskopii. Traumą, o której opowiada Folman, jest masakra Palestyńczyków w Bejrucie w 1982, ale pomimo tego, że wokół tego wydarzenia kreci się całość filmu, "Walc z Bashirem" oferuje znacznie więcej. To również opowieść o wypieraniu ze świadomości różnych strasznych wydarzeń, tak, że po kilkunastu latach dochodzi do kuriozalnej sytuacji, w której nie pamięta się tychże wydarzeń. To film o dochodzeniu do prawdy, o przyznawaniu jej przed samym sobą, przełamywaniu wewnętrznego oporu powiedzenia sobie i kolegom - nic nie zrobiliśmy, żeby zapobiec rozlewowi krwi - kim w takim razie jesteśmy? To wreszcie film o zadziwiającej skłonności ludzkiej percepcji do dostrzegania piękna w tragedii i koszmarze - reżyser dochodzi prawdy o masakrze poprzez wizje i majaki świadomości, a te są doprawdy niesamowite! Znakomicie zrealizowany, nakręcony i wystylizowany dokument, który pod całą swoją wysmakowaną otoczką kryje bolesną prawdę, i może dlatego oddziałuje jeszcze bardziej, bo jakby czuć, że bez tej całej stylizacji przeszedłby pewnie bez większego echa, jako że podobnych pozycji powstało ostatnio sporo.
"33 SCENY Z ŻYCIA"
Film Małgorzaty Szumowskiej, przed którym ostatnimi czasy polska krytyka filmowa pada na kolana (i słusznie) to obraz, który porusza i skłania do refleksji, gdyż uświadamia, i to dosyć dobitnie, że nikt nie jest i nigdy nie będzie przygotowany na śmierć bliskiej osoby. To wydarzenie, które zmienia wszystko, wywraca całe życie do góry nogami i zostawia wypalonym. Z tym, że sam film nie jest depresyjny i dołujący. To nie jest nawet film pesymistyczny, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi. Choć opowiada o śmierci, Szumowska nie moralizuje, nie ocenia, nie każe identyfikować się z postaciami. Po prostu pokazuje, czasem wręcz z dokumentalnym zacięciem, a ostateczna wymowa tego, co się widziało, zależy tylko i wyłącznie od widza. I to największy atut tego filmu - jego bezstronność, choć ciężko nie myśleć o fakcie, że historia przedstawiona na ekranie ma swoje źródło w życiu reżyserki. Ale nawet mając tę świadomość, to po prostu bardzo dobrze nakręcone i zagrane kino obyczajowe z najwyższej europejskiej półki. To film o doświadczaniu śmierci, o tym, że - jak pisałem wcześniej - nie można się do niej przygotować. Ale to również film o miłości. To także film o namiętności. I o przepaści, jaka może się pojawić pomiędzy dwójką kochających się ludzi. Chęć doczepienia mu etykietki zrzucam na karb tego, że to zupełnie inne kino polskie niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, a na inność reaguje się często chęcią porównania z tym, co znane. "33 sceny z życia" to znakomite i wymagające kino, które warto zobaczyć, przeżyć.
"THE VISITOR" ("GOŚĆ")
Najnowszy film spod ręki Thomasa McCarthy'ego, autora "Dróżnika", to kino niełatwe, ale bardzo dobre. Opowiada o pewnym profesorze (znakomity Richard Jenkins!), który od  kilkunastu lat popada stopniowo w marazm i odsuwa się od aktywnego życia. Wróci do niego dzięki parze imigrantów, którzy przypadkiem znaleźli się w jego mieszkaniu - zacznie z powrotem w coś wierzyć, odkryje w sobie nowe talenty, a nawet poczuje cos więcej do pewnej kobiety. Na przykładzie słodko-gorzkiej historii głównego bohatera, McCarthy opisuje temat ważny, wręcz publicystyczny, choć do nachalnej publicystyki reżyserowi daleko. Chodzi mianowicie o coraz bardziej tragiczny los emigrantów w Stanach Zjednoczonych, zachęconych amerykańskim liberalizmem i pięknymi sentencjami o równości, które już dawno straciły znaczenie i wymagają aktualizacji w amerykańskiej zbiorowej świadomości. Pomimo "gorącego" tematu, McCarthy panuje nad swoim dziełem; tło społeczne nie zakrywa, ani nie zostaje zakryte - po prostu jest, tak jak problem w kraju, który ma być kolebką wolności i demokracji, ale dawno te idee zatracił, jedynie jednostki potrafią je kontynuować. Mądre kino, które bardzo dobrze panuje nad sinusoidą emocjonalną i kończy się siarczystym policzkiem wymierzonym przez reżysera.


I kilka dokumentów:
"NOT QUITE HOLLYWOOD" ("NIEZUPEŁNIE HOLLYWOOD")
Znakomity australijski dokument o nieznanej twarzy tamtejszego kina, mianowicie o australijskiej odmianie amerykańskiego kina exploitation - ozploitation. Opowiedziany z pomysłem i przysłowiowym jajem, znakomicie zrealizowany obraz (reżyser, Mark Hartley, ma za sobą prominentną karierę w teledyskach), z którego wyłania się zupełnie inny obraz kina australijskiego: nieszablonowy, niepodrabialny, nieujarzmiony niczym australijskie bezdroża. Kino spod znaku ozploitation stanowiło w równej mierze o sukcesie tamtejszych obrazów końca lat 70. i dekady lat 80. oraz o renesansie tej kinematografii, co filmy takich twórców jak Weir, Beresford czy Noyce. A z pewnością były o wiele bardziej komercyjne (choć reżyser twierdzi, że największą publikę zbierały w... Europie!). Bo któż nie chciałby pooglądać na ekranie golizny, przemocy i efektownych wybuchów? Nie jest to dokument otwierający w jakikolwiek sposób oczy, ale z pewnością przekazuje masę użytecznych informacji o tej historii kina, o której wiele się nie mówi, a która jest jednak integralną częścią spadku X Muzy. Znakomity dobór filmów, fajna ścieżka dźwiękowa, dobrze zmontowane i ciekawe wypowiedzi osób związanych z biznesem ozploitation, to zalety tego bardzo efektownego dokumentu. A jako bonus Quentin Tarantino, występujący w roli zagorzałego fana tego typu filmów, które w dużej mierze zainspirowały niektóre patenty z jego produkcji. Polecam.
"AMERICAN INTELLIGENCE AND YOU!" ("AMERYKAŃSKI
WYWIAD WOJSKOWY I TY!)
W zasadzie to nie jest dokument, ale jest na taki stylizowany - a dokładniej na dokument propagandowy z czasów II wojny światowej, w którym narrator wyjaśnia młodym rekrutom system funkcjonowania wojny oraz przedstawia sztab wywiadu wojskowego, najważniejszego działu amerykańskiej armii. Reżyser korzysta częściowo z gry aktorskiej i stylizacji na stary dokument, a częściowo z materiałów archiwalnych w postaci wstawionych scen ze starych filmów wojennych klasycznego Hollywood. To satyra na amerykańskie pojmowanie rzeczywistości oraz samą Amerykę, z jej misją szerzenia pokoju nawet za cenę kolejnej wojny. Dostaje się każdemu, najbardziej (jeszcze obecnym) rządom Busha i wojnom w Afganistanie i Iraku. No i oczywiście amerykańskiemu patosowi i dumie narodowej, która pojawia się w co drugim blockbusterze. A w roli wisienki na torcie masa nawiązań i puszczania oka do widza, jak wstawianie w różnych kontekstach polityczno-komediowych scen z młodym Ronaldem Reaganem. Film zrobiony z pomysłem i pasją. Choć czasem traci tempo, ogólnie rzecz biorąc jest warty polecenia!
"BIGGER STRONGER FASTER: THE SIDE EFFECTS OF
BEING AMERICAN" ("WIĘCEJ, MOCNIEJ, SZYBCIEJ")
Znakomity dokument o... w zasadzie to o Stanach Zjednoczonych Ameryki i różnego rodzaju patologiach, które wytworzyły się poprzez słynny 'amerykański sen'. To dokument, który stawia sobie za cel zdemaskowanie pewnych mitów i półprawd dotyczących zażywania sterydów, wszelakich używek i 'wspomagaczy'. Pokazuje temat z kilku różnych stron, przez co zyskuje dosyć szeroką perspektywę. Ale na przykładzie używek opowiada właśnie o 'amerykańskim śnie', czyli motywie 'od zera do bohatera', który ciągle funkcjonuje (ba, od jakiegoś czasu przekracza oceany!), tyle że w przestarzałej wersji, która ma mało wspólnego z rzeczywistością. Opowiada o tym, jakie szkody wyrządza ta koncepcja w umysłach młodych ludzi, którzy szukają wzorców do naśladowania w przeidealizowanych bohaterach popkultury. Ukazuje również amerykański syndrom 'zawsze być pierwszym, inaczej się nie liczysz', który tak wspaniale został wyszydzony w "Małej Miss". Na przykładzie sportowców i wszelkiego rodzaju kulturystów Mark Bell pokazuje paranoję, do jakiej często dochodzi przez to, co nazywa 'efektem ubocznym bycia Amerykaninem', a co rozbija się o funkcjonowanie od dziecka w społeczeństwie, które nie lubi przegranych i wtłacza do głowy różnego rodzaju schematy i stereotypy, od których później ciężko się uwolnić w dorosłym życiu. Ale Bell nie robi tego złośliwie, po prostu analizuje, także na przykładzie życia swojego oraz swoich braci, również kulturystów. Z jednej strony pokazuje ludzi, którzy zostali przez sterydy zniszczeni i pozbawieni przyszłości, a z drugiej takich, którzy dzięki sterydom mogą żyć, bo inaczej umarliby, np. z niedoboru masy mięśniowej. Z jednej strony pokazuje, że mitologia oparta na mięśniach Stallone'a, Schwarzeneggera, Hulka Hogana i innych jest fałszywa, a z drugiej demonstruje jak bardzo w społeczeństwie oddychającym popkulturą ważna jest mitologia, posiadanie idoli, bohaterów, herosów, którzy wskazują cel do osiągnięcia. Wyprowadza również konkluzję - w każdym innym przypadku niż nieletni niech to będzie indywidualna decyzja, a nie społeczne gromkie 'nie'. Wolność wyboru, prawda? Znakomicie zrealizowany dokument, który w sposób nad wyraz specyficzny opowiada o dzisiejszej kulturze masowej, idiotyzmie bezwarunkowego patrzenia na wykreowanych przez media idoli i który przedstawia trochę mniej znaną historię U.S.A. ostatnich trzech dekad.
"GONZO: THE LIFE AND WORK OF DR. HUNTER S.THOMPSON" ("GONZO:
ŻYCIE I TWÓRCZOŚĆ DOKTORA HUNTERA S. THOMPSONA")
Hunter S. Thompson był jednym z najbardziej znanych i najbardziej kontrowersyjnych dziennikarzy w USA, człowiekiem, który był całkowicie oddany swojemu zawodowi, który stworzył styl reporterski nazwany 'gonzo journalism', wreszcie człowiekiem, który wraz w Tomem Wolfe'em podłożył podwaliny pod współczesne dziennikarstwo. Oglądamy historię jego życia zawodowego poprzez materiały archiwalne, w których bardzo dużo samego Huntera oraz poprzez wypowiedzi, czasem bardzo krytyczne, jego przyjaciół oraz osób z jego otoczenia. Narratorem jest Johnny Depp, który zagrał alter ego Thompsona w "Las Vegas Parano" Terry'ego Gilliama. Z tych wycinków z życia Thompsona wyłania się przedziwna mozaika - portret człowieka, który z jednej strony żył tak jak chciał - był nonkonformistą i idealistą - i który w jakiś sposób wpłynął na losy Ameryki, a z drugiej strony człowieka zagubionego w swoich przeżyciach, samotnego pomimo licznych przyjaciół, możliwe, że nigdy nie doświadczającego prawdziwego szczęścia. Widzimy także obraz człowieka, który potrafił ranić i miał dosyć dziwny, acz niezmiernie amerykański fetysz posiadania broni, człowieka złamanego przez życie, który ostatecznie popełnił samobójstwo. To w pewien sposób ucieleśnienie ideału 'amerykańskiego snu', w który Thompson wierzył przez większość swojej kariery, by pod wpływem pewnych wydarzeń stać się jego największym krytykiem. To przede wszystkim hołd dla wielkiej postaci, która na stałe zapisała się w kanonach nie tylko dziennikarstwa, ale również kultury masowej. Niejednoznaczny dokument, który warto zobaczyć.


Dokument ze wszech miar wyjątkowy:
"THE DAY AFTER PEACE"
Jeremy Gilley to brytyjski dokumentalista, który już od prawie dekady walczy o światowy Dzień Pokoju - dzień, w którym następuje zawieszenie broni, agresji, przemocy, dzień, w którym pomaga się tym, którzy na co dzień żyją w niespokojnym świecie wojen i patologii. Taki dzień został formalnie ogłoszony przez ONZ - to 21. września. Jednak dla Gilleya okazało się to dopiero początkiem walki. "The Day After Peace" jest zapisem jego zmagań, podróży, spotkań, wystąpień, sukcesów i porażek. Założona przez Gilleya inicjatywa Peace One Day (www.peaceoneday.org), której zadaniem jest promować ideę Dnia Pokoju, z roku na rok staje się coraz bardziej zauważalna, szczególnie, że Brytyjczykowi pomagają celebryci - Angelina Jolie, Annie Lennox, Johnny Lee Miller i Jude Law, który został ambasadorem z ramienia ONZ. Jednak ustanowienie daty, a zmiana globalnej mentalności to dwie różne sprawy, które dzieli przepaść cynizmu. I to paradoksalnie uciszenie cyników okazało się być największym wyzwaniem dla Gilleya - przykładowo Afgańscy Talibowie zgodzili się na zawieszenie broni bez dłuższych rozmów, co pozwoliło w ciągu tego jednego dnia zaszczepić ponad 1.000 dzieci. Ciężko traktować ten dokument jako dokument, ponieważ wykracza daleko poza jakiekolwiek ramy oceny. Gdyby oceniać twór Gilleya jako dokument, można by napisać, że to bardzo porządnie zrealizowana robota, która dostarcza wielu ciekawych, może nawet przydatnych informacji i w konkretny, nie przesłodzony sposób ukazuje świat w którym żyjemy. Lecz jedynym sprawiedliwym z mojej strony opisem jest stwierdzenie, że to film cholernie inspirujący, wytyczający nowe szlaki myślenia, w epoce zdominowanej PRem oraz oportunizmem, w świecie ogłupionym milionem przytłaczających informacji pokazujący, że jest jeszcze możliwe skupienie się wokół przepięknej idei. Że można wyjść poza własne ograniczenia i egoizm i zrobić jeszcze coś dla drugiego człowieka bez oczekiwania czegoś w zamian. Po prostu - że się da. Jakkolwiek naiwnie może brzmieć wszystko to, co napisałem powyżej, film Gilleya sprawił, że poczułem się lepiej jako człowiek. Jeśli będzie to tylko w mojej mocy, zamierzam promować ideę Peace One Day, a ten opis jest pierwszą cegiełką.


I na koniec film, który podzielił warszawską publiczność:
"LA CRISIS CARNIVORA" ("ANIMAL CRISIS"/"KRYZYS WŚRÓD ZWIERZĄT")
"Kryzys wśród zwierząt" podzielił festiwalową publiczność, choć należy przyznać, że podzielił nierówno, bowiem większość widzów obraz skrytykowała. To pierwsza pełnometrażowa animacja wykonana we Flashu, który przeważnie kojarzony jest ze środowiskiem internetowym. Ale nie to zdegustowało publiczność, lecz treść filmu Pedro Rivero. W dużym skrócie chodzi o pewne społeczeństwo zwierząt, w którym są równi i równiejsi (film to połączenie stylistyki orwellowskiej z humorem rodem z "South Parku" oraz dużą ilością krwi i latających kończyn). Powstaje ekipa rewolucjonistów, która chce równości dla wszystkich, ale po przejęciu władzy wydaje się, że staną się jeszcze gorsi od poprzedników, nie wspominając już o tym, ile i ilu poświęcili, żeby się do tej władzy dorwać. Film jest niezmiernie pesymistyczny w swoim przesłaniu, które twórca podsumował jednym zdaniem - wszyscy jesteśmy sukinsynami. I właśnie szczere wypowiedzi reżysera w połączeniu z pełną bluzgów, czarnego humoru, kpin oraz gore formą wzburzyły wielu widzów. Najbardziej zaskoczony (i zawiedziony) był sam reżyser, który stwierdził, że akurat od Polaków, którzy mają za sobą taką historię, która na dodatek ostatnio do nas powraca, spodziewał się zrozumienia, nie policzka w twarz. A takowy policzek dostał już wiele razy. Nie powiem, żebym stał się fanem filmu Rivero, ale w wielu aspektach mi się podobał (np. jako autorska wypowiedź) i cieszę się bardzo, że organizatorzy WMFF nie zlękli się krytyki jaka ciągnie się za filmem i pokazali go w sekcji "Wolny duch". Przyznam też szczerze, że nie rozumiem tak negatywnych reakcji na film Rivero. Osobiście zapamiętam tę animację dlatego, że zawiera spore pokłady czarnego humoru i szyderstwa, które w odpowiednim stężeniu są dobrym środkiem wyrazu. Ale przede wszystkim za to, że jest absolutnie szczery w stosunku do widza, nie zasłania się niczym, pokazuje świat takim, jakim widzi go twórca. A to szanuję, nawet jeśli nie zgadzam się z tym światopoglądem.



Autor relacji: Darek Kuźma - BEOWULF | Klub Miłośników Filmu, 23 listopada 2008

STRONA GŁÓWNA | FESTIWALE | NAPISZ DO AUTORA