
Sama śmierć jest właściwie ukojeniem. Najtragiczniejszym aspektem
ludzkiego bytowania jest bowiem życie, które ucieka nam przez palce tak,
jak woda złapana w splecione w cielisty kosz dłonie. Rodząc się
zaczynamy umierać. Każde uderzenie serca, każdy oddech przybliżają nas
do ostatecznego rozwiązania. Nieubłagana biologia czyni nas bohaterami
tragicznymi, każdy z nas jest Edypem. I nie chodzi tu bynajmniej o
osławiony przez Freuda kompleks, choć i ten miał zapewne nie mało
słuszności. Chodzi o ciążące nad naszymi głowami fatum, rzecz
nieuniknioną. Przerażającym jest fakt, iż jedynym pewnikiem naszego
życia jest to, że kiedyś będziemy musieli je stracić.
Jak zauważył hiszpański filozof, Miguel de Unamuno, centralnym elementem
naszej osobowości jest poczucie tragiczności. Poczucie tragiczności
życia wśród ludzi i wśród narodów. Podobnie myślało wielu, chociażby
wspominany dziadek Freud, który w swej „Historii pewnego złudzenia”
zauważył utopijną funkcję systemów religijnych. Niestety, nie można nie
zgodzić się z tym, że cała instytucja Boga jest na pewien sposób naszą
maszyną do nieśmiertelności. Stąd poczucie tragiczności. Każdy,
świadomie bądź nie, chce żyć wiecznie, ale prawa natury nie uginają się
pod wpływem naszej woli. Tworzymy sobie zatem świat imaginacji, oderwany
od spraw stricte naturalnych. Tworzymy „pewne złudzenie” i wierzymy, że
niedefiniowalny element tego, co ludzkie – dusza – nie podlega hegemonii
przepięknej matki natury. Tragedią jest to, że racjonalny rozum cały
czas daje kuksańce naszej imaginacji. Wrzeszczy, że po przyjściu
kostuchy to, co tak kochamy, naprawdę dobiegnie końca.
![]() |
![]() |
Niemniej, dlaczego wierzyć i poddawać się działaniu ideologii
narzucającej na nas częstokroć niemałe ograniczenia, które to z kolei
prowadzą do poczucia beznadziejności i grzechu? Blaise Pascal odpowiada,
że wierząc nic nie tracimy, bo skoro Bóg jest to będziemy zbawieni,
jeśli go nie ma – trudno, zginiemy. Nie wierząc stoimy na przegranej
pozycji, bo gdy po śmierci staniemy przed obliczem czegoś, co
negowaliśmy, zauważymy, że zanegowaliśmy również samo zbawienie.
Świetnie, ale Pascal zapomniał chyba o tym, że wiara nie wiąże się
jedynie z wyznawaniem, ale i z kultywacją pewnych schematów, z
przyjęciem systemów moralnych. Wiara narzuca na nas więzy kulturowe,
które – w przypadku ludzi szczerze pobożnych (czyli kandydatów do
potencjalnego zbawienia) – mogą wypaczyć obraz całego życia
biologicznego. Niech Bóg nie istnieje i co wtedy? Będąc wiernym
straciliśmy dwa życia – niewierzący afirmujący życie doczesne traci
tylko jedno.
Naszym kolejnym przekleństwem jest miłość. Kochamy i cierpimy, bo śmierć
nie oszczędza naszych bliskich. Możemy afirmować życie, nie wierzyć,
wierzyć szczerze, ale nic nie pomoże nam w momencie, gdy odejdzie ktoś,
kto znaczy dla nas dużo więcej aniżeli „szary człowiek”. Emocje biorą
wtedy górę nad rozumem, odzywa się w nas prawdziwy człowiek. To właśnie
emocje są domeną człowieka. Nie „myślę, więc jestem” a „odczuwam emocje,
więc jestem”. Jak zauważa Unamuno, nie mamy pewności, że spacerujący po
plaży krab nie rozwiązuje czasem w myślach równań drugiego stopnia, ale
jednego jesteśmy pewni – krab nie potrafi wyrazić emocji towarzyszących
mu w momencie ich rozwiązania, nie ma możliwości zademonstrowania
radości. Od osławionego myślenia bardziej ludzki wydaje się być
pospolity, ale jak bosko wieloznaczny, uśmiech. Ludzkie są śmiech i
płacz, ludzkie jest szaleństwo.
U Szumowskiej człowiek jest człowiekiem pełną gębą. Dopóki matka spełnia
się jako pisarka kryminałów, ojciec jako reżyser filmowy, życiowy
partner jako kompozytor, córka jako artysta fotograf, życie jest w
porządku. Można spotkać się w domu rodziców, wypić kapkę wódki i
pobiegać na boso po zroszonej przez matkę naturę trawie. Matka natura
jest dobra, bo są liście na drzewach, bo jest lato, i dzień i noc, a
śmierci na razie nie widać. Stoi gdzieś za rogiem i śmieje się z tych
małych bohaterów tragicznych. Ostrzy kosę i scyzoryk schowany w kieszeni
jej czarnego okrycia.
Okazuje się, że śmierć też jest artystą. W organizmie matki maluje
piękny nowotwór. Na fotografii wygląda, jak nie z tego świata – może to
właśnie jego niezwykłość będzie potwierdzeniem istnienia imaginacji
innego, lepszego świata? Fantazyjne kształty, niezwykły kolor i
świadomość tego, że żyjąc zabiera życie – arcydzieło. Matka nie ma
szans, musi umrzeć, ale przecież każdy musi – co w tym złego?
![]() |
![]() |
Zła jest teatralizacja umierania występująca prawdopodobnie jedynie u
człowieka. Złe jest to, że niesforny człowiek próbuje po raz kolejny
rzucić zniszczoną rękawicę pod nogi matki natury. Kobieta zostaje
przykuta do szpitalnego łóżka, leży wśród okropnej bieli szpitalnej
sali, wszędzie jest ta biel. Nowotwór dojrzewający w jej organizmie
powoli pozbawia ją ubóstwianego pierwiastka „cogito”, ale – o dziwo –
„sum” wciąż pozostaje. W jej żyłach wenflony wspomagające organizm
zbliżający się do kresu i oczekiwanie na cud, w który ten nasz
racjonalny rozum najnormalniej nie wierzy. Poza tym, czy cud związany
jest z plastikowymi rurkami łączącymi się z naszymi żyłami i bielą
szpitalnej sali? Obok łóżka, wartami, rodzina i znajomi. Oglądają teatr
śmierci, czują tragiczność życia ludzkiego. Wiedzą, że śmierć nachylona
nad twarzą zmordowanej kobiety z utęsknieniem czeka na to, by biologia
uporała się z tym sztucznym obrzydlistwem szpitalnego pokoju.
Matka zmienia się nie do poznania – traci włosy, chudnie, jej skóra
traci kolor w takim tempie, że zdaje się, iż za kilka godzin stanie się
przezroczystą. Obok rodzina, ogląda cały teatr i również traci
pierwiastek „cogito”. Matka umiera, wcześniej majaczy o ciastkach i
sukienkach – gdzie podział się analityczny umysł tworzący poczytne i
błyskotliwe powieści kryminalne?
Ojciec prócz ukochanej kobiety traci rozum, uznany reżyser nie potrafi
podjąć najprostszych decyzji. Na przemian wpada w stany smutku i
agresji, sięga po butelkę z wódką – kolejny genialny wynalazek ludzkości
(parszywy zamiennik religii) - i umiera, bo serce nie wytrzymuje. Nie
pomogło jedenaście zastrzyków z adrenaliny i reanimacja za pomocą
skomplikowanej maszynerii. Ludzkie przedłużacze życia ponownie zawiodły
w starciu z matką naturą – rzucenie rękawicy znów okazało się chybionym
pomysłem.
Kompozytor i artystka oddalają się od siebie i mimo pozornego zbliżenia
osiągniętego dzięki poświęceniu mężczyzny, ona ucieka do innego,
milczącego i pozostającego obok wtedy, gdy kompozytor z dala od całej
tragedii zajmował się partyturami, a nie ukochaną kobietą. Z milczącym
przyjacielem czuje się bezpieczna, a może milczący przyjaciel nie
przypomina jej o straconej rodzinie? Natura przestaje być piękna, już
nie ma spotkań w domu rodziców i biegania po trawie. Teraz natura staje
się potworem, z którym nie sposób wygrać. Teatralizacja śmierci matki
doprowadza do przypomnienia sobie o fatum umierania.
![]() |
![]() |
No i te emocje, śmiechy (oznaka szaleństwa, końca kontroli rozumu) na
pogrzebie, makabryczne żarty kierowane do nieprzytomnej matki – rozum
zawiódł, zadziałały emocje. To one nakłoniły artystkę do zdrady, to one
spowodowały, że obdarzony solidnym kręgosłupem moralnym milczący
mężczyzna zdecydował się wywiesić białą flagę i poddać namiętności.
Rozszalałe emocje zmusiły męża do zajrzenia w dno butelki – nie mógł
znieść naraz przekleństwa, jakie niesie ze sobą życie i miłość utracona.
Szare postacie pląsające w alkoholowym upojeniu w trakcie drugiej z
rzędu stypy to prawdziwi ludzie, ludzie z krwi i kości. Ludzie, którzy
zdjęli z twarzy maski i zdali sobie sprawę, z tego, że wszystko musi
dobiec końca. Śmierć ścięła swą kosą dwójkę ukochanych osób, reszta
została raniona scyzorykiem skrzętnie chowanym w jej kieszeni. Powstała
rana będzie broczyć przez całe życie, broczyć i przypominać.
Szumowska odkrywa nam prawdziwego człowieka – istotę szaloną, porywającą
się z motyką na słońce tylko po to, by podarować sobie jeszcze moment
przeklętego złudzenia. Zastanówmy się, czy wenflony i zastrzyki z
adrenaliny pomagają Bogu – jeżeli faktycznie istnieje – w dokonaniu cudu
przepędzenia śmierci? Czy teatralizacja śmierci, którą niosą ze sobą
sztuczne metody utrzymywania człowieka przy życiu nie jest czasem gorsza
od normalnego aktu umierania? Czy wszystko potoczyłoby się w ten sam
sposób, gdyby butny człowiek nie próbował sprzeciwiać się matce naturze?
Nie, śmierć nadeszłaby dużo szybciej, nie musiałaby wyczekiwać nad
szpitalnym łóżkiem. Jej obecność nie doprowadziłaby do obłędu rodziny
zmarłej – ojciec pewnie by żył, a artystka nie zdradziłaby kochającego
męża. Niemniej, matce podarowano jeszcze moment złudzenia. Jeszcze przez
kilka chwil mogła wierzyć, że po drugiej stronie czeka na nią inne życie
– poczucie tragiczności zabłysło tu w całym swym majestacie. Nie można
ganić człowieka, że próbuje utrzymać ukochaną osobę na tym świecie, bo
nie ma pewności, że spotka ją na tamtym – sami przybijamy się zatem do
krzyża, ale taka nasza natura, nasze fatum, tym różnimy się od kraba
rozwiązującego równania drugiego stopnia.
33 sceny z życia
reżyseria - Małgorzata Szumowska
scenariusz - Małgorzata Szumowska
zdjęcia - Michał Englert
muzyka - Paweł Mykietyn
montaż - Jacek Drosio
czas projekcji - 100 minut
wystąpili:
Julia Jentsch (Julia)
Peter Gantzler (Adrian)
Maciej Stuhr (Piotr, mąż Julii)
Adam Woronowicz (dyrektor galerii)
Piotr Adamczyk (krytyk sztuki)
Renata Dancewicz (Małgośka)
Dorota Segda (lekarka)
Roman Gancarczyk (Krzysiek)
Rafał Maćkowiak (Tomek)
Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL | Klub Miłośników Filmu, 21 stycznia 2009