|
PRZYCHODZI LETH DO LEKARZA.... |
Twórczość Larsa von Triera najlepiej opisać używając słowa "przewrotna".
Wystarczy przecież przywołać niektóre tylko projekty skandynawskiego
reżysera, żeby ujrzeć w jego filmach żelazną logikę (nomen omen)
przewrotności . Spójrzmy chociażby na historię o dobru tak wielkim, że
przekraczającym granicę moralności ("Przełamując fale"), na wypełnioną
emocjami opowieść o poświęceniu i zemście ("Dogville") przedstawioną w
zimnych wnętrzach studia pozbawionego dekoracji, a w końcu na
stylistyczne przeskoki od perwersyjnej oszczędności "Idiotów" do
przytłaczającego bogactwa musicalu "Tańcząc w ciemnościach". Filmografia
von Triera jest więc grą antynomii. Każdy kolejny film jawi się jako
odważne zestawienie różnych wartości, odmiennych stylów i manifestów
artystycznych. Lars von Trier w tym świetle wyglądać może nawet jak
zwyczajny zatwardziały cynik. Jednak zawsze będzie to cynik pełen
szacunku zarówno dla widza, jak i dla kina. Można więc spytać się w tym
miejscu, czy "reżyser niepoważny" przetrwa próbę czasu i czy perwersja z
jaką tworzy kino stanie się po latach perwersją podręcznikową? Odpowiedź
musi być twierdząca. I to głównie ze względu na szacunek von Triera do
dziesiątej muzy. Przy okazji "Idiotów" reżyser powiedział nawet, że
"gdyby nie traktował tego projektu poważnie, nigdy by się do niego nie
zabierał". Czyli cynizm i powaga przedstawione w jednym ujęciu? Z
pewnością tak, pytanie brzmi tylko, czy traktować je jako kolejny
kontrast nie do pogodzenia, czy raczej jako przyczynę sukcesu?
Odpowiadając trzeba przede wszystkim przyznać, że von Trier w tym
kontekście osiągnął mistrzostwo jako reżyser, który zachowując dystans
do siebie jako artysty, potrafi mimo wszystko przemycić w każdym filmie
coś więcej aniżeli tylko nieustanne zaskakiwanie. Filmy von Triera to
zawsze pewna ukryta i jakże cenna myśl, to umiejętność skutecznego
wywołania emocji - swoistego oczyszczenia, to w końcu historie
poprowadzone tak, że "moment staje się ważniejszy niż całość". Wsród
wielu filmów, wielu tematów, wielu technik i stylistyk można więc mimo
wszystko spróbować odnaleźć tych kilka ulotnych cech, które stają się
filmowym podpisem Duńczyka. Mając to na uwadze zupełnie inaczej
przyjdzie nam bowiem odebrać nowy filmowy eksperyment von Triera. Dla
wielu tylko eksperyment, dla niektórych coś znacznie więcej...
Bardzo łatwo przykleić do
"Pięciu nieczystych zagrań" etykietkę taniej prowokacji. Bardzo łatwo
zawyrokować, że czołowy skandalista państwa duńskiego się wypalił, że
tworzy coś na kształt reality show nastawionego na jakże marketingową
prowokację, której siłą napędową będzie znane nazwisko w czołówce.
Jeszcze inaczej można postrzegać "Pięć nieczystych zagrań" jako próbę
zbadania fenomenu kina. Jako próbę rozebrania "reżyserskiej wirtuozji"
na czynniki pierwsze i operację na żywym organizmie filmu. Jako zabieg
chirurgiczny polegający na wycinaniu z gotowego dzieła pewnych elementów
i "przeszczepianiu" w ich miejsce innych w oczekiwaniu na to, że pacjent
przyjmie, bądź odrzuci nowe ciało. Wybierając się na nowy film von
Triera dałem się więc złapać - jak chyba wszyscy - w tę paradokumentalną
pułapkę i byłem święcie przekonany, że otrzymam tym razem z wytwórni
Zentropa film czysto techniczny - suchy, bezemocjonalny i poświęcony
teorii kina. Sygnały i zapowiedzi były wszak jednoznaczne. Miał być to
obraz - pojedynek reżyserów. Jeszcze przed samym seansem czytałem
przecież o von Trierze piszącym w liście do Jorgena Letha - twórcy
mającego w Danii status Wajdy, a zarazem swojego byłego profesora i
mentora - o zupełnie nowym projekcie, którego punktem wyjścia jest
krótkometrażówka Letha pt. "Człowiek doskonały" z 1967 roku. I kluczem
do tej filmowej zabawy miało być pięciokrotne, własnoręczne
przekształcenie przez Letha swojego filmu początkowego - za każdym razem
jednak według ścisłych obostrzeń złośliwie narzucanych przez von Triera.
Gotowe dzieło powinno być wielopłaszczyznowe - stanowić zapis
okraszanych alkoholem spotkań Letha z von Trierem, pracy Letha nad
kolejnymi pięcioma filmami, przemyśleń obydwu reżyserów, a w końcu
prezentacją końcowych efektów starań . Mógł powstać więc w ten sposób
jedynie opis pracy Demiurga - temat skądinąd wdzięczny. "Opis pracy"
przekształcał się jednak powoli w coś więcej. W coś, co było od samego
początku głównym założeniem von Triera - artysty przewrotnego. Wychodząc
z "opisu procesu kreacji" dotarliśmy bowiem z Duńczykiem do "opisu
samego kreatora". Lars von Trier dokonuje w "Pięciu nieczystych
zagraniach" swoistej wiwisekcji Jorgena Letha - człowieka i reżysera. A
czyni to z iście diabelskim błyskiem w oku.
I na tym etapie proponuje się
zatrzymać. Nie wchodzić dalej w kwestię psychoanalizy, której podlega tu
Leth. Sugerowanie jakichkolwiek indywidualnych interpretacji i
narzucanie własnych przemyśleń osobom, które "Pięciu nieczystych zagrań"
jeszcze nie widziały byłoby w przypadku recenzji tego niecodziennego
filmu niewybaczalne. "Pięć nieczystych zagrań" oddziałuje bowiem na
widza stopniowo: najpierw powoli i niespiesznie (wręcz nużąco), potem
wzbudzając ciekawość, a na koniec pozostawiając odbiorcę z szeroko
otwartymi ze zdumienia oczami. Nowy film Larsa von Triera jest bowiem
pierwszą, realną filmową psychoanalizą - lekarską terapią z krwi i
kości, odbywającą się na nieświadomym niczego Jorgenie Lethcie. Terapia
to trudna i niekonwencjonalna. Banalna, lecz ciężka do uchwycenia. Być
może dlatego, że przez cały czas przygotowywani byliśmy na czysto
techniczny film o robieniu filmu. Gdy tymczasem autotematyczny charakter
obrazu sprowadza się tu raczej do prezentacji sylwetki jednego z
twórców, niż do analizy samego fenomenu "filmu" jako sztuki. Fascynująca
jest jednak droga prowadząca do rzeczywistego zrozumienia założeń von
Triera i nie zamierzam odbierać nikomu przyjemności czerpanej z jej
przemierzania. Zamiast tego proponuję zaś swoiste wprowadzenie w
niezwykły nastrój nowej duńskiej produkcji. Nastrój - jakżeby mogło być
inaczej - na wskroś cyniczny.
A cyniczna jest już sama forma przywodząca na myśl klasyczny telewizyjny
paradokument. Czyli najpierw spotkanie obu reżyserów, toaścik, zakąska,
a następnie dyskusja dotycząca reguł realizacji kolejnego filmu będącego
przekształceniem "Człowieka doskonałego". Następnie prezentacja reakcji
Letha, odpowiedni komentarz von Triera i - w końcu - materiał z
realizacji nowego filmu przerywany gdzieniegdzie fragmentami pierwowzoru
z lat sześćdziesiątych. Finalnie Lars ogląda gotowe dzieło i ocenia je,
a my w ten sposób zamykamy kolejny z pięciu filmowych rozdziałów.
Dlaczego jednak można na tej podstawie zaryzykować twierdzenie o
cynicznym charakterze narracji "Pięciu nieczystych zagrań"? Chociażby
dlatego, że jest to w swej istocie nic innego jak tylko standardowa
vontrierowska manipulacja - genialna zabawa stylem - mająca przygotować
grunt pod finałowe rozstrzygnięcia. W każdym ze swych ostatnich filmów
Lars skutecznie stosował tę metodę będącą po prostu realnym
odzwierciedleniem wspomnianej już zasady prymatu "chwili" nad "całością"
- momentu nad obrazem.
Cyniczny jest także sam reżyser.
Złośliwe, acz nie bezcelowe są jego filmowe zakazy i nakazy składające
się na ekranową terapię Letha. Żeby zilustrować tę tezę, a nie psuć przy
tym całej zabawy przytoczę tylko elementy składowe "pierwszego
nieczystego zagrania". Przyszły film, realizowany przez Letha, ma
składać się z błyskawicznych, maksymalnie dwunastoklatkowych ujęć,
podczas gdy sam autor (niczym Gus van Sant) uwielbia kręcić ujęcia
długie i refleksyjne. Obraz ma być ponadto rejestrowany w zupełnie obcym
autorowi miejscu z udziałem lokalnych aktorów. Jakby tego było mało Leth
nie może używać podczas realizacji studia filmowego. Von Trier prowokuje
więc swego przyjaciela do stworzenia krótkometrażówki będącej kompletnym
zaprzeczeniem stylu i charakteru Jorgena Letha. A to dopiero początek
eksperymentu - najprostsze z pięciu nieuczciwych zagrań wrednego
Duńczyka.
Patrzymy więc na kolejne etapy tego pojedynku gigantów. Patrzymy i
podziwiamy. A gdy już ze znużeniem myślimy, że schemat niniejszej
historii jest całkowicie jasny, nagle przychodzi niezapowiedziany zwrot.
I nie jest to bynajmniej zwrot fabularny, nie jest to żadne
scenariuszowe zaskoczenie, a raczej fundamentalna zmiana w interpretacji
i postrzeganiu całego obrazu. I tak jak na początku określilibyśmy von
Triera tanim prowokatorem, tak na końcu mamy ochotę mu przyklasnąć.
"Pięć nieczystych zagrań" jest bowiem, jeśli nawet nie najlepszym, to z
pewnością najbardziej nowatorskim filmem Duńczyka do tej pory. A do tego
filmem - jak sugerują pierwsze recenzje - całkowicie źle zrozumianym.
Czy trudnym? Chyba jednak nie. W takim razie JAKIM ?? Nie będzie dla
nikogo zaskoczeniem jeśli powiem po prostu: "przewrotnym"....
Ocena
9\10
|
 |
PIĘĆ
NIECZYSTYCH ZAGRAŃ
("De Fem Benspaend" ; "Five obstructions")
Dania, 2003
Scenariusz i
reżyseria:
Lars von Trier i Jorgen Leth
Występują:
Lars von Trier i Jorgen Leth
zdjęcia:
Dan Holmberg
muzyka:
Henning Christiansen, Fridolin Narsdo, Kristian Leth
produkcja:
Zentropa Real
NAGRODY:
FF Motovun 2004 - nagroda FIPRESCI
czas trwania: 90 minut
premiera w Polsce: 12 listopada 2004
dystrybutor: Gutek Film |
| Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK |
|
Klub Miłośników
Filmu, 12.11.2004
|
|