Ile to już lat od upadku The Beatles?
Może 20?
Może 30?
A może Beatlesi, mimo ich kłótni, mimo śmierci najbardziej niepokornego - Johna Lennona, wcale nie upadli? Bo czy można mówić o porażce, czy też kapitulacji w momencie, gdy pokolenie ich wnuków nadal wie, kim było tych kilku śmiesznie ubranych i beztrosko pląsających mężczyzn w przyciasnych garniturach? Czy można mówić o porażce, jeżeli przeszło się do historii, a po paru dekadach ktoś, a dokładniej scenarzyści Ian La Frenais i Dick Clement, używają twoich zdań do przedstawienia kolejnej, nieco poważniejszej? W "Across the Universe", w reżyserii Julie Taylor, słowa tytanów X muzy nabierają zupełnie nowego sensu, w przekonujący sposób przedstawiając widzowi okres buntu przeciw bezsensownej wojnie w Wietnamie.
Ameryka lat sześćdziesiątych, Princeton.
Anglik bez wizy szuka ojca, wyrwał się z brytyjskiej stoczni.
Amerykanin - niepokorny student Uniwersytetu, w wolnych chwilach wybija okna uczelni piłkami golfowymi.
Jego siostra - wzorowa uczennica szkoły średniej, jej pierwszy chłopak wyrusza, by spełnić obywatelski obowiązek.
Ameryka lat sześćdziesiątych, Nowy Jork.
Ten sam Anglik bez wizy, wyrywając się z brytyjskiej stoczni oddaje się pasji - maluje.
Ten sam Amerykanin cieszy się życiem, rzucił studia - to nie dla niego.
Jego siostra - jej pierwszy chłopak spełnił obywatelski obowiązek, już nie ma chłopaka.
Młoda Azjatka - zagubiona, zakochuje się w Amerykaninie.
Afroamerykanin - stracił sens życia, została mu tylko gitara elektryczna, dwadzieścia piosenek na papierze i dziesięć zapisanych w pamięci.
Samotna wokalistka - czeka na sukces i wynajmuje mieszkanie całej piątce.
Ameryka lat sześćdziesiątych, Nowy Jork, Anglia i dżungla w Wietnamie.
Jude - bez wizy, maluje, kocha, cierpi.
Max - już nie cieszy się życiem, cierpi.
Lucy - znów kocha, cierpi.
Prudence - cierpi.
JoJo - kocha, gra i cierpi.
Sadie - kocha, śpiewa i... cierpi.
To tylko lata sześćdziesiąte, a jak zmieniają się życia kilkorga młodych ludzi, którzy na dobrą sprawę nigdy nie powinni się spotkać. Każdy z nich ma swoje ideały, zupełnie odmienne od pozostałych. W końcu w czasach kolorowego buntu jednoczy ich jeden czynnik - ten, który powtarza się przy każdym w ostatniej wyliczance - cierpienie. Cierpienie pomieszane z miłością i z okropieństwem wojny oraz słowa wyśpiewane niegdyś przez Beatlesów.
Julie Taymor, sprawczyni całego zamieszania, do reżyserowania filmów muzycznych ma niewątpliwie smykałkę. Od lat wystawia na słynnym amerykańskim Broadwayu, a jej "Król Lew" z roku 1997 - wzorowany na filmie animowanym z wytwórni Walta Disneya - został nominowany do medalu Tony Awards (odpowiednik Oscara na scenie musicalowej) w 11 kategoriach. Ostatecznie zdobył 6 krążków (najlepszy musical, kostiumy, choreografia, oświetlenie, dekoracje i reżyseria). Na srebrnym ekranie zasłynęła Pani Taylor kontrowersyjną "Fridą", opowiadającą historię meksykańskiej malarki surrealistycznej. Każdy, kto oglądał film z 2003 roku, musiał zauważyć tę niezwykłą plastyczność świata kreowanego przez amerykańską reżyserkę. Plastyczność, która powraca w jej nowym filmie spotęgowana.
Jest "Across the Universe" czymś ponad fabułę, która definitywnie zostaje przyćmiona przez obraz i dźwięk. Odnowione wersje przebojów Beatlesów tworzą rzeczywistość. Okazuje się, że "Hey Jude" to piosenka o młodym Angliku, a "Strawberry fields forever" i "Happiness is a warm gun" są piosenkami nuconymi przez młodych chłopców w Wietnamie. W niesamowity sposób słowa wyjęte z ust kapeli rock'n'rollowej zamieniają się w dialogi, marzenia, a nawet pewnego rodzaju moralitety wygłaszane przez głównych bohaterów. W połączeniu z obrazami, które niejednokrotnie przywodzą na myśl wytwory sztuki współczesnej (krwawiące truskawki i impresja na temat poboru do wojska - genialne) efekt jest doprawdy piorunujący.
Scenariusz tłumaczy widzowi fenomen angielskiego zespołu, czyli uniwersalizm piosenek, które tworzyli. Opisuje nimi bezsens wojny wietnamskiej, przedstawia protesty pacyfistów, przybliża nam dramaty pojedynczych ludzi, a w końcu demonstruje (oczywiście słowami zespołu), iż wszystko czego w życiu potrzebujemy to miłość. Film można więc nazwać atakiem na imperialistyczną politykę Ameryki w drugiej połowie poprzedniego stulecia, ale i sprzeciwem wobec tego, co Stany Zjednoczone robią dzisiaj. Irak, Afganistan - tam też giną młodzi ludzie, może nie na taką skalę, jak w tropikalnych lasach Azji, ale umierają. Ich rodziny, przyjaciele i młode Amerykanki, które być może są czyimiś siostrami, płaczą za nimi tak samo, jak miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu.
Film to w równym stopniu małe dzieło sztuki, hołd złożony jednemu z najbardziej rewolucyjnych zespołów w historii popkultury i pacyfistyczny manifest przeciwko polityce Stanów Zjednoczonych. Myślę, że Pani Taymor w pewien sposób identyfikuje się z ludźmi, którzy protestowali przeciw Drugiej Wojnie Indochińskiej - ona robi to samo, tylko w nieco inny sposób, no i Wietnam zmienił swoją nazwę.
 |
ACROSS THE UNIVERSE
Rok produkcji: 2007
Kraj: USA
Czas trwania: 131 minut
Reżyseria: Julie Taymor
Scenariusz: Dick Clement, Ian La Frenais
Zdjęcia: Bruno Delbonnel
Muzyka: Elliot Goldenthal
Obsada:
| Evan Rachel Wood | .....Lucy |
| Jim Sturgess | .....Jude |
| Joe Anderson | .....Max |
| Dana Fuchs | .....Sadie |
| Martin Luther | .....JoJo |
| T.V. Carpio | .....Prudence |
|
 |
 |
Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL |
Klub Miłośników Filmu 15.01.2008 |
|