|
|
SŁOWO WSTĘPNE
| |
 |
|
Główną retrospektywą tegorocznej Ery Nowe Horyzonty był liczący sobie ponad sto tytułów przegląd twórczości Jeana-Luca Godarda. W festiwalowych komentarzach Godard - krytyk-filmowiec i filmowiec-krytyk - szybko został nazwany "najbardziej nowohoryzontowym z reżyserów", zyskując status patrona nowohoryzontowiczów. Mam wrażenie, że retrospekcję Cassavetesa na pierwszej edycji nowego festiwalu Romana Gutka także można rozpatrywać w podobnych - "patronackich" - kategoriach. Cassavetes pozostaje cały czas żywym i inspirującym punktem odniesienia w niezależnym kinie amerykańskim, nader często eksplorującym główne tematy jego twórczości - jak rozpad więzi rodzinnych czy też ogólnie pojęty kryzys relacji międzyludzkich. To raz. Dwa, mimo surowej narracji (a może właśnie dzięki niej?), Cassavetes okazuje się reżyserem z fenomenalnym wyczuciem gatunkowości i także na tej płaszczyźnie - mimo upływu czterdziestu czy trzydziestu lat - wciąż zaskakuje (patrz "Zabójstwo chińskiego bukmachera", "Minnie i Moskovitz"). Trzy, można przez pryzmat tej filmografii spojrzeć na kino amerykańskie w ogóle; retrospektywa objęła nie tylko wszystkie autorskie projekty Cassavetesa, ale także trzy komercyjne projekty, wynikłe z krótkotrwałej (i, nie oszukujmy się, nieudanej) współpracy z Hollywood ("Dziecko czeka", "Spóźniony blues" i powstały w trochę innych okolicznościach "Wielki kłopot"), i dwa znane występy aktorskie ("Dziecko Rosemary", "Parszywa dwunastka"). Nakłada to na przegląd kolejny kontekst - kino amerykańskie a Hollywood, Hollywood a autorskość, szczególne na gruncie jankeskim tarcie pomiędzy autorem a producentem, itd. I cztery, mimo swojej kameralności filmy Cassavetesa, wymagające od widza maksymalnego skupienia i "wejścia" w opowieść, są wręcz stworzone do oglądania w kinie - co idealnie wpisuje się w "przestrzenną" filozofię festiwali filmowych jako takich, gdzie sala kinowa pozostaje niezastąpiona.
[ARTEMIS]
|
FILMY AUTORSKIE
|
TWARZE / FACES
| |
Drugi autorski film Cassavetesa. To, że drugi, może być ważne lub zupełnie nieistotne – jeśli ktoś lubi zachwycać się Dziełem, bo np. "jak na debiut...", patrz opcja pierwsza, jaeśli nie, to też dobrze, "Twarze" są spójne i przemyślane, a przede wszystkim posiadają specyficzną, a zupełnie niewidoczną w "hollywoodzkich" Cassavetesach narrację. Cassavetes (podobnie jak Altman) jest obserwatorem, mistrzem iluzji "nie-sugerowania", mówi obrazem, ale pozostaje odległy od łopatologiczności głównonurtowej narracji, wymaga od widza cierpliwości, z perwersynym skąpstwem dawkuje informacje na temat bohaterów. Łączy banał ze skrajnościami w taki sposób, jakby komera sama wybierała zbliżenia tytułowych twarzy, a pan reżser siedział z tyłu i wypijał drinka za drinkiem.
[ARTEMIS]
Zaczyna się od śmierci, a raczej od pogrzebu, a potem jest tylko gorzej. Dwa czy trzy dni z życia trójki przyjaciół, odreagowujących śmierć kumpla poprzez alkohol, rzyganie, bełkotanie i kobiety (kolejność nieprzypadkowa). Cassavetes metodycznie wydobywa złość, pretensje i kompleksy, przyglądając się mężczyznom w sytuacjach zarówno dramatycznych, jak i żenujących, przy czym nie mówi przepraszam, nie usprawiedliwia swojego niecnego voyeuryzmu. Tu człowiek jest istotą rozdartą, strachliwą, przy czym jest to stan permanentny - w świecie Cassavetesa nie istnieje coś takiego jak błogosławiony powrót do normalności, bo normalność sama w sobie jest patologiczna. I żeby było śmieszniej i trudniej, widać, że Harry (Gazzara), Archie (Falk) i Gus (Cassavetes) naprawdę się dla siebie liczą, choć może nie tak, jak chcieliby tego wyznawcy toposu Męskiej Przyjaźni.
[ARTEMIS]
|
|
MINNIE I MOSKOVITZ / MINNIE AND MOSKOVITZ
| |
Czyli jeden z najbardziej niesamowitych filmów o miłości, jakie kiedykolwiek widziałam. Cassavetes rozbija tu szablon komedii romantycznej, praktycznie od pierwszej sceny wciągając widza w szaloną historię spod znaku "Mężczyzna spotyka Kobietę". A spotyka ją na parkingu pod knajpą i zakochuje się od pierwszego wejrzenia. To zakochanie jest ostentacyjnie irracjonalne i bezgraniczne, to romantyczność a la John Cassavetes, pełna wrzasku i bieganiny (dwóch głównych składników tego kina; trzecim jest, rzecz jasna, alkohol). Miłość jako improwizacja. Rozgoryczona, zdystansowana Gena Rowlands i dziki Seymour Cassel (i jego zestaw głośnomówiący - nie żartuję; moje struny głosowe natychmiast popadły w kompleksy). I obłędna cassavetowska narracja, konfrontacja jaskrawości taśmy i szeregu nawiasów (Bogart!) z poczuciem realizmu, który niesie za sobą praca niby-obojętnej kamery. I - cytując inny film o miłości, którego na dziś dzień nie chce mi się zrzucać z piedestału - zakończenie jako test: czy jesteś romantyczna czy cyniczna, romantyczny czy cyniczny. I co kino zrobiło ci ze świadomością, twoim postrzeganiem miłości.
[ARTEMIS]
Co tu dużo mówić: to najbardziej romantyczny nie-romantyczny film wszechczasów. Historia Minnie, która pracuje w muzeum, i parkingowego Seymoura Moskovitza to przewrotna, słodko-gorzka komedia o tym, jak kino kształtuje nasze postrzeganie świata i... miłości. Grający często przeciwko gatunkowym kliszom, pełen entuzjazmu i energii, pięknie zagrany film (gdzie się teraz podziewa Seymour Cassel?), który rozlicza się ze wszystkim, do czego cały czas przyzwyczaja nas Hollywood. A przecież to film z lat siedemdziesiątych...
.
[KAROL]
|
KOBIETA POD PRESJĄ / A WOMAN UNDER THE INFLUENCE
| |
Kolejny odcinek z wyliczanki pt. "Jeden z najlepszych filmów o..., jakie w życiu widziałam". Tym razem w miejsce trzech kropek wstawiam "rodzinę" i rozkładam ręce w geście bezradności, bo naprawdę trudno pisać o tak intensywnym i bolesnym filmie, jakim jest "Kobieta pod presją". Odziedziczony po dziadku Freudzie nawyk psychologizacji i wyszukiwania tropów interpretacyjnych w biografii zmartwychwstałego Autora przypomina, że pan reżyser spędził trzydzieści pięć lat z kobietą, która była dla niego muzą w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, miał "swojego" producenta i "swoich" aktorów, itp., itd. Uśmiercenie pana reżysera nie pomaga, a może nawet pogarsza status tego komentarza. Otóż Cassavetes w "Kobiecie pod presją" zdaje się obalać - metodycznie, scena po scenie, aż do genialnego finału - wszelką wiarę we współodczuwanie i w ogóle możliwość (!) współżycia z drugim człowiekiem. "Kobieta pod presją" skupia jak w soczewce wszystkie najważniejsze cechy twórczości Cassavetesa: obserwację zamiast opowiadania, wyczuwalną w pozornie prostej historii wielowątkowość, i cały szereg pułapek na widza, który chciałby zakwalifikować histeryzujące postaci jako "przesadzone". Peter Falk śmierdzi w tym filmie jak zupełnie przeciętny facet; "nienormalność" Geny Rowlands pogłębia się w miarę zaciskania kagańca obłędnych konwenansów. To nie jest (nijak im oczywiście nie umniejszając) histeria Żuławskiego, to nie jest histeria Almodóvara! Awantury w "Kobiecie pod presją" rozbrajają realizmem. Podobnie jak ostatnie minuty. To film idealny do oglądania w kinie, bo tam wstyd człowiekowi płakać i potem głowa przynajmniej nie boli.
[ARTEMIS]
|
ZABÓJSTWO CHIŃSKIEGO BUKMACHERA / THE KILLING OF A CHENESE BOOKIE
| |
Duchota nocnych lokali, piękne frywolne kobiety, muzyka i ponure Miasto Aniołów - w tak posępnym anturażu Cassavetes umieszcza Cosmo Vitellego (Ben Gazzara!), głównego bohatera "Zabójstwa...". Bohatera, który nieustannie chowa się w cień, by uniknąć trudów przykładnego życia i uciec od odpowiedzialności. Lokal Cosmo
jest więc jego azylem, ale też przestrzenią porażek. Cassavetes znów pokazuje
człowieka w całym jego tragizmie, samotnego i niedostosowanego, wszystko zaś w
charakterystycznym dla siebie klimacie, długich ujęciach, pozornym spokoju i
ciszy, która powoli i sukcesywnie wchłania widza w fascynujący choć gorzki
świat.
[HANESKA]
To jeden z ulubionych filmów Pedro Almodóvara i nietrudno domyślić się, skąd wielka inspiracja, skąd cytaty we "Wszystko o mojej matce" i dedykacja dla Geny Rowlands. Kolejny film o odgrywaniu ról i brutalnym przełamywaniu oczekiwań, w którym na spektakl codzienności zostaje nałożona druga płaszczyzna: teatr jako taki i fascynacje Cassavetesa z nim związane. Gena Rowlands gra tu aktorkę - czyli osobę o z gruntu podejrzanym statusie. Myrtle Gordon jest sobą i nie-sobą, potrafi być wieloma osobami naraz (to, że widzimy na ekranie właśnie Rowlands, "esencję aktorki", ma ogromne znacznie) i jednocześnie rozpaczliwie poszukuje sposobu, by na scenie jak najpełniej wyrazić "siebie". Teatr jako ucieleśniona metafora itd. Kto pamięta, czemu u Almodóvara Agrado zabawiała publiczność historią swojej walki o tożsamość i autentyczność, wie już o co chodzi. Kolejny genialny film o piciu i bieganiu.
[ARTEMIS]
"Leon zawodowiec" będzie dla mnie od tej pory wariacją na temat "Glorii". Proszę
mnie opatrznie nie zrozumieć: ja bardzo lubię historie opowiadane po kilka razy,
rozdrapywane i przepoczwarzane, i Luc Besson bynajmniej w moich oczach nie traci
(gdybym obejrzała "Glorię" w podstawówce, przed "Leonem", uznałabym później film
Bessona za najbardziej wyrafinowany sposób filmowego lizusostwa). "Gloria" jest
zdecydowanie najbardziej tradycyjnnie opowiedzianym z autorskich projektów
Cassavetesa, z najbardziej precyzyjną linią fabularną, także wrzaski i bieganina
mają nieco bardziej zdyscyplinowany charakter. I nawet jeśli uznamy "Glorię" za
baśń, pozostaje to baśń w starym tego słowa znaczeniu, gorzka i bolesna historia
doświadczenia, którym jest niespodziewana odpowiedzialność i konieczność
słuchania drugiego człowieka. Rozczulający duet Rowlands - mały John Adames
(który nigdzie już potem, niestety, nie zagrał). Piękna opowieść o
macierzyństwie. Jeśli macie nastoletnie dziecko i chcecie pokazać mu
Cassavetesa, wybierzcie ten film.
[ARTEMIS]
|
STRUMIENIE MIŁOŚCI / LOVE STREAMS
| |
To był mój pierwszy Cassavetes na festiwalu i od razu szok: całkowite "wsiąknięcie" w opowieść, która wylewa się z pozornie błahych i przypadkowych kadrów. Cassavetes buduje historię z rozmów telefonicznych i polewanych drinków. Wydźwięk trochę przypomina "Minnie i Moskovitz": brak odpowiedzi na pytanie, czy porozumienie między dwojgiem ludzi jest możliwe, czy jednak nie. Mądre "pomiędzy" okraszone kiloma ucieczkami, kacem i finałową nawałnicą, w której kluczowe role odgrywają pies, dwa kuce, koza i kilka kur. Szereg magicznych momentów: Cassavetes wskakujący do taksówki, by przywitac się z Rowlands, ich krótki taniec, oślo uparta koza w strugach deszczu. Poczucie humoru Cassavetesa rozkłada na łopatki i tak sobie myślę, że kilku rodzimym twórcom przydałby się maraton jego filmów, intensywna lekcja pt. bez groteski nie ma bólu, Cassavetes wie, że człowiek jest z natury stworzeniem zabawnym, nawet, jeśli zabawnym w dosyć żałosny sposób. I to może sprawia, że większość jego postaci, mimo całego ich rozgoryczenia i despracji - nie można nie lubić.
[ARTEMIS]
|
FILMY,
DO KTÓRYCH CASSAVETES SIĘ NIE PRZYZNAWAŁ
|
SPÓŹNIONY BLUES / TOO LATE BLUES
| |
Największą słabością "Spóźnionego Bluesa", podobnie jak w przypadku "Dziecko czeka", jest brak tej niepowtarzalnej aury autorskich filmów Cassavetesa. Historia uczucia pomiędzy niedojrzałym emocjonalnie muzykiem a piękną kobietą "z przeszłością", ma w sobie co prawda klasę starych hollywoodzkich produkcji, w tym kapitalne bluesowe tło, które dodaje filmowi lekkości, lecz zwyczajnie daleko mu do geniuszu choćby "Mężów" czy "Kobiety pod presją". "Blues" dowodzi, jak bardzo Hollywood nie lubi indywidualności. [HANESKA]
|
DZIECKO CZEKA / A CHILD IS WAITING
| |
Jeden ze słabszych "Cassavetesów" To historia zamkniętego w sobie kilkulatka, którego rodzice trochę z bezsilności a trochę z własnej wygody umieszczają w zakładzie dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo. Pod pozorami ckliwej opowiastki Cassavetes skrupulatnie przygląda się reakcjom na ludzką odmienność i obnaża społeczną znieczulice opakowaną szczelnie w naukowe frazesy (gorycz obserwacji wzmacnia fakt, iż w filmie wystąpiły naprawdę chore dzieci). Niesteyt, "Dziecko czeka", zrealizowane pod szyldem Fabryki Snów, nie należy do tych filmów, w których czuć niezależną duszę reżysera; przede wszystkim popada w nieznośne moralizatorstwo i sentymentalizm, więc jeśli ktoś chce rozsmakować się twórczości Cassavetesa, niech lepiej sięgnie po inne, niezależne, tytuły.
[HANESKA] |