- YO JOOOOOOE!
Gdyby komuś przyszło do głowy krzyknąć tak dziś w dowolnym miejscu, prawdopodobnie wzięto by go za wariata, w najlepszym razie zbyto zdziwionym milczeniem. Wiem, gdyż z drugą opcją spotykam się bardzo często, gdy testuję, czy w towarzystwie jest ktoś, kto pamięta... No właśnie, bo gdyby ktoś wydał taki okrzyk jakieś 10 lat temu gwarantuję, że potraktowano by go z pełnym szacunkiem. Bo właśnie wtedy tryumfy święcił u nas na kasetach video serial "G.I.Joe". Produkcja czerpiąca inspirację z szalenie popularnych figurek żołnierzyków firmy Hasbro traktowała o "amerykańskim oddziale wyszkolonym do zadań specjalnych". Kogo tam nie było! Komandosi, przy których wymiękają Rambo i John Matrix, tajni agenci, marynarze, kowboje, nawet wojownicy ninja. Zwykle stali na straży bezpieczeństwa światowego, ale bardzo często wymowa wskazywała na obronę świata zachodniego. Wrogiem tej jakże patriotycznej organizacji powinno być jakieś KGB, jakiś SMIERSZ, jakiś Specnaz - i tak miało być. Bardzo szybko jednak określono neutralnego przeciwnika - terrorystyczną międzynarodówkę zbrodni Cobra, zrzeszającą szalonych uczonych, najemników, szpiegów, czy płatnych morderców. Hersztem tej agendy uczyniono ukrytego za metalową, gładką maską lub pod niebieskim kapturem, nieznajomego nazywanego po prostu Dowódcą Cobry. Skojarzenia co do Ernsta Blofelda, Fantomasa czy Dartha Vadera w pełni uzasadnione. Joe'si musieli borykać się z nim oraz jego następcą - stworzonym z DNA największych wodzów w historii Ziemi, złowrogim imperatorem Serpentorem - całe dwa sezony. W końcu postanowili pójść za przykładem kumpli ze stajni studia Sunbowa - Transformerów - i wystąpić w filmie kinowym.
- Rozstrzelają go teraz?
- Eee, to tylko przesłuchanie przed komisją...
Ponieważ jednak wyniki boxoffice "Transformers: The Movie" były zaskakująco niskie, zdecydowano się wydać "Akcję G.I.Joe" na video (i tak potem film rozbito na pięć odcinków i wyemitowano w TV). Do realizacji projektu zaproszono oprócz gwiazd serialu, z których najjaśniej błyszczał zawsze dubbingujący Dowódcę Cobry Chris Latta, sławy kina i telewizji. Pozyskano samego Burgessa Mereditha, czyli Mickeya z serii filmów o Rockym (żeby było zabawniej, był on narratorem pochodzącego z lat 40. filmu "Story of... G.I.Joe") oraz policjanta z Miami i przyszłego Nasha Bridgesa, Dona Johnsona. Scenariusz filmu napisał Ron Friedmann - twórca scriptu do kinówki Transformerów, zatem wiele rozwiązań się powtórzyło. A jakąż to mamy fabułę? A tak...
- Hej, co tam się dzieje, koleś?
- Początek końca rasy ludzkiej...
Film otwiera scena sądu koleżeńskiego nad Dowódcą Cobry, jaki przeprowadzają jego podwładni oraz rozzłoszczony niekompetencją swego generała, Serpentor. Proces, który szybko zmienił w obrzucanie Dowódcy błotem, przerywa wtargnięcie tajemniczego intruza - domniemanego skrytobójcy, który zjawił się celem wyeliminowania imperatora. Gwardia przyboczna Serpentora nie radzi sobie z nieznajomym, czy raczej nieznajomą - intruz to bowiem kobieta o imieniu Pythona, która przekazuje Serpentorowi rozkaz od ich wspólnego pana. W wyniku jej wizyty Cobra atakuje wszystkimi siłami obóz G.I.Joe w Himalajach, gdzie właśnie testowano nowy wynalazek - Dalekosiężny Transmiter Energii (z angielska Broadcast Energy Transmitter, czyli BET). Wywiązuje się o niego bitwa, podczas której Serpentor zostaje wzięty do niewoli, a jego wojska, prowadzone teraz przez Dowódcę Cobry, zmuszone do ucieczki. Cobra i tropiąca ich połowa oddziałów G.I.Joe trafiają do ukrytego w górach "sanktuarium" - królestwa Cobra La, gdzie Joe'si zostają pojmani, a Dowódca Cobry... aresztowany. Teraz najemnicy Cobry z pomocą Pythony i jej silnorękiego, latającego pomocnika Nemesis Enforcera, uwalniają Serpentora, skazując nieudolnie pilnującego go porucznika Falcona na karcer w "rzeźni" słynnego trenera G.I.Joe - sierżanta Slaughtera. Serpentor zostaje przetransportowany do Cobry La, gdzie władca królestwa - Golobulus, wyjawia mu prawdziwe przeznaczenie jego i Dowódcy Cobry oraz plan rozprawienia się z barbarzyńską rasą ludzką, w którym kluczową rolę odgrywz BET...
- COBRA LALALALALALA!
"Akcja G.I.Joe" stanowi modelowy przykład kina lat 80. - wystarczyłoby zastąpić animowane postacie żywymi aktorami i nie byłoby żadnych wątpliwości. To sztandarowe, hiperamerykańskie kino akcji w stylu "Rambo" czy "Zaginionego w akcji", a nawet "Zabójczej broni". To prawda, że Cobra La i Serpentor z Golobulusem grożą całej ludzkości, jednak jest to znowu ujęte w konktekście USA. Więcej, w czołówce filmu (podczas której pobrzmiewa genialny rockowy utwór, jedyny zresztą w filmie, ale o tym za moment) Dowódca Cobry i jego żołnierze atakują Statuę Wolności (jak się domyślamy w Dzień Niepodległości), a bohaterscy G.I.Joe ich przepędzają, zaś komendant polowy Duke, stawia pogwałconą flagę amerykańską. W jednej ze scen filmu natomiast, sierżant Slaughter katując przeciwnika mówi mu, za co dostaje kolejne ciosy (wyliczanka typu "za mamusię, za tatusia"), wreszcie waląc najmocniej rzuca: "A to za Stany Zjednoczone Ameryki Północnej". I co? To, że tego zgrzytu się wcale nie czuje. Albo się mylę, albo patos jest tu serwowany tak naturalnie, że aż nie bije po oczach. A nawet jak bije to ciągle jest na co patrzeć. Mamy bowiem znakomite sekwencje walk i bitew, mamy wielkie eksplozje, mamy cięte dialogi (nowo przyjęty rekrut tak tłumaczy niesympatycznemu przełożonemu swoją relację z jego czworonogim pupilem: "On znajduje bomby, ja prowadzę auto - próbowaliśmy w drugą stronę, ale nie działa"). Mamy bardzo dobrze napisane postacie. Jest młokos, który musi wyrosnąć na bohatera, czyli porucznik Falcon. Jest jego partnerka, wojowniczka Jinx, która w końcu ulega jego urokowi. Jest stylizowany na Palpatine'a z "Gwiezdnych Wojen" tyran Golobulus i jego ślepo mu posłuszny Serpentor. Są wreszcie postaci tragiczne - starszy brat Falcona, Duke i sam Dowódca Cobry (tu warto wspomnieć, że scena jego "zezwierzęcenia" jest przedstawiona jak w niezłym horrorze, zatem film raczej nie jest odpowiedni dla bardzo małych widzów). Jedyne czego może brak, to oprawa muzyczna - twórcy zamiast postąpić jak w przypadku "Transformers: The Movie" i zafundować widzom porządne, rockowe kawałki, powtórzyli wszystkie tematy z serialu i wkleili tylko jedną piosenkę. Szczęśliwie jest ona na bardzo dobrym poziomie i idealnie zgrywa się ze wspominaną czołówką.
- Świat będzie nasz, wielki Golobulusie!
- Wierzę ci na słowo, Serpentorze...
Koniec końcem, nawet wierni fani G.I.Joe czepiali się, że scenariusz nazbyt sajensfikszyn, że cały pomysł Cobry La został wymyślony niemalże na kolanie (i żeby było zabawniej, tak było naprawdę), ale wydaje mi się, że większego zgrzytu raczej nie będzie. Ale mówię: jak ktoś cierpi na alergię na lata 80., albo jak po prostu nie potrafi przez nieco ponad godzinę patrzeć na animowanych, tłukących się żołnierzy - niech lepiej da sobie spokój. Fan eighties (nawet niekoniecznie zaznajomiony z "G.I.Joe") będzie w siódmym niebie. Jednak tak naprawdę ostateczną decyzję zostawiam widzowi. Mnie się podobało.
- Gdzie Falcon?
- A kogo to obchodzi?!
- Czas żebyście zrozumieli, co to drużyna, Red Dog. Wszyscy wracamy do bazy,
albo NIKT nie wraca do bazy!
 |
 |
Ciekawostki:
- "Akcja G.I.Joe" zamykała serial produkowany przez Sunbowa. Niemniej jednak studio DIC (między innymi "Inspektor Gadget") nakręciło kontynuację kinówki - miniserial "G.I.Joe: Operation Dragonfire" oraz dwa sezony własnego "G.I.Joe". O ile "Operation Dragonfire" kopiowała poziom serialu Sunbowa, o tyle kolejne odcinki były wyraźnie skierowane do młodszej widowni. Powstawały również serie "Sgt. Savage and his Screaming Eagles", "G.I.Joe Extreme" oraz "G.I.Joe: Sigma Six", a także animacja komputerowa "Valor vs. Venom". Nie miały one jednak wiele wspólnego z oryginalnymi "G.I.Joe".
- Ostatnio głośno mówi się o aktorskim filmie G.I.Joe. Podobno rolę Duke'a ma zagrać znany ze "Strzelca" Mark Wahlberg. Film ma opowiadać o powstaniu organizacji Cobra.
- Sierżantowi Slaughterowi głosu użyczał zapaśnik występujący pod pseudonimem... Sierżant Slaughter.
- W oryginalnej wersji, Dowódca Cobry nazywał się Cobra Commander. W alternatywnym polskim tłumaczeniu był nazywany Przywódcą Cobry, Komandorem Cobrą, Komendantem Cobrą, lub po prostu Cobrą.
- Serpentor był z kolei tłumaczony na Wielkiego Węża, lub Imperatora.
- W Wielkiej Brytanii, gdzie film był pokazywany jako "Action Force: The Movie" dokonano pewnych zmian. Zmieniono piosenkę tytułową, wycięto z niej linie dialogowe (Duke i Dowódca Cobry), pominięto nazwę Cobra, zaś w samym filmie zamiast okrzyku "Yo Joe!" słychać "Full force!".
- Podobno zachowała się rolka filmu, gdzie jedna z bohaterek - Zarana, była narysowana topless.
- Dwaj bohaterowie filmu (i serialu) - Flint i Dowódca Cobry mieli swe gościnne występy w trzecim sezonie serialu "Transformers". Flint pojawił się pod swoim prawdziwym nazwiskiem (Dashiell Faireborn) w odcinku "Killing Jar", a Dowódca Cobry (jako Old Snake) wystąpił w odcinku "Only Human" (prowadzi tam zresztą monolog o upadku terroryzmu w XXI wieku, który kończy okrzykiem "Cobra!!!").
- Postać jednego z rekrutów, koszykarza Big Loba, powstała na potrzeby filmu - nie pojawia się on w komiksach, ani nie istnieje jego figurka.
- Negatywne reakcje widzów na śmierć Optimusa Prime'a w "Transformers: The Movie" wpłynęły na zmianę jednej linijki dialogu, oraz ostatniej sceny w "Akcji: G.I.Joe".
 |
AKCJA G.I.JOE
Tytuł oryginalny: G.I.Joe: The Movie
Rok produkcji: 1987
Kraj: Japonia, USA
Czas trwania: 93 minuty
Reżyseria: Don Jurwich
Scenariusz: Ron Friedman
Muzyka: Johnny Douglas, Ford Kinder, Spencer Michlin, Robert J. Walsh
Głosy w oryginalnej wersji językowej:
| Don Johnson | .....Porucznik Falcon |
| Burgess Meredith | .....Golobulus |
| Sgt. Slaughter | .....Sierżant Slaughter |
| Shuko Akune | .....Jinx |
| Michael Bell | .....Duke |
| Richard Gautier | .....Serpentor |
| Chris Latta | .....Dowódca Cobry |
|
 |
 |
Autor recenzji, gościnnie: Maciej Gaździcki |
Klub Miłośników Filmu 18.08.2007 |
|