"Gra śmierci", nigdy nie dokończony film Bruce'a Lee, do dziś owiany jest mgiełką tajemnicy. Dopiero bowiem w roku 2000 odnalazł się długi fragment filmu, w którym zagrał, wyreżyserował, do którego narysował storyboardy, ustalał pozycję kamer i światła - sam Bruce Lee. Dopiero kilka lat temu świat mógł ujrzeć 35-minutową, spójną sekwencję walk na trzech piętrach buddyjskiej Pagody, gdzie Bruce Lee wraz z dwoma partnerami pojedynkował się z trzema przeciwnikami, reprezentującymi odmienne style walki. Nakręcono jedynie pojedynki na 3. (wojownik reprezentujący styl walki z użyciem przedmiotów, m.in. nunchaku), 4. (dużo ciosów zadawanych nogami) i 5. (Kareem Abdul-Jabbar - najgroźniejszy przeciwnik, walczący bez żadnego stylu) piętrze, mające stanowić finał realizowanego w roku 1972 filmu "Gra śmierci". Według planów i pomysłu Bruce'a Lee, "Game of death" miał najpełniej odzwierciedlać filozofię życia i walki słynnego na całym świecie twórcy Jeet Kune Do (styl przechwytującej pięści), czyli jego samego. Poszczególne piętra Pagody miały stanowić dla głównego bohatera kolejne etapy samokształtowania charakteru i sposobu walki, dopasowywanego na bieżąco do wymagań przeciwnika. Bruce Lee chciał, by w jego filmach nie było przemocy jedynie dla przemocy, tylko by ta stanowiła kropkę nad i, wynikała z fabuły, przekazywała pewne prawdy i mądrości, jak na przykład słynne: "Bądź jak woda, która nie posiadając kształtu, dopasowuje się do zbiornika, w którym się znajduje...", wartości takie jak stały rozwój duchowy i fizyczny. Z odnalezionych wiele lat po śmierci Bruce'a Lee notatek wynika, że trzonem fabuły "Gry śmierci" miała być historia byłego mistrza sztuk walk Billy'ego Lo (w tej roli Lee), który poprzez szantaż (porwanie siostry i braciszka) zmuszony zostaje, wraz z kilkoma pomocnikami, do zdobycia skarbu znajdującego się na ostatnim piętrze Pagody, gdzie każdego piętra (etapu wiedzy i umiejętności) pilnuje wojownik uprawiający charakterystyczny styl walki. Zdjęcia do "Gry śmierci" powstawały przed "Wejściem smoka" - filmem, który stanowił dla Bruce'a Lee pierwszą możliwość współpracy z amerykańskim studiem filmowym (Warner). Tak więc realizację "Gry śmierci" przerwano w roku 1972, a nagła śmierć aktora w roku 1973 sprawiła, że do ukończenia "Game of death", według jego wizji, nigdy nie doszło. Oglądając dziś zapierające dech w piersiach popisy Bruce'a Lee w odnalezionych scenach, trzeba stanowczo stwierdzić, że świat mógł otrzymać fenomenalny film sztuk walk, przepełniony filozofią (którą Lee z uwielbieniem studiował i rozwijał), afirmujący rozwój wewnętrzny i poezję walki w najlepszym, najczystszym i najpełniejszym wydaniu. Niestety, dziś jedyne co pozostało z tego filmu i co jest najbardziej znane, to charakterystyczny, żółty dres z czarnym paskiem (tak, taki sam przywdziała Panna Młoda w "Kill Bill vol. 1" ), który Bruce Lee nosił w "Grze śmierci" - luźny sportowy dres w kolorze nie odnoszącym się do żadnego stylu walki (w odróżnieniu np. od białego kimono) miał dopełniać charakteru postaci Bruce'a, która nie była związana z żadnym konkretnym stylem. Fani kina kopanego pamietają też z fragmentów "Gry śmierci" postać niezwykle wysokiego wojownika w ciemnych okularach, w którego wcielił się przyjaciel i uczeń Bruce'a Lee: Kareem Abdul-Jabbar. Ci jednak, którzy widzieli 35-minutowy fragment "Game of death" (można go ujrzeć w dokumentalnym filmie "Bruce Lee: The Warrior's Journey") długo nie zapomną walki Bruce'a Lee za pomocą nunchaku z przeciwnikiem, który także posługuje się tą bronią (wciąż jest to jedyna tego typu sekwencja w historii kina!). Jedno jest pewne; gdyby "Gra śmierci" została dokończona przez gwiazdora, którego śmierć była szokiem dla całego świata, stanowiłaby kamień milowy w gatunku kina kopanego.

To dość długie wprowadzenie wyjaśniające fenomen niezwykłej wizji Bruce'a Lee i opisujące pobieżnie powstały pod jego okiem i z jego udziałem 35-minutowy fragment, miało na celu przybliżenie niezwykłej historii otaczającej niedokończony film. No właśnie, "Gra śmierci" nazywana jest niedokończonym filmem i jako autorskie dzieło Bruce'a Lee faktycznie nigdy nie została ukończona. Jednak w pięć lat po śmierci gwiazdora, producent Raymond Chow i reżyser "Wejścia smoka" Robert Clouse, wpadli na tyleż szalony co odważny pomysł... pomysł ukończenia "Gry śmierci". Niestety, Panowie pomylili odwagę z głupotą i stworzyli film, który miast stanowić hołd dla Bruce'a Lee, przypomina kiepski żart filmowej grupy amatorskich partaczy, drwiących z legendy, sprowadzając ją momentami do poziomu groteskowego żartu, obrazoburczej kpiny z wizerunku ikony kina. Przede wszystkim Robert Clouse i producenci, nie wiedząc co zrobić ze strzępami materiałów z udziałem Bruce'a Lee, jakie mieli do dyspozycji, zrezygnowali z wielopoziomowej, filozoficznej opowieści w otoczce sztuk walk, o jakiej marzył Bruce Lee, i dopisali własną fabułę. W tej, główny bohater Bill Lo jest aktorem i znawcą sztuk walk, który właśnie osiąga szczyty sławy. Lokalna mafia chce przejąć część jego dochodów, a że Billy Lo zaczyna się stawiać i nie chce mieć z bandytami nic wspólnego, Ci zaczynają coraz bardziej go nękać. Nękanie polega na spuszczaniu Billy'emu regularnego łomotu (!), a ostatecznie na postrzeleniu go w twarz z pistoletu, na planie jego nowego filmu (jak wiadomo, tak właśnie zginie syna Bruce'a, Brandon Lee, na planie "The Crow" wiele lat później). Billy Lo przeżywa zamach i poddaje się operacji plastycznej, a w międzyczasie odbywa się jego fikcyjny pogrzeb. Billy powraca w przebraniu (doklejona broda i wąsy) i ostatecznie rozprawia się z bandziorami, zdobywając na jednym z nich żółty dres z czarnym paskiem. W końcowych minutach filmu Billy dostaje się do siedziby mafii, gdzie po załatwieniu trzech przeciwników (sceny z udziałem Bruce'a Lee) zabija szefa przestępczej organizacji i pojawiają się napisy końcowe. Tak, z zamysłu Bruce'a Lee nie zostało dokładnie nic. Nawet oryginalne sceny walk z udziałem mistrza nie noszą tu znamion filozoficznej głębi, gdyż wycięto absolutnie wszystkie ujęcia na których Bruce Lee mówi coś do przeciwników. Sceny walk w Pagodzie (w filmie Clouse'a jest to z zewnątrz zwyczajny budynek) zostały też pozbawione wszystkich ujęć na których widać było dwóch partnerów Bruce'a Lee. Pozostawiono po prostu fragmenty walk, czystą nawalankę, bez żadnej treści. Co jednak w filmie Roberta Clouse'a okazało się największą profanacją osoby Bruce'a Lee, to zastąpienie go aktorem Tai Chung Kimem, który niemal karykaturalnie usiłuje podrabiać ruchy, gesty, okrzyki i mimikę zmarłego przedwcześnie aktora.
BRUCE LEE...
...I JEGO DUBLER
Oczywiście Tai Chung Kim gra postać Billy'ego Lo przez 90% czasu ekranowego, tego trwającego 100 minut filmowego potwarzu. Tam jednak gdzie tylko było można, realizatorzy wstawiali fragmenty innych filmów Bruce'a Lee. Przykładem niech będą pierwsze minuty "Gry śmierci", które rozpoczynają się niby na planie filmowym, gdzie właśnie kręci się scenę walki Bruce'a Lee z Chuckiem Norrisem. Na Tai Chung Kima spada reflektor, jednak rozgląda się już Bruce Lee - tu wykorzystano ostatnie minuty "Wściekłych pięśći" i fragmenty sekwencji z rzymskiego Koloseum.
DUBLER PATRZY SKĄD SPADŁ REFLEKTOR...
...I WSTAWIONE UJĘCIE
ROZGLĄDAJĄCEGO SIĘ BRUCE'A
TANDETNIE DOROBIONY RĘCZNIK...
...I WYCIĘTA Z KARTONU TWARZ BRUCE'A
NAŁOŻONA NA GŁOWĘ DUBLERA
Bruce zostaje po walce zastąpiony Tai Chung Kimem. I tu zaczyna się nieśmieszny cyrk, pod postacią nieudolnego wstawiania 'gdzie się da', samego Bruce'a Lee. Gdy zatem Tai Chung Kim wchodzi do swojej przyczepy na planie, do sylwetki Chung Kima z ręcznikiem na ramionach wpasowano twarz Bruce'a Lee, to samo zrobiono kilka minut później, w momencie gdy czarny charakter stoi za Billym Lo - tu w rzeźnicki sposób na twarz Chung Kima wklejono statyczny kadr przedstawiający twarz Bruce'a Lee. Wygląda to niczym dziecięca wycinanka, a nie fragment obrazu, który został oficjalnie wprowadzony do kin! I tak przez cały ten nieszczęsny film: co chwila mamy wklejane ujęcia z innych obrazów Bruce'a Lee. Widać, że tło za plecami Bruce'a na wklejkach, ma się nijak do otoczenia w którym dzieje się akcja filmu kręcona w roku 1978. Widać bezczelne wstawki, wciskane bez pojęcia gdzie się tylko da. Największym jednak draństwem było zamieszczenie w tym całym bajzlu zdjęć z autentycznego pogrzebu Bruce'a Lee i ujęć opłakującego go tłumu.
POGRZEB BRUCE'A LEE
BRUCE LEE W TRUMNIE - UJĘCIE ZAMIESZCZONE W "GRZE ŚMIERCI"
"Gra śmierci" made by Robert Clouse to kiepski żart, to nieudana pod każdym względem próba dokończenia dzieła mistrza. To wreszcie, miast peanu na cześć wielkości Bruce'a Lee, tandetna, do bólu kiczowata, niezamierzona zgrywa i parodia jego osoby. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której Billy Lo jest szykanowany, dostaje ciągłe baty i postrzał w twarz, by nagle w finale rozwalić wszystkich bez mrugnięcia okiem? Nie ma tu żadnej wewnętrznej przemiany bohatera, żadnej pasji, żadnego treningu, by sprostać rosnącemu wyzwaniu. Oglądając w "Grze śmierci" fragmenty walk z udziałem Bruce'a Lee, czujemy się nie inaczej, niż jakbyśmy oglądali fragment nie pasujący zupełnie do reszty tej filmowej sklejanki, połatanej bez ładu i składu przez reżysera znakomitego przecież "Wejścia smoka". Jeśli miałbym teraz wymienić tytuły filmów, które według mnie nigdy nie powinny były powstać, to obok "Wiedźmina", "Szamanki" i "Wysłannika przyszłości", śmiało postawiłbym właśnie "Grę śmierci". Mamy tym samym znakomity przykład na to, że NIE powinno się kończyć dzieła życia za kogoś, kto sam nie może go już ukończyć. Tragiczna śmierć Bruce'a Lee wywołała w filmowym (i nie tylko filmowym) światku wielki wstrząs, połączony z niedowierzaniem i... pytaniami, dlaczego tak młody człowiek, szczycący się żelazną kondycją i tym, że jest w stanie pokonać w walce wręcz każdego człowieka jaki chodzi po Ziemi - nagle umiera. Dopatrywano się w przedwczesnej śmierci Bruce'a zemsty chińskich mistrzów sztuk walk, którzy mieli ponoć zabić go tak zwanym 'ciosem bez ciosu' w odwecie za to, że Lee uczył sztuk walk ludzi o innych narodowościach niż chińska. Bliższa prawdy jest zdecydowanie niewydolność serca, spowodowana zbytnim forsowaniem organizmu przez Lee, ciała które doprowadził do perfekcji, fizycznie stając się niemal nadczłowiekiem. Zbyt ostry trening połączony z nerwową pracą na planie "Wejścia smoka" i próbami z narkotykami, doprowadziły Bruce'a Lee do punktu, w którym jego organizm powiedział 'nie' i zgasł. Dziwne okoliczności śmierci idola milionów młodych ludzi do dziś pobudzają wyobraźnię i nie dają zapomnieć o legendzie Małego Smoka (jak nazywany był Lee).

WSTECZ | POWRÓT DO WYBORU | CZYTAJ DALEJ