Zanim przejdziemy do krótkiego podsumowania, warto wspomnieć o przypadku aktorstwa zza grobu w serialu. Taki przypadek miał miejsce w kultowym serialu telewizyjnym "Rodzina Soprano", w drugim sezonie, w odcinku "Proshai Livushka". Gdy aktorka Nancy Marchand nieoczekiwanie zmarła (18 czerwca 2000), twórcy serialu stanęli przed poważnym problemem. Oto bowiem stracili odtwórczynię jednej z najważniejszych ról - matki Tony'ego Soprano.

Zdecydowano zatem, że zamiast powierzyć tę rolę jakiejś innej aktorce, Livia Soprano zostanie uśmiercona. Żeby jednak śmierć matki Tony'ego wyglądała wiarygodnie i tak, jakby wynikała ze scenariusza, twórcy przy pomocy komputerów nakręcili krótką scenę dialogową między Jamesem Gandolfinim, a nieżyjącą już Nancy Marchand (jednak w filmografii Nancy Marchand nie znajdziemy odcinka "Proshai Livushka"). Oczywiście ostatnia rozmowa Tony'ego z matką to kłótnia - jakże by inaczej. W chwilach, gdy na ekranie widzimy Livię Soprano, wyraźnie dostrzec można, że na każdym ujęciu wygląda inaczej niż na poprzednim i zachowuje się nienaturalnie. Wynika to z tego, że każde jej słowo, każda jej mina, machnięcie ręką itp. zostały skopiowane ze scen z wcześniejszych odcinków. To dlatego na każdym niemal ujęciu Livia ma inaczej ułożone włosy...
Tak naprawdę od lat 70-tych niewiele się zmieniło w zakresie dokańczania roli za aktora. Jak bowiem pokazują przykłady "Kruka", "Gladiatora" czy "Rodziny Soprano", specjaliści od efektów cyfrowych są w stanie dorobić zaledwie kilkusekundowe, brakujące ujęcia, gdzie wykorzystuje się fragmenty autentycznych nagrań. A i tak w tych fragmentach widać, że coś jest nie tak... Bo choć filmowo-cyfrowi czarodzieje są dziś w stanie tworzyć na ekranie wiarygodne postaci takie jak Gollum, Jar-Jar Binks czy King Kong, tak całkowite zastąpienie żywego, prawdziwego aktora jego cyfrową kopią jest wciąż daleko poza zasięgiem nawet najszybszych stacji graficznych i najzdolniejszych grafików. Wystarczy spojrzeć na cyfrowego Neo z "Matrixa Reaktywacji", komputerowego dublera człowieka-pająka ze "Spider-Mana 2" czy digitalizowaną kopię Legolasa ze wszystkich trzech części "Władcy pierścieni". Na ich przykładzie widać, że wciąż wiarygodniejsze i bardziej realne są cyfrowe potwory i fantazyjne postaci, niżeli kopia człowieka. A co dopiero mówić o cyfrowym Bogarcie, Marilyn Monroe czy Jamesie Deanie...

WSTECZ | POWRÓT DO WYBORU