Nie posiadam w domu wielkiej kolekcji filmów. Nie dążę za wszelką cenę do zdobycia na
dowolnym nośniku mniej, lub bardziej
legalnej wersji wszelkiej nowości, jaka zawita na ekrany świata. Nie czuję przemożnej
potrzeby zachowania dla potomnych
wszelkich ruchomych obrazów, jakie popełnił człowiek w swojej mądrości, albo i też
głupocie.
W moim sercu, jak i na mojej półce mam kilkadziesiąt tytułów, które warto mieć, które
czasem warto obejrzeć. To filmy, których nigdy nie zapomnę.
Początkowo wydawało się, że James Cameron podniósł rękę na świętość. Dokręcił sequel
filmu, który swą doskonałością zabraniał profanowania kontynuacją. W czasach, gdy termin "kino akcji" było gorszym epitetem niż dzisiaj nazwa "Ich Troje", reżyser "The Terminator" rozszerzył świat gotyckiego horroru "Alien" i przeniósł go na teren, na którym nie chciała go oglądać kasta
ambitnych krytyków.
Cameron z arcydzieła Ridleya Scotta zrobił łupaninę.
Strzelaninę.
Kino akcji.
Zgroza....
Tak w latach osiemdziesiątych reagowano na premierę "Aliens", jednego z najwspanialszych
filmów science-fiction jakie gościła nasza planeta. To już 17 lat, gdy oglądam ten film i w finale zawsze znajduję moje pośladki na krawędzi fotela.
To nie przypadek. A przynajmniej wyraźnie widać to z perspektywy tych wszystkich lat, gdy
rozumiemy jakim twórcą jest James Cameron. Bezwzględny tyran na planie, znienawidzony przez ekipy perfekcjonista, niezmordowany pracoholik.
Ten ambitny reżyser doskonale wiedział czym grozi zmierzenie się z legendą, jaką był
pierwszy "Alien", od momentu powstawania wyniesiony do panteonu najdoskonalszych osiągnięć kina grozy, analizowany przez niezliczone rzesze krytyków (sam kiedyś
czytałem arcyciekawy tekst w kwartalniku "Iluzjon", badający liczne subtelności i
odwołania zawarte w tym filmie).
Dopiero po długim czasie okazało się, że z tego starcia Cameron wyszedł zwycięsko.
Jak po tych wszystkich latach i kilkunastu seansach "Aliens" w kinie, telewizji i na DVD
jawi mi się ten film dzisiaj?
Oczywiście akcja, dynamika, napięcie. Ale to już było opisane na
różne sposoby, nie będę się powtarzał, choć kto wie, czy wytrzymam w tym postanowieniu do samego końca tego tekstu?
Cameron dokonał w swym filmie rzeczy, która dziś paradoksalnie wydaje się niemożliwa (o
ile twórca chce zrobić udany film) - w tworzeniu postaci występujących w filmie posłużył się najklasyczniejszymi z możliwych stereotypami charakterów ludzkich, występujących w świadomości zbiorowej, od lat kształtowanej przez kulturę masową. Oglądamy
więc na ekranie bandę twardych, ale w sumie oddanych sprawie zabijaków w wojskowych mundurach, z gderliwym sierżantem na czele, tchórzliwego i chorobliwie ambitnego urzędnika wielkiej korporacji, czy też małą, ale zaradną i sprytną dziewczynkę.
Żeby jednak nie było tak klasycznie, reżyser skontrastował tę standardową, choć malowniczą
grupę kilkoma postaciami zdecydowanie wynalezionymi na potrzeby tego właśnie filmu.
Pierwsza i najważniejsza to Ellen Ripley. Chyba nigdy świat filmu nie miał aż do tego
momentu postaci tak silnej, zdeterminowanej i skutecznej w działaniu. A do tego kobiety!
Ripley to postać skonstruowana w sposób dość prosty, ale jakże interesujący. To matka,
której wydarzenia z poprzedniego filmu odebrały kilkadziesiąt lat istnienia (nie można mówić, że życia, bo czyż hibernacja jest życiem?), wraz z jedyną córką.
Gorycz, depresja, tłumiona rozpacz i apatia to fascynujący wręcz fundament budowy tej
postaci. Ripley śmiertelnie boi się kolejnej konfrontacji z Obcymi, chce jej uniknąć, chce w samotności pielęgnować swój smutek, jednak siła jej charakteru objawia się heroiczną decyzją powrotu w świat koszmaru, który opuściła właściwie przed chwilą. Trudno ocenić, czy ta
brzemienna w skutkach decyzja zapadła pod wpływem przemożnego uczucia zemsty, czy to
tylko zwykła, ludzka chęć niesienia ratunku kolonistom, zagrożonym przez niosące okrutną i ohydną śmierć stwory. A może jedno i drugie?
Do samego końca właściwie nie wiadomo co kryje się w duszy kobiety, która
jednocześnie prze z chorobliwą determinacją w kierunku zagłady gatunku xenomorfów, dokonując przy tym niebywałych aktów heroizmu, ratując dziecko, na które gwałtownie przelała swoje matczyne uczucia.
To szczególne rozchwianie emocjonalne bohaterki doskonale pokazuje scena bezpośredniej
konfrontacji z Królową Obcych w jednym
z pomieszczeń stacji. Chwilowa, pozorna równowaga, więź porozumienia między piekielnym
stworem a kobietą, kiedy obie muszą
wybierać między powstrzymaniem się od wzajemnej zagłady, a życiem swoich dzieci, zostaje
załamana przez tłumioną do tej pory
wściekłość Ripley, która eksploduje dosłownie i w przenośni. Ogień i żelazo niszczące
potwory to obraz charakteryzujący duszę
bohaterki - siła, odwaga, determinacja i paląca nienawiść. Nigdy nie oglądaliśmy tak
skonstruowanej kobiecej postaci.
Sigourney Weaver zasłużenie wywalczyła swoją nominację do Oscara.
Drugą interesującą postacią "Aliens" jest dowódca oddziału marines - Gorman. Pozbawiony charyzmy,
niezdecydowany dowódca, popełniający
błędy słabeusz, nie pasujący wręcz do grupy twardych profesjonalistów, jakimi są jego
podwładni. Ta postać to poniekąd
zapowiedź współczesnych nam tendencji w filmowym przedstawianiu wysokich rangą wojskowych jako
nieodpowiedzialnych idiotów z ego
przerastającym swymi rozmiarami przeciętne koszary. Gorman to zapowiedź odejścia od
tworzenia postaci silnych, bohaterskich
dowódców wojskowych, jakie w tamtych latach dość często gościły na naszych ekranach.
I jeszcze jedna postać, bardzo ciekawa - android Bishop. O ile w "Alien" Ash okazał się
bezduszną maszyną, nie wahającą się
przed odebraniem życia człowiekowi, tak Cameron odwrócił sytuację i stworzył chyba
najbardziej sympatyczną od czasów "Star
Wars" i C-3PO postać maszyny ubranej w kształty ludzkie. Twarz psychopaty - Lance
Henriksen - i jedna z najbardziej lojalnych
i oddanych człowiekowi maszyn (android to jeszcze maszyna?) jakie przemaszerowały przez
ekrany kin. Wielokrotnie mający
okazję zdradzić i pozostawić Ripley na pastwę Obcych, do końca wytrwał u boku człowieka -
niewiele takich postaci znajdziemy w
kinie. Niby to pompatyczne, gdy się o tym pisze, ale na ekranie to się o dziwo sprawdza i nie smieszy.
Na sam koniec zostawiam najciekawsze postacie tego filmu - Obcych.
Niebywale tajemnicze, wyjątkowo proste w swej budowie psychologicznej (jakkolwiek by to
śmiesznie brzmiało) stwory, doskonale
opisane w filmie Scotta, u Camerona w żadnym razie nie doczekały się wyjaśnień - kim są,
skąd pochodzą, jaki jest ich cel?
Czy to jeszcze zwierzęta, czy już istoty inteligentne?
"Aliens" tylko prześlizguje się nad tymi interesującymi kwestiami, praktycznie w żaden
sposób nie rozwijając tego chyba
najciekawszego wątku całego cyklu. Odziera to film z mistycznej atmosfery
pierwszej części, w której
kosmiczny potwór, niemal niezniszczalny, sprytny i bezwzględnie prący do przodu, zabijał i
niszczył by zapewnić przetrwanie
swemu gatunkowi, stając się z czasem bestią niemożliwą do zabicia, przed którą tylko
ucieczka stanowi wybawienie. Ucieczka,
jak pokazuje sequel - daremna....
I dziękujmy Cameronowi, że nie ważył się podnieść ręki na
tę zagadkę, nie starał się jej
rozwikłać. Jakiekolwiek wyjaśnienia nigdy nie będą tu satysfakcjonujące, a odarcie Obcych z
aury ich tajemniczości momentalnie
mogłoby zabić klimat serii. Reżyser "Aliens" być może świadomie, być może intuicyjnie
ominął ten temat i paradoksalnie, film
na tym zyskał.
Cameron poświęcił atmosferę horroru oryginału, robiąc miejsce dla widowiskowości,
wizualności i emocji. Horror z ambicjami i
podtekstami ustąpił żywiołowej akcji i - w najlepszym tego słowa znaczeniu - rozrywce. Jest
to jednak rozrywka szczególnego
gatunku, bo przesycona uczuciami i namiętnościami, czasem niemal w czystej postaci, gdzie
prawdziwy lęk i emocje biorą górę
nad chłodną oceną oglądanego filmu.
Wreszcie na koniec - "Aliens" to zdecydowanie film Jamesa Camerona - jakże charakterystyczny dla jego twórczości. Znajdziemy w nim
wszystko, co tak bardzo
charakterystyczne dla tego reżysera.
To co najbardziej rzuca się w oczy, to rzecz jasna postać Ripley - jak w każdym niemal
filmie tego Kanadyjczyka kobieta jest
tu silna, zdecydowana, drapieżna i ekspansywna, choć nie traci przez to wiele ze swej
kobiecości. Sarah Connor, Lindsey
Brigman, Helen Tasker, czy właśnie Ellen Ripley to sztandarowe heroiny współczesnego
kina, które wykreował w swoich filmach Cameron.
Patrząc przez pryzmat tych postaci na "Aliens" można przypuszczać, że swoista obsesja
reżysera na punkcie silnych i
odważnych kobiet spowodowała, że właśnie w tym filmie postać Ellen Ripley, znanej z
poprzedniej części cyklu jako kobieta na
pewno dzielna i odważna, ale jednak słaba i krucha, ewoluowała do żeńskiego odpowiednika
herosów kina kreowanych przez najbardziej
muskularnych aktorów jak Schwarzenegger, czy Stallone. Co ciekawsze - Ripley to nie tylko
silna kobieta, ale to także
kobieta, która w sytuacji kryzysowej potrafi objąć przywództwo nad grupą - bądź co bądź -
twardych facetów, a nawet spełnić w
tej grupie rolę opiekunki, co ewidentnie widać w finale, kiedy ciężko ranny Hicks jest zdolny
wyłącznie do wsparcia moralnego
naszej bojowniczki. Przesłanie płynące z ekranu jest jasne - silna i zdecydowana kobieta
potrafi sobie poradzić z problemami
lepiej niż mężczyźni. Feminizm? Poprawność polityczna? Owszem, ale niech we wszystkich
filmach skażonych tą ułomnością jest
to pokazane tak zgrabnie i wiarygodnie.
Tylko talent reżysera i nieprzeciętne zdolności aktorskie Sigourney Weaver spowodowały, że
efekt ekranowy tej psychologicznej
mutacji nie obrócił się w niezamierzoną parodię filmowej heroiny.
Siła i determinacja Ripley płynie z jej dogłębnej znajomości zagrożenia,
jakie niesie ze sobą starcie
ludzi z Obcymi, które to zagrożenie niemal do samego końca nie jest rozumiane, bądź
akceptowane przez mężczyzn-żołnierzy. Oto więc kolejny punkt dla płci pięknej - za przewagę intelektualną i rozsądek:).
Inną cechą charakterystyczną dla filmów Camerona, którą znajdziemy także w "Aliens" to
niebywale, wręcz fetyszystyczne
przywiązanie do technologii. Cameron z wyraźnym uwielbieniem rozkoszuje się
pokazywaniem widzowi wszelkiego rodzaju broni,
statków, pojazdów, czy maszynerii bazy Hadleys Hope, sprawiając czasami wrażenie, że
technologia w tym filmie jest dla niego
ważniejsza niż ludzie i ich problemy. To oczywiście pozory, ale to ciągle przewijający się
motyw w filmografii tego twórcy.
Kto nie wierzy, niech przypomni sobie w jaki sposób Hicks uczy Ripley jak posługiwać się
pulse riffle, albo też scenę, gdy
dzielny kapral daje Ellen osobisty nadajnik - to chyba jedyne sceny w filmie, które niosą ze
sobą pewien ładunek erotyzmu, w tym przypadku jednak jest to erotyzm zmaterializowany (o ile jest to wystarczająco zręczne określenie), powiazany w niejednoznaczny sposób z technologią.
I wreszcie ostatni element charakterystyczny dla twórczości Camerona, jaki możemy
odnaleźć w tym filmie - to kwestia relacji
emocjonalnych między bohaterami, wyzwolonymi poprzez ekstremalne sytuacje. W "The
Terminator" Sarah Connor zakochuje się w
chroniącym ją przed śmiertelnie niebezpiecznym robotem żołnierzu - Kyle'u, w "The Abyss"
niebezpieczeństwo czyhające na dnie
oceanu odnawia uczucia w rozpadającym się małżeństwie, a w "Aliens" ekstremalne sytuacje
powtórnie wyzwalają w Ripley uczucia
macierzyńskie wobec znajdującej się w śmiertelnym niebezpieczeństwie dziewczynki. Cały
Cameron ....
Można śmiało powiedzieć, że właśnie te trzy powtarzające się w każdym filmie tego reżysera
elementy stanowią specyficzny szkielet
emocjonalny jego dzieł, będącym swoistym uzewnętrznieniem pragnień i uczuć reżysera,
materializujących się na naszych oczach
na kinowym ekranie.
Jak jawi się w moich oczach ten film po tylu latach od premiery, na tle współczesnych produkcji?
Otóż - niemal na każdym polu wygrywa z ogromną większością dzisiejszych pozycji
science-fiction. I nie będę tu wspominał o
perfekcyjnym, spójnym scenariuszu, czy niebywałej widowiskowości scen batalistycznych,
bo tak chyba można już mówić o akcji,
jaka rozgrywa się w tym filmie. "Aliens" to film, o jakim dziś możemy praktycznie tylko
pomarzyć - bez wire-dancingu, bez
efektów komputerowych, bez wariackiego montażu. W tym filmie nie znajdziemy grama
łopatologicznej politycznej poprawności, bełkotu
pseudopsychologicznego, czy logicznych dziur w fabule - tych wszystkich "rodzynek" jakimi
jesteśmy raczeni we współczesnym
kinie.
Rzecz jasna - film nie jest zupełnie bez wad: a to blue-box widać wyraźnie w kilku scenach, a
to kuleje fizyka świata
przedstawionego na ekranie (jakże silne ręce miała Ripley w finale:)), jednak to wszystko to tylko
detale nie wpływające w żaden
sposób na odbiór filmu.
Do dziś pamiętam, kiedy po raz pierwszy obejrzałem "Aliens" w kinie, do dziś pamiętam
uczucie niezwykłego podekscytowania,
napięcia i niebywałych emocji. Po dziś dzień pamiętam ryk wściekłości Królowej tracącej
swoje dzieci (a może to był płacz
matki?) i namacalną niemal wściekłość Ripley walczącej o przetrwanie swojego dziecka.
Dziś już takich filmów nie robią, dziś nie powstają takie proste, klasyczne w swej konstrukcji
dzieła, dostarczające
prawdziwych, głębokich emocji.
Dziś już nikt nie robi takich filmów jak "Aliens".
Autor recenzji: Dariusz Żak - SOLO
|
1986, U.S.A., Wielka Brytania
Czas trwania: 137 minut (154 minuty - wersja reżyserska)
Sigourney Weaver
Michael Biehn
Lance Henriksen
Carrie Henn
Paul Reiser
Bill Paxton
William Hope
Jenette Goldstein
Al Matthews
Mark Rolston
| |
Porucznik Ellen Ripley
Kapral Dwayne Hicks
Bishop
Rebecca "Newt" Jordan
Carter J. Burke
Szeregowy W. Hudson
Porucznik S. Gorman
Szeregowa J. Vasquez
Sierżant A. Apone
Szeregowy M. Drake
|
Reżyseria
Scenariusz
Muzyka
Zdjęcia
Montaż
| |
James Cameron
James Cameron David Giler Walter Hill
James Horner
Adrian Biddle
Ray Lovejoy
| |
|