O niemieckim reżyserze, Rolandzie Emmerichu, można by
powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że w swych filmach stawia na minimalizm.
Jego twórczość stanowi esencję tego, co hollywoodzkie. Bawiąc się kinowym
mainstreamem wprowadza śmiałe elementy fantastyki wizualnej. Inwazja przybyszów
z kosmosu, trzęsienia ziemi, powodzie, walące się budynki, sceny batalistyczne
czy atak zmutowanej gadziej bestii, to tylko niektóre z powodów dla których mówi
się o nim „Master of Disaster”. W tym wszystkim jest on jednak twórcą nierównym,
bardzo często przedkładającym formę widowiska nad jej treść.
Inaczej jednak ma się sprawa z jego najnowszym projektem, co przyjąłem z
niemałym zaskoczeniem. Biorąc pod uwagę wydźwięk kilku ostatnich filmów reżysera
„ID4”, miałem uzasadnione obawy co do efektu końcowego najnowszego
przedsięwzięcia. Światła w mroku wątpliwości na pewno nie mógł wprowadzić fakt,
że niemiecki wyrobnik tym razem zajął się zgłębianiem realiów, które dotychczas
wydawać by się mogło, stały w sprzeczności z poprzednimi dokonaniami reżysera.
Co prawda, Emmerich miał już okazję wykazać się na polu kina kostiumowego
(„Patriota”) ale nie tak kameralnego i statycznego w przebiegu wydarzeń.
Rzecz dzieje się w renesansowej Anglii, czasów elżbietańskich. Opowiada losy 17.
Hrabiego Oksford, Edwarda de Vere, który prócz dzierżenia tytułu szlacheckiego
jest jednocześnie cichym poetą. Problem w tym, że musi on tłumić swoje
artystyczne zapędy gdyż nie pasują one do dworskiej arystokratycznej tradycji.
Ówczesne pojęcie sztuki miało bardzo wyraźnie zakreślony hermetyczny podział,
gdzie np. dramat, tak hołubiony przez głównego bohatera, często utożsamiany był
z klasą niższą, co odzwierciedlały heretyckie konotacje. De Vere w końcu
decyduje się, aby jego skrycie pisane sztuki były wystawione w teatrze. Sam
jednak pozostaje w cieniu anonimowości. Zbieg przypadkowych okoliczności
powoduje, że po jednym ze spektakli, pod tajemniczego autora podszywa się pewien
niesforny aktor o nazwisku… Will Szekspir. Cała opowieść ma więc wyraźny
charakter parahistoryczny, ponieważ osnuta jest wokół jednej ze spiskowych
teorii dotyczących alternatywnej historii słynnego angielskiego dramaturga. Czy
jest wiarygodna? To nie jest ważne. Ważne, żeby skutecznie nią widza
zaintrygować i skłonić do wyciągnięcia własnych wniosków, a to się niewątpliwie
twórcom udało. Dobrze rozpisany scenariusz spod ręki Johna Orloffa (wcześniej
„Cena odwagi”), balansujący miedzy tradycyjnym kinem kostiumowym a thrillerem
politycznym, to jeden z jaśniejszych plusów tego filmu.
Pozytywną cechą „Anonimusa” jest też gama ciekawych postaci, w które wcielili
się mniej lub bardziej znani angielscy aktorzy. Rhys Ifans w roli hrabiego
Oksford, stworzył postać kompleksową i zapadająca w pamięć. Po sposobie jego
gry, widać jak mocno wczuł się w kreacje anonimowego autora. Jako, że
problematyka tej postaci ma niebagatelne znaczenie dla całościowego wydźwięku
utworu, kluczowe było wiarygodne jej odtworzenie. W dalszym planie jest równie
ciekawie. Począwszy od groteskowego Szekspira, przez królową Elżbietę,
skończywszy na demonicznym doradcy tejże, Williamie Cecilu i jego równie
demonicznym synu Robercie, mamy do czynienia z naprawdę solidnym zespołem
aktorskim.
Podsumowując, mamy do czynienia z jednym z milszych filmowych zaskoczeń tego
roku. Ja rozumiem, że fabuła, mimo swej oryginalności jest momentami
przewidywalna, a cała otoczka okołohistoryczna demitologizująca postać
Szekspira, może co niektórych razić. Dla mnie jednak nie to jest tutaj
najistotniejsze. Większą wagę ma to, że Roland Emmerich w końcu spróbował podjąć
jakieś artystyczne ryzyko, wchodząc na bardziej ambitniejszy grunt. Bo czy nie
jest zastanawiające, że twórca, który tak często stawiał w swej karierze na
widowiskowość swoich obrazów, swój pierwszy film po „Avatarze”, czyli po pewnej
umownej kresce wyznaczonej przez Camerona, nie tworzy w technice 3D?
Ten film to swoisty dowód na to, że zanim kogoś na stałe zamkniemy w popcornowej,
mainstreamowej szufladzie, warto się zastanowić czy na to zasługuje. Bo pomimo
tego, że Emmerich pasuje do niej jak ulał, to i jemu czasem może mu się ona
wydać za ciasna. Żeby była jasność- nigdy nie byłem fanem tego reżysera, ale
chyba zawsze miło jest popatrzeć, jak zmęczony i znudzony rzemieślnik w wolnej
chwili pisze… wiersz. Przywraca to wiarę w sztukę.
Ocena:
7/10
|
 |
Anonimus
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 130 min.
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: John Orloff
Zdjęcia: Anna Foerster
Aktorzy:
Rhys Ifans, Vanessa Redgrave, Sebastian Armesto, Rafe Spall, David Thewlis, Edward Hogg, Xavier Samuel
|
|
Autor tekstu:
Jakub Piwoński - PIWON
[e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 24 listopada 2011
Oprawa html:
Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA
RECENZJE |
ANALIZY |
ARTYKUŁY
FORUM DYSKUSYJNE