|
Chcecie
teraz wiedzieć tylko jedno? Jak udany jest to film, prawda?
Nie będę nikogo trzymał w niepewności i odpowiem w ten
sposób: gdy tylko wróciłem do domu, pobiegłem do
lodówki i wyjąłem najlepsze wino jakie miałem. Żałuję
teraz, że nie kupiłem wcześniej szampana, bo tylko tak należy
uczcić "Star Wars Episode II Attack of the Clones"! Nie
będę jednak uprzedzał faktów - wino może jeszcze
poczekać, a ja dokończę pisać tę recenzję.
Początek
filmu wstrząsnął mną i to w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Otóż dystrybutor filmu zrobił wszystkim fanom Gwiezdnej
Sagi bardzo niemiłą niespodziankę. Jak powszechnie wiadomo,
część kopii filmu rozpowszechnianych w Polsce jest
dubbingowana (ale tylko niewielka część), natomiast reszta
jest w oryginalnej wersji językowej z napisami. Niestety -
wersja którą miałem przyjemność oglądać jest w
oryginalnej wersji językowej, ale .... początkowe napisy, wraz
z logo Gwiezdnych Wojen są po polsku!!! Pozostaje mi teraz
tylko mieć nadzieję, że może nie wszystkie kopie z oryginalną
wersją językową tak wyglądają. Ten niemiły zgrzyt jest jedynym
praktycznie zastrzeżeniem, jakie miałem do filmu. A
przyznacie, że nie jest to przecież wadą samego
filmu?
Jaki
zatem jest "Atak Klonów"? Czy George Lucas
wyciągnął wnioski z krytyki, jakiej był poddany po "Mrocznym
Widmie"? Co tym razem dzieje się w
Republice?
Najnowsza
część Gwiezdnej Sagi jest po prostu wspaniała, cudowna,
olśniewająca! Takie słowa cisnęły mi się do ust, gdy tylko
wybiegłem (tak, tak, wybiegłem, bo przepełniająca mnie
adrenalina nie pozwalała mi iść) z kina. Nie potrafię jeszcze
teraz powiedzieć, jak wypada ona na tle poprzednich czterech
części, ale wiem, że nie będzie ona okupować ostatniego
miejsca w tym rankingu. Pierwsza refleksja jaka mi się
nasuwa, to że tym razem Lucas dopracował scenariusz. Właśnie
chyba ten element filmowej układanki jest tu najlepszy,
najciekawszy i najbardziej ekscytujący. W całym filmie dzieje
się tak wiele, tempo akcji jest tak
szybkie (żeby nie powiedzieć - zapierające dech w piersiach),
że trudno czasami połapać się w tym wszystkim, co dzieję się
na ekranie. A dzieje się naprawdę wiele. Nie ośmielę się
zdradzać żadnych szczegółów fabuły filmu, bo
właśnie śledzenie akcji, całej tej intrygi jaka została
stworzona w scenariuszu jest jedną z największych przyjemności
tego filmu. Mogę tylko powiedzieć, że film im bliżej końca tym
bardziej jest mroczny, posępny, a nawet tragiczny. Nie dajcie
się zwieść trailerom - cwana sztuka z tego Lucasa, umiejętnym
montażem tychże zwiastunów sprowadził moje myśli i
przewidywania dotyczące "Klonów" na zupełne
manowce. Owszem - główny konflikt jest przewidywalny,
ale to tylko tło do zakulisowych działań Darth Sidiousa,
(którego w tym filmie niemal w ogóle nie widać)
który pociąga za wszystkie sznurki. Jednak dalej ani
słowa, bo zbyt wiele mógłbym zdradzić!
Nie
popsuję za to nikomu przyjemności pisząc o głównych
postaciach filmu, które są zaprawdę
wspaniałe. Niezwykle interesującą postacią jest Anakin
Skywalker. Przed premierą filmu wiele można było usłyszeć
krytyki dotyczącej castingu tej roli. A tu niespodzianka! -
Hayden Christensen okazuje się całkiem świetnym aktorem, który
potrafi tchnąć życie w tę postać, a co najciekawsze - nadać
jej dramatyczny, a pod koniec filmu zdecydowanie tragiczny
rys. Tak - właśnie to co najciekawsze w tym filmie jest
związane z Anakinem. Mam nadzieję, że nie zdradzę intrygi,
pisząc iż juz w "Ataku Klonów" rozpoczyna się
przemiana Skywalkera w późniejszego Dartha Vadera. Co
prawda można się tego było spodziewać, ale nikt raczej nie
mógł przewidzieć, jakie będą powody tej przemiany!
Jakże
bardzo chciałbym zdradzić, jakie są to przyczyny, ale nie
mogę, nie chcę psuć przyjemności tym wszystkim, którzy
przeczytają ten tekst przed obejrzeniem samego filmu.
Zapomnijcie więc o małym Ani z "Mrocznego Widma", a
powitajcie targanego emocjami Anakina, który w "Ataku
Klonów" wyrasta na postać
pierwszoplanową.
Drugą
znakomitą postacią w filmie jest Mistrz Jedi, Obi-Wan Kenobi.
Nie jest on tu już tak sztywny i nieco nawet drewniany, jak to
miało miejsce w "Mrocznym Widmie". Kenobi to
wspaniały wojownik, człowiek wielkiej odwagi, a jednocześnie
bardzo ludzki i budzący ogromną sympatię. Co zaskakujące, tym
razem to jemu właśnie trafiły się chyba wszystkie
najzabawniejsze kwestie w tym filmie. Jego "Anakin,
kiedyś przyprawisz mnie o śmierć" ma zapewnione miejsce
wśród słynnych cytatów filmowych. Można
śmiało stwierdzić, że w tym filmie Kenobiemu przypadła rola,
jaką spełniał Han Solo w Starej Trylogii. Obi-Wan to
zdecydowanie człowiek czynu, inteligentny, heroicznie odważny,
ale jednak zawsze rozsądny i oddany swoim ideom. Wielkie
brawa należą się Ewanowi McGregorowi, za to że udało mu się
bezbłędnie przeprowadzić swojego bohatera przez pułapki
patetyzmu i banału, jakie zawsze grożą tak pozytywnie
skonstruowanej postaci.
Trzecią
postacią o jakiej nie wolno pod żadnym pozorem zapomnieć to
Senator Amidala, grana z ogromnym wdziękiem przez Natalie
Portman. To właśnie na jej barkach spoczął ciężar wątku
melodramatycznego, który nie jest tu (jak często o tym
pisano) wątkiem głównym, a jedynie jednym z wielu.
Amidala mimo tego, że nieco wyidealizowana, to kobieta piękna
duchem, kochająca, lojalna i niezwykle dzielna. Także jej
przypadły w udziale sceny walki i trzeba przyznać, że wypadła
w nich nie gorzej niż sama księżniczka Leia.
To
co wspaniałe w tym filmie to fakt, że takich doskonale
skonstruowanych postaci jest wiele - nie możemy zapomnieć o
Mistrzu Yodzie, Jango Fettcie, Mace Windu, Kanclerzu
Palpatine, czy głównym czarnym bohaterze - hrabim
Dooku. Gdybym chciał opisać każdą z tych postaci
dokładniej, moja recenzja przybrałaby rozmiar powieści, a tego
nikt (nawet najbardziej zagorzały fan "Star Wars")
nie przeczytałby do końca. Powiem tylko tyle, że aktorzy
tego dramatu (tak właśnie należy nazwać film) są nakreśleni
wspaniale, są to pełne życia i pasji postacie, które
chcąc nie chcąc już teraz, na naszych oczach stają się ikonami
pop-kultury.
"Mrocznemu
Widmu" często zarzucano słabą reżyserię, której
autorem był sam Lucas. Wielokrotnie słyszałem jak fani
głośno domagali się, aby kolejne epizody były kręcone przez
kogoś innego. Myślę, że po obejrzeniu "Ataku Klonów"
zmienią zdanie. George Lucas tym filmem udowadnia, że jest
prawdziwym mistrzem sztuki reżyserskiej. Wspaniale panuje nad
potężnym materiałem fabularnym, doskonale potrafi prowadzić
aktorów, oraz co najważniejsze - po prostu w sposób
mistrzowski potrafi doprowadzać do punktów
kulminacyjnych, które są tak bardzo emocjonalne w
odbiorze, że publiczność niemal zrywa się z foteli i bije
brawo. Tak właśnie stało się np. w scenie pojedynku Yody,
gdzie stężenie emocji osiąga absolutny szczyt. Mogę teraz
powiedzieć, że jeśli Lucas wyreżyseruje Epizod Trzeci, to
możemy być spokojni o jakość tego widowiska.
Teraz
słów kilka o muzyce. Jak zwykle (niemożliwe jest, aby
sobie wyobrazić inna sytuację) kompozytorem ścieżki dźwiękowej
został John Williams, i po raz kolejny udowadnia on, jak
trafny jest to wybór. Muzyka w "Ataku Klonów"
jest wspaniała, niezwykle ekspresyjna, doskonale sprawdza się
jako narrator akcji rozgrywającej się na ekranie. Nie będę się
teraz o niej szerzej rozpisywał, bo jeszcze przyjdzie czas na
dokładniejszą recenzję tego soundtracku, mogę tylko
powiedzieć, że niezwykle melodyjny i nastrojowy temat miłosny
jest chyba najwspanialszym nowym tematem, jaki zyskała
Saga.
Kolejnym
wspaniałym elementem filmu są zdjęcia i efekty wizualne. David
Tattersall (autor zdjęć) nie bawi się tu
w żadne eksperymenty. Nie uświadczymy więc tu żadnego
filmowania "z ręki", czy nagłych zbliżeń bohaterów,
co stało się modne w ostatnich latach. "Gwiezdne Wojny"
to jednak seria zbyt poważna, żeby przeprowadzać takie
eksperymenty i cieszę się, że mogłem w "Klonach"
oglądać klasyczne prowadzenie kamery. Bardzo dobre nasycenie
barw w poszczególnych scenach, wspaniałe, pomysłowe
oświetlenie (kapitalne sceny finałowego pojedynku na miecze
świetlne) - czegoż można chcieć więcej?! Nie będę wspominał o
efektach wizualnych, które można określić jednym
słowem: bajeczne.
Aktorstwo,
fabuła, muzyka, reżyseria - długo można by wymieniać elementy
składowe sukcesu, jakim już za kilka dni
stanie się "Atak Klonów". Jednak moim zdaniem
nie to będzie najcenniejszą wartością tego filmu dla fanów
Sagi. Mamy bowiem tu swoisty ukłon w stronę publiczności,
wykonany przez George'a Lucasa. Co krok bowiem natrafiamy w
filmie na .... cytaty filmowe , i to cytaty z poprzednich
części serii. Czasami pełnią one rolę wyłącznie ozdobników
akcji, a czasami stają się zapowiedzią tego, co stanie się w
przyszłości, którą znamy już ze Starej Trylogii. Dzięki
tym elementom między innymi, dowiadujemy się, że wydarzenia
rozgrywające się w "Mrocznym Widmie" nie były
zupełnie przypadkowe, (ich rola okazuje się decydująca nie
tylko dla fabuły "Ataku Klonów"), ale także
będą miały wpływ na to co działo się (a właściwie z punktu
widzenia chronologii - będzie się działo) w Starej Trylogii. I
znowu nie mogę zdradzić szczegółów, które
zniszczyłyby przyjemność oglądania filmu....
Gdy
teraz piszę te słowa, wciąż przed oczami przemykają mi
fragmenty filmu, a w głowie mam zamęt. Od bardzo, bardzo dawna
nie oglądałem filmu, tak dobrze poukładanego, w którym
działoby się tak wiele, który byłby przesiąknięty tak
wielkimi emocjami. Wspaniali bohaterowie, niezwykle
dramatyczne i mroczne zakończenie (chyba nie skłamię, jeśli
powiem, że najbardziej dramatyczne i smutne w całej Sadze, ale
jednocześnie dające pewną nadzieję), zapierające dech w
piersiach tempo, niezwykle zaskakujące i dramatyczne zwroty
akcji, zaskakujące nawiązania do poprzednich części cyklu,
fascynujące efekty wizualne i to co także istotne: obietnica
niezwykłych i dramatycznych wydarzeń, jakich będziemy
świadkami w Epizodzie 3.
Gdy
kończę ten tekst, dochodzi godzina 23.00, a obok mnie stoi
wciąż nie otwarta butelka wina. Nie wiem kiedy będę w stanie
zasnąć, kiedy ochłonę. "Atak Klonów" mogę
chyba nazwać spełnieniem tych wszystkich oczekiwań, jakie
miałem w stosunku do Epizodu 2. Jedyna rzecz jaką mogę
teraz zrobić, to po prostu iść na ten film po raz kolejny, a
potem jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz .... A póki
co - idę po korkociąg, czas rozpocząć świętowanie!
(Recenzja napisana w dniu 11.V.2002)
Autor:
Dariusz "SOLO" Żak

|