Korzystając z okazji chciałbym skrytykować inny film...
 | |
Wszyscy ostatnio trąbią o niejakim "Ong-bak"; że oto następca
Bruce'a Lee, że odrodzenie kina kopanego i wiele innych ochów
i achów na temat tej tajlandzkiej, pod każdym względem - według mnie - średniej,
żeby nie powiedzieć żenującej, produkcji. Owszem, jest w "Ong-bak"
kilka fajnych kopnięć, skoków i wyskoków, tudzież ciekawie zainscenizowanych
walk i popisów sprawnościowych na wysokim szczeblu. Chwali się też
to, że aktorzy nie latają na żadnych sznurkach czy innych antygrawitacyjnych
wspomagaczach, a główny bohater opowieści sam wykonuje wszystkie niebezpieczne
ewolucje - bardzo widowiskowe zresztą, choć zepsute konwencją w jakiej
ukazuje się je nam na ekranie. Oto bowiem każdy fikuśny numer pokazany
jest z kilku ujęć kamery, ale nie tak, jak przyzwyczaił nas normalny
montaż. Tu na każdym ujęciu widzimy daną ewolujcę od początku do
końca i tak 3-4 razy w kółko - niesamowicie drażniło mnie to podczas oglądania
i wywoływało uczucie oglądania dokumentu, zrealizowanego przez reżysera
zafascynowanego umiejętnościami swojego bohatera tak bardzo, że postanowił pokazać jego wyczyny
tak dokładnie, żebyśmy przypadkiem czegoś nie przegapili. Oprócz tego
zupełnie chybionego zabiegu formalnego, w okrzyczanym "Ong-Bak" kuleje
niesamowicie fabuła - prostsza i mniej ciekawa już chyba być nie mogła,
i przede wszystkim aktorstwo. Nazywanie zaś Phanoma Yeeruma nowym Brucem Lee,
to jak nazwanie Sylwestra Latkowskiego nowym Michaelem Moorem;
zupełnie nie ten poziom, zupełnie nie ta liga. Zapewne
zaczyna się Wam zdawać, że pomyliłem recenzje, bo miało być zdaje się
o innym filmie. Powyższy wstęp miał jednak na celu szybką, miażdżącą ocenę "Ong-Bak",
któremu to dziełu nie miałem zamiaru pooświęcać odrębnego tekstu, oraz
wprowadzenie do recenzji koreańskiego filmu "Arahan", który jest dla "Ong-Bak"
tym, czym "Poszukiwacze zaginionej Arki" dla "Kopalni Króla Salomona".
Jeszcze tylko słów kilka o kinie koreańskim...
|  |
Obecnie jesteśmy świadkami światowej ekspansji kina koreańskiego,
którego frontmanem jest kultowy już "Oldboy" Chan-wook Parka.
Nie samym jednak "Oldboyem" Korea Południowa stoi; mamy też wiele
innych znakomitych filmów, min; utrzymane w podobnym, ponurym jak "Oldboy" klimacie:
"Samaritan girl" i "Bad Guy", czy "Acacia" Ki-Hyung Parka - koreańska odpowiedź na japońskie "Ringu" i "Dark Water".
Kino Made In Korea to zupełnie inny, chwilami 'ciężki' sposób opowiadania, inna wrażliwość
i inna kultura, dzięki czemu dla nas Europejczyków, spotkanie z tym
kinem będzie doświadczeniem zarówno nowym, jak i niezwykle fascynującym i satysfakcjonującym.
Wymienione wyżej filmy to głównie dramaty wypełnione krwią, przemocą
i podszyte sexem. Takie właśnie jest kino koreańskie które do nas dociera;
liryka miesza się tu z gwałtem, piękno z brutalnością - coś w stylu
estetyki filmów Takeshi Kitano ("Sonatine", "Hana-Bi") tylko nieco
ostrzej podane. Mamy też kilka przykładów na koreańskie filmy, oferujące
historie po prostu piękne, jak anime "Wonderful Days" Moon-saeng Kima (choć szybkiej i widowiskowej akcji też tu nie brakuje!),
"Chihwaseon" - biograficzna opowieść o życiu i śmierci słynnego malarza (w roli głównej znany z "Oldboya"
Min-sik Choi) czy ciepły i wzruszający obraz "Too young to die" Jin-pyo Parka,
o kochającej się parze staruszków, którzy w filmie sami zagrali siebie. To wszystko filmy
z głównego nurtu prężnie rozwijającej się, znakomitej filmografii, otwartej
na wpływy zachodu Korei południowej. I znowu zamiast pisać o meritum sprawy, czyli
o filmie "Arahan" - zboczyłem z tematu ;)
Mocne uderzenie z Korei...
No dobrze, mają Chińczycy swojego "Hero", Tajwańczycy "Przyczajonego Tygrysa, ukrytego smoka", a
Tajlandczycy swojego drewnianego aktorsko i pozbawionego cienia charyzmy "Ong-Phanoma Yeeruma-Baka"
(choć trzaskać się potrafi - to mu przyznać trzeba).
Koreańczycy mają zaś "Arahan" - film, który zdecydowanie 'in plus' wybija się spośród docierającej do nas zewsząd, kopanej papki ostatnich lat. "Arahan" to niezwykłe połączenie mistycyzmu, tajemnych
legend i nowoczesnych efektów specjalnych, które służą ukazaniu na ekranie
niezwykłej wizji reżysera, której centralnym
punktem jest walka dobra ze złem.
|
 |
|
 |
|
Widowiskowe, niezwykle dynamiczne pojedynki,
oraz 'zarządzanie' mocą, dzięki której siłą woli można niszczyć przedmioty na odległość, to
największe wizualne atuty "Arahanu". Cały film ogląda się bardzo przyjemnie i bez znużenia,
fabuła jest interesująca (coś na podobieństwo Neo-wybrańca, wprowadzonego w nieznany
mu dotąd świat, w którym musi walczyć ze złem - jest nawet scena nieudanego skoku
z budynku na budynek, co jest jawnym nawiązaniem do "Matrixa" ;), a bohaterowie są w niej osadzeni
bez pudła, a i na niewymuszoną i ciepłą historię miłosną znalazło się miejsce. Jest też w tym filmie coś, co na ekranie uwielbiam oglądać - ewolucja
głównego bohatera od popychadła i pośmiewiska, do herosa, który początkowo nazbyt roztropnie
posługuje się nowymi umiejętnościami, by w końcu dojrzeć psychicznie i walczyć
o ocalenie świata z przedstawicielem zła.
W "Arahanie", poza pełnokrwistymi
i nie pozbawionymi poczucia humoru postaciami (umiejscowiona w programie telewizyjnym próba złamania konaru drzewa przez podstarzałych mistrzów - rozbraja ;), królują sceny treningów i walk,
które stoją na najwyższym poziomie zarówno pod względem dramaturgicznym,
jak i realizacyjnym; moją ulubioną sekwencją w filmie jest konfrontacja
Sang-hwana z byłymi prześladowcami, co oczywiście kończy się totalną ruinacją
restauracji w której do owej konfrontacji dochodzi. Na równi działa tu
sprawność fizyczna aktorów, jak i finezja i wyczucie operatora kamery - która
wchodzi niemal w interakcję z tym co filmuje. Nie brakuje niestety
w "Arahanie" scen linkowych, ale nie drażnią tak, jak w "Przyczajonym
Tygrysie...", a biegania po wodzie czy liściach tu - uffff - nie uświadczymy.
|
 |
|
 |
|
Znajdą się za to w "Arahanie" sceny wyjęte żywcem z kultowego anime "Akira". Zawsze
chciałem zobaczyć w filmie kinowym to, co w animowanej "Akirze" zwalało
mnie z nóg, czyli sceny w których Tetsuo siłą umysłu demoluje Tokio, miażdży
czołgi, powoduje unoszenie się przedmiotów i sprawia, że beton eksploduje
niczym zdruzgotany podziemnym wybuchem. Właśnie w "Arahanie" znalazłem tego
namiastkę; jest taka scena, w której Sang-hwan unosi w powietrze kawałki gruzu,
czy jak wzbiera w nim furia i krzyczy rozkładając ręce, a woda z fontanny w której
stoi, wzbija się do góry niczym uderzana niewidzialnym ciężarem i regularnie,
wznoszonymi w powietrze falami zbliża się do wroga - cudo! "Arahan" to także
niecodzienne umiejętności bohaterów w bieganiu po dachach wieżowców, tudzież
po ścianach i wszystkim co się do biegania nadaje. Nie ma jednak w tym nic
z kiczu czy naciągactwa - konsekwentna i spójna konwencja filmu broni w nim bowiem
każdej niedorzeczności czy niemożliwości. A wizualnie wygląda to nadzwyczaj
pięknie, niesamowicie i dech w piersiach zapierająco. Do tego twórcy dorzucili
kilka wpadających w ucho i przyspieszających akcję motywów muzycznych.
A jeśli już mowa o następcy Bruce'a Lee, to jeśli w ogóle ktoś ma szansę
się do takiego tytułu choćby zbliżyć, to z pewnością nie "Ong-Phanom Yeerum-Bak", a właśnie bohater
"Arahanu", który choć przez większą część filmu pozostaje nieco roztrzepanym i chwilami gapowatym
adeptem sztuk walki, to podczas pojedynków wychodzi z niego demon szybkości
i pędzący żywioł niszczycielskiej mocy. Powiedzcie sami: czy może nie
wywrzeć wielkiego wrażenia scena, w której nasz bohater zaczepiony przez jednego z byłych
prześladowców, z aroganckim uśmieszkiem na twarzy rozwala go dwoma ciosami
i śmiało rusza w kierunku pozostałych, niczym rozpędzona lokomotywa, aby
na przekór filozofii której się uczy, wykorzystać swoją nową moc do skopania
tyłków wszystkim, którzy kiedyś skopali jego...
|
 |
|
 |
|
Jeśli jeszcze nie zaznajomiliście się z kinematografią koreańską, to "Arahan"
doskonale nadaje się na rozdziewiczenie Was w tej kwestii. To kino awanturniczo
przygodowe pełną gębą, zrobione z pomysłem, nerwem i pasją, zwariowane
i pełne pozytywnej energii!
|
ARAHAN
(Arahan Jangpung Daejakjeon)
Rok produkcji: 2004, Korea Południowa
Czas trwania: 114 minut
Reżyseria: Seung-wan Ryoo
Scenariusz: Ji-hie Eun,
Seung-wan Ryoo, Seon-dong Yu
Produkcja: Mi-hee Kim
Muzyka: Jae-kwon Han
Zdjęcia: Jun-gyu Lee
Montaż: Na-yeong Nam
Wystąpili:
Seung-beom Ryu (jako Sang-hwan)
So-yi Yoon (jako Wi-jin)
Sung-kee Ahn (jako Ja-woon)
Doo-hong Jung (jako Heunk-woon)
Ju-sang Yun (jako Mu-woon)
Klub Miłośników Filmu, 21.10.2004
|
|
| |
Autor recenzji: Rafał Donica - DUX
|