Arthura Bacha
charakteryzuje specyficzne pojmowanie świata, bowiem patrzy na rzeczywistość
przez pryzmat kieliszka wypełnionego wysokoprocentowym alkoholem. Nie jest
jednak pierwszym lepszym pijakiem, bowiem na koncie ma setki, a może i tysiące
milionów dolarów, więc każdy swój kłopot rozwiązuje zielonymi banknotami.
Rozwydrzonego playboya dość ma już jego rodzicielka, która stawia Arthurowi
ultimatum – ożeni się z bogatą businesswoman albo zostanie wydziedziczony.
Oczywiście żadne z dostępnych rozwiązań nie jest dziedzicowi fortuny Bachów na
rękę.
Na szczęście dla widza i zgodnie z prawidłami komedii romantycznej, Arthur na
swojej drodze spotkać musi zadziorną blondynę, dla której zapragnie się zmienić.
Zstąpi z pogrążonego w oparach whisky raju dla dużych dzieci na ziemię i zazna,
jak to się mówi, prawdziwego życia. Siła komizmu „Arthura” polega właśnie na
konfrontacji głównego bohatera, wyjętego wprost z kreskówki dla dorosłych, z
szarością ulicy, gdzie spontaniczność musi ustąpić miejsca zdrowemu rozsądkowi.
Nie jest to jedyne kontrastowe zestawienie w filmie. Obliczone na rozśmieszenie
widza są chociażby także konwersacje rozmiękczonego alkoholem Arthura z
promieniującą stoickim spokojem, stojącą zawsze u jego boku nianią Hobson (Helen
Mirren).
Znajomość z marzącą o karierze pisarskiej Naomi będzie dla naszego bohatera
lekcją empatii i odpowiedzialności; za to siłująca się z własnym życiem,
pozbawiona złudzeń kobieta nauczy się nieco o wrażliwości i sile własnych
marzeń. Brzmi jak hollywoodzka sztampa, ale cóż – właśnie taki jest „Arthur”,
opowiada klasyczną historię amerykańskiego snu, który wreszcie musi się spełnić,
tak czy owak. Optymistyczne przesłanie na kilometr czuć fałszem, ale jest to
niewinne kłamstewko znane z niezliczonych filmów, powtarzane tak wiele razy, aż
mimowolnie chce się w nie wierzyć.
Fabularny schematyzm i brak psychologicznego prawdopodobieństwa rekompensuje
niezła rola Russella Branda i dobrze rozpisane dialogi. Arthur sypie
one-linerami jak z rękawa, a od nawiązań popkulturowych na ekranie aż kipi. Film
Jasona Winera może i nie dorównuje oryginałowi sprzed lat, ale i tak zdolny jest
wywołać uśmiech na twarzy widza. Reżyser oparł przerobiony scenariusz filmu z
1981 na jaskrawych opozycjach i swój obraz zrealizował, korzystając z kontrastów
– w „Arthurze” subtelność miesza się z wulgarnością, a czarujący romantyzm z
seksualnymi aluzjami. Efekt końcowy jest satysfakcjonujący, choć, niestety, nie
porywający.
Ocena: 6/10
Autor tekstu: Bartosz
Czartoryski - KEDDIE
[e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 21
czerwca 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA
RECENZJE |
ANALIZY |
ARTYKUŁY
FORUM DYSKUSYJNE |