Atak Klonów ma piękne, kolorowe opakowanie.
Niestety, w środku zamiast prezentu znajdujemy
tylko pustkę...
UWAGA - SPOJLERY!!!!
Niniejszą recenzję muszę zacząć od wyjaśnienia, że jestem
wielkim miłośnikiem Gwiezdnej trylogii (Epizody IV-VI) a teraz
już sagi - w której skład wchodzi Epizod I i (od krótkiego
czasu) długo oczekiwany Epizod II. Po obejrzeniu wielu trailerów
i wysłuchaniu wielce obiecujących, wzniośle entuzjastycznych
opinii, przygotowany byłem na film pozostawiający daleko
w tyle to, co zaserwował nam George Lucas w nieco "chybionym"
"Mrocznym Widmie" - czyli w pierwszej części opowieści
z odległej galaktyki. Byłem wręcz pewien, że "Episode II -
Atak Klonów" powali mnie na kolana i wgniecie w fotel, jak
(okazało się - zupełnie niesłusznie) próbowały mi wmawiać
osoby, które film widziały przede mną.
I zaczęło się!
Standardowy wstęp, czyli "Dawno, dawno temu, w odległej..."
I co?
I przez mniej więcej półtorej godziny niewiele się dzieje.
Oczywiście jest kilka niezłych akcji,
z efektami specjalnymi na wyśrubowanym do bólu wysokim
poziomie, ale to, co serwuje nam Lucas w czasie "wolnym
od akcji i walk na miecze świetlne" przyprawia o senność, tudzież
znudzenie doprawione uczuciem zawiedzenia. Wątek miłosny jest
tu wpleciony na siłę - bo w końcu być miał i jest - ale bez
żadnej iskry czy głębszej psychologii. Nie wiedzieć czemu,
Amidala najpierw spławia młodego Anakina (nawet niezły Hayden
Christensen) by nagle wpaść z nim w dziwną dyskusję o miłości
(moim zdaniem najnudniejsza scena w filmie, która ociera się
o produkcje typu "Klan" czy "M jak Miłość"). Jednak pod koniec
wszystkiego, gdy kochankowie mają zajrzeć w oblicze śmierci, nagle
Amidala "przypomina sobie", że kocha Anakina miłością najczystszą
i najgłębszą... skąd nagle takie uczucie? Chyba ze stron
scenariusza, bo z relacji Amidala - Anakin to nijak nie wynika.

Drugą wpadką scenarzystów jest pokazanie stopniowej przemiany
Anakina w Dartha Vadera. Ma to miejsce przede wszystkim po tym,
jak Anakin wiedziony nienawiścią i chęcią zemsty za zabicie
matki, zabija całą gromadę "ludzi pustyni" wraz z ich kobietami
i dziećmi. Cóż, moim zdaniem każdy by się nieco "zdenerwował"
na kogoś, kto zabija mu matkę, więc nie wiem czemu akurat ten
incydent miał być jednym z głównych powodów przejścia Anakina
na Ciemną Stronę Mocy. Ale jakiś powód znaleźć się musiał, żeby
Anakin w Vadera się przeistoczył... jednak ponownie wynika to
chyba tylko ze scenariusza, bo raczej nie z przebiegu akcji, ani z relacji
między postaciami. A te w "Episode II" są sztuczne, wręcz
papierowe; pojawiają się na ekranie, wygłaszają swoje monologi,
tudzież prowadzą (mające na celu zainteresować widza) dialogi, jednak
z ekranu wieje nudą, jakbyśmy oglądali kolejne odsłony teatru TV,
mające na celu przybliżyć nam tylko mało interesującą i polityczynie
zakręconą intrygę Hrabiego Dooku (Christopher Lee). Powtórzę raz jeszcze;
jest nudno, po prostu nudno. Akcja mimo spektakularnego rozmachu,
fenomenalnych efektów wizualno dźwiękowych, pięknych plenerów
i ślicznych kostiumów - zwyczajnie nie wciąga. Jest to typowy przerost formy nad treścią.
Jednak największym grzechem "Ataku Klonów" jest brak jakiejś
akcji, która zapadałaby w pamięć i powodowała u widza chęć obejrzenia
filmu raz jeszcze. "Epizod I" miał dwie takie akcje; pierwszą był
wyścig Racerów, drugą walka Obi Wana i Qui Gona z Darth Maulem.
W "Epizodzie II" mamy natłok akcji (w ostatnich 30 minutach filmu),
jednak na ekranie zbyt wiele się dzieje; setki Jedi biegają z mieczami
świetlnymi, co trywializuje ich niezwykłość i tajemniczość. Stare "Gwiezdne
Wojny" zniewalały widza swą mistyczną otoczką, oszczędnością w ukazywaniu
scen walki na miecze - przez co, gdy już na ekranie dochodziło do
starcia Luke'a Skywalkera z Darth Vaderem, widz aż drżał z filmowego
podniecenia. Teraz, gdy poziom efektów specjalnych pozwolił na
pokazanie na ekranie wszystkiego co tylko wymyślą scenarzyści, zachłyśnięto
się tym i pokazano zbyt wiele, zapominając o głębi postaci czy przedstawionych sytuacji.
W "Mrocznym widmie" (choć głębi także trudno tam szukać) niesamowite wrażenie
robiła scena, w której Darth Maul (szkoda, że w "Ataku klonów" zabrakło
tak ciekawego czarnego charakteru i tylko Jango Fett próbuje tę lukę wypełnić) wysuwa ze swego miecza
drugie "świetlne ostrze". W "Ataku klonów" zamiast czegoś tak nowatorskiego
i ciekawego, zostajemy wręcz świetlnymi mieczami zasypani; wszędzie gdzie
byśmy nie spojrzeli, zauważyć się daje błysk miecza Jedi. Jakość przeszła niestety
w ilość...

Jak już wszyscy
wiedzą, nawet sam wielki Yoda rusza do boju... jednak jakby przeforsował z
obrotami wokół własnej osi, podskokami i bieganiem szybciej, niż
pozwalają mu na to króciutkie nogi - ciekawe to, ale nie mam ochoty oglądać tego
drugi raz, zdecydowanie nie. Wszystkie akcje w filmie, każda walka
czy kosmiczna pogoń, nie mają w sobie za grosz dramatyzmu, czy
jakiegokolwiek napięcia, po prostu są, pozostawiając widza
obojętnego na losy bohaterów - bo naprawdę żadna z postaci
(poza Jango Fettem) nie potrafi niczym zainteresować, czy
zaintrygować widza, który może tylko siedzieć przed ekranem i
podziwiać efekt komputerowy za efektem komputerowym. Brak tu głębi, tego "czegoś",
psychologii i, powtórzę raz jeszcze; nie ma postaci z którymi widz mógłby
się w jakiś sposób związać, kogoś, komu mógłby życzyć, aby wyszedł cało
z tej, lub innej opresji. Wszystko jest piękne i cudowne, lecz tylko
z wierzchu, bo na wypełnienie środka zabrakło inwencji twórczej, aktorskiej,
a może budżetu...? - może też jestem już za stary na nowe epizody Gwiezdnej
Sagi?

Do niewątpliwych zalet filmu należą efekty specjalne jakich jeszcze
nikt nie widział. Fascynujący jest przelot Obi-Wana przez pole asteroidów
w pogoni za Jango Fettem - choć efektownością nie może równać się
z przelotem (również przez pole asteroidów) Sokoła Millenium z "Imperium
kontratakuje". Bardzo ciekawie prezentuje się również ostatnie
30 minut "Ataku klonów" czyli walka Jedi na arenie, czy starcie Klonów
z Droidami. Efekty dźwiękowe także nie mają sobie równych - na uwagę
zasługują dźwięki eksplodujących w przestrzeni kosmicznej asteroidów, odgłosy
mieczy świetlnych i cała oprawa dźwiękowa. Jednak niezapomniana (!) strona audiowizualna filmu,
to tylko otoczka pozbawionej dramaturgii całości - a szkoda.
Reasumując; uważam "Atak klonów" za film niezbyt udany, niestety
gorszy od "Epizodu I" i nie dorastający klimatem do starej
Trylogii - do której bardzo chętnie i często powracam. "Episode II"
utwierdził mnie w przekonaniu, że trailery w 99% przypadków sa lepsze
od samego filmu. Nie przyłączę się więc do grona ludzi, którzy uważają
"Atak klonów" za coś genialnego i szczerze mówiąc, nie będę
czekał na "Episode III" jak na szpilkach... bo "Episode II" pozostawił
we mnie niedysot, znudzenie i poczucie (sam nie mogę w to uwierzyć) autentycznej straty czasu
i pieniędzy wydanych na bilet. "Episode II" zamiast podgrzać
atmosferę i nastroić mnie na część trzecią, sprawił mi zimny prysznic
i mocno ostudził... może i dobrze, bo spokojnie poczekam sobie te 2-3 lata
aż Pan Lucas ukończy swoją sagę realizując Episode III. Niechaj już szybciej
Anakin przemieni się w Vadera; będę mógł wtedy ze spokojem powrócić do starej,
najlepszej i bezkonukrencyjnej trylogii wszechczasów - by znów móc
dopingować Hana Solo, Księżniczkę Leię i Luke'a Skywalkera w walce
z Imperium.
SZYBKA OCENA +/-
- Efekty specjalne
- Jango i Bobba Fett
- Wątek miłosny
- Nuda powiewająca z ekranu
- Między postaciami nic nie "iskrzy"
AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX