Strona główna KMF

      

Moda na remake'i starych horrorów, zwłaszcza tych z lat 70-tych, trwa nadal. Na naszych ekranach gościły już żywe trupy, szaleniec z piłą mechaniczną, niedługo pojawi się historia rodziny z "The Amityville Horror", a za jakiś rok nowe "Martwe zło". Skoro zatem przypomniano sobie o George'u A. Romero (to ten pan od trupów) i Tobe Hooperze (stworzył postać Leatherface'a), to może już czas to samo zrobić z Johnem Carpenterem, który to na przestrzeni ostatnich 30 lat również co nieco nabroił w gatunku, jakim jest horror. Obecnie można już oglądać odnowioną wersję jego słynnego "Ataku na posterunek 13", zaś pod koniec tego roku spodziewana jest premiera "Mgły" A.D.2005. My zatrzymamy się jednak przy tym wcześniejszym tytule, który horrorem, z definicji, nie jest, choć zawiera pewne elementy kojarzone z tym gatunkiem.

Treściowo oba filmy są podobne, wprowadzono jednak parę zmian, dzięki którym nową wersję ogląda się równie dobrze jak oryginał. W uproszczeniu chodzi o grupkę ludzi zamkniętych na likwidowanym posterunku 13, którzy przez całą noc muszą odpierać ataki uzbrojonych po zęby niezidentyfikowanych przestępców. A dlaczego to robią? Bo nienawidzą gliniarzy. Zresztą powód samego ataku jest w wersji Carpentera nieistotny – po prostu przybyli źli ludzie, którzy nie spoczną aż posterunek zostanie zrównany z ziemią, a znajdujący się w nim ludzie wybici co do jednego. I jakby tego było mało, policjanci, aby przeżyć, muszą zaufać zamkniętym w celach bandytom, którym tak samo zależy na życiu i którzy również są celami dla czekających w pobliżu napastników. Tak to wyglądało w wersji z lat 70-tych. A jak cała sytuacja się ma u francuskiego, debiutującego w USA reżysera Jean-François Richeta ? Bardzo podobnie, z jednym wyjątkiem. Atakowani to wciąż uwięzieni na posterunku gliniarze i zamknięci w celach kryminaliści, ale atakujący zamienili się w bezwzględnych policjantów, zaś motyw ich działań jest dosyć istotny. Otóż na tytułowym 13 posterunku, który podobnie jak w oryginale jest likwidowany, przetrzymywany jest niebezpieczny morderca, Marion Bishop (Laurence Fishburne, chwilami wciąż nie potrafiący się wyzbyć morfeuszowskiej maniery). Jeśli doczeka on rozprawy w jednym kawałku wsypie swojego wspólnika, którym jest Marcus Duvall (zmarnowany Gabriel Byrne) – szanowany policjant, szef oddziału specjalnego. Duvall zatem, wraz ze wszystkimi "ubrudzonymi" gliniarzami postanawia nie dopuścić do tego i organizuje szturm na nieprzygotowany do tego budynek ze zgromadzonymi tam "dobrymi" stróżami prawa..
 

Wersja Richeta, w odróżnieniu od filmu Carpentera, nabiera bardziej osobistego wymiaru również dzięki dobrze nakreślonym postaciom znajdującym się w środku – od "wypalonego" sierżanta Jake'a Roenicka (bardzo dobry Ethan Hawke), przez ,na pierwszy rzut oka, pewną siebie, panią doktor Sabian (Maria Bello), na dziwnej zbieraninie szumowin kończąc (m.in. Ja Rule i John Leguizamo). Na plus trzeba również zaliczyć wyraźne umiejscowienie w czasie – akcja filmu dzieje się w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia, dzięki czemu można podziwiać zasypaną śniegiem okolicę. A że krew na śniegu prezentuje się wyjątkowo dobrze przekonał nas dosyć niedawno Quentin Tarantino w pierwszej części "Kill Bill". Akcja toczy się wartko, jest masa strzelanin, niecodziennych, szalonych wręcz pomysłów na przeżycie, a na dodatek film jest wyjątkowo "mocny"; realizatorzy nie bali się pokazywać nawet egzekucji – chwała im za ten realizm. Na niekorzyść przemawia zaś brak tego napięcia pomiędzy dwoma głównymi postaciami – Roenickiem i Bishopem, jaki cechował oryginał. Uleciała ta niepewność towarzysząca kolejnym posunięciom Bishopa, który stał się kolejnym, dającym się lubić badguy'em. Wersja z 1976 r. odznaczała się także tym klimatem i inscenizacją niczym z "Nocy żywych trupów" – chodzi mi tu o odczłowieczenie czarnych charakterów. Nie mają oni imion, ledwo widać ich twarze czy ubiór, są tylko zarysy sylwetek, ciemne, poruszające się kształty, pojawiające się na ekranie stosunkowo rzadko, lecz dające o sobie znać w każdej minucie. Richet robiąc z nich gliniarzy dał im powód, ale odebrał ten niemal horrorowy rodowód. Szkoda też, że nie zostawiono znakomitego muzycznego motywu przewodniego autorstwa samego Carpentera. Muzyka Graeme'a Revella jest dobra, odpowiednia do takiego filmu, jednak nie odznacza się niczym szczególnym i nie zapada w pamięć jak ta z oryginału. Zakończenie również pozostawia jakiś niedosyt, chociaż dobrym posunięciem było wyjście w plener i zakończenie całej opowieści poza posterunkiem. Zresztą lubię filmy, w których choć fragment rozgrywa się zimową porą w lesie, a do tego w nocy.

Osobiście bardzo lubię remake'i, które choć w części próbują zaskoczyć widza czymś oryginalnym i nowatorskim, a nie ślepo naśladują pierwowzór i powielają nawet dialogi. "Atak na posterunek 13" z 2005 r. należy na szczęście do filmów zrobionych z pomysłem, które bronią się nie tylko efektami specjalnymi czy zaawansowaną techniką (zresztą u Richeta jakoś nie zauważyłem żadnych efektów komputerowych). Jest to solidne kino akcji: dynamiczne, dobrze zagrane, wykorzystujące zmianę scenerii, wciągające, a i tak stojące o klasę niżej od dzieła Carpentera. I już.



ASSAULT ON PRECINCT 13
Atak na posterunek 13

 

Reżyseria: Jean-François Richet
Scenariusz: James DeMonaco wg scenariusza Johna Carpentera do filmu "Atak na posterunek 13" z 1976r.

Rok produkcji: 2005
Czas trwania: 99 minut
Produkcja: USA / Francja

W rolach głównych:

Ethan Hawke, Laurence Fishburne, John Leguizamo, Drea de Matteo,
Maria Bello, Ja Rule, Brian Dennehy, Gabriel Byrne




e-mail  Autor recenzji : Krzysztof Walecki - CRASH

 


Klub Miłośników Filmu | 02.IV.2005