YODA BEZ MOCY...
I LUCAS BEZ MOCY...
Wielkie Gwiezdne Wojny. Kosmiczna Trylogia sprzed dwudziestu lat to z pewnością jedno z najlepszych i najpiękniejszych dokonań nie tylko kina fantastycznego, ale i kina w ogóle. Nie tylko majstersztyk techniczny i nie tylko świetne kino. Lucas stworzył cos więcej - nowy świat. Gdzieś tam w kosmosię, "dawno, dawno temu, w odległej galaktyce" roiło się od intryg, wojen, miłości, przygód, walk, pojedynków kosmicznej braci. Walka szlachetnego Dobra z podstępnym Złem. To wciągnęło, zafascynowało tak bardzo, że do dzisiaj zainteresowanie... nie, to za małe słowo. MANIA trwa do dzisiaj.

Ja nie jestem maniakiem, a jedynie zwykłym fanem. Bardzo lubię Gwiezdne Wojny, a nawet bardzo bardzo. Praktycznie bezkrytycznie podchodzę do Epizodów IV, V i VI. Była to niejako miłość od pierwszego wejrzenia - nie kinowa, ale telewizyjna, bo dopiero poprzez odbiornik telewizyjny dane mi było zapoznać się z Gwiezdnymi Wojnami. Było to jakieś 15 lat temu, w czasach zamierzchłych, kiedy był tylko jeden program na którym puszczano do czasu do czasu (pomiędzy seansami arcydzieł radzieckich a Dziennikiem Telewizyjnym) jakiś ciekawy film. Traf chciał, że bodajże na święta wielkanocne (pod koniec lat 80.) miałem okazję obejrzeć Epizod IV. Doskonałe dzieło to było. I jest w dalszym ciągu, a mogłem się o tym przekonać kilka lat temu gdy Lucas zdecydował się na wypuszczenie do kin specjalnej Edycji całej Trylogii! Po raz wtóry kosmiczny świat oczarował, omamił i zafascynował.
Jednakże George Lucas od dawna zapowiadał, że widzowie będą mieli do czynienia nie z Trylogią, a z Sagą. Te trzy zaprezentowane epizody to dopiero środek historii. Trzeba więc dopowiedzieć wiele rzeczy co by nie trzymać widzów w niepewności, wyjaśnić kim był złowieszczy Darth Vader, skąd wziął się Luke i Leia, jak powstało Imperium i tak dalej i tak dalej... Epizody I, II, III miały dać odpowiedź na te pytania.
Stworzył więc Lucas Epizod I, "Mroczne Widmo" - obraz okrzyknięty Najbardziej Oczekiwanym Filmem Świata. Jest w tym trochę prawdy: film był wielkim sukcesem kasowym, tłum walił do kin drzwiami i oknami. Jednakże nie udał się E1 twórcy Gwiezdnych Wojen. Nudny, mdły, cukierkowy, zbyt zagmatwany. I najważniejszy zarzut: nie ma klimatu starej Trylogii! Dobrze więc, może się Lucas zrehabilituje poprzez Epizod II?
Nadszedł więc czas "Ataku Klonów". Sam tytuł jest wręcz idiotyczny, choć do niego się zapewne większość przyzwyczaiła i nie słychać już głosów i zapytań czy to niby film o owieczce Dolly. Nie, to nie takie klony. To klony kosmiczne:).
Jaki jest więc Epizod II? To doskonałe widowisko z mierną fabułą. Film obejrzałem prawie tydzień temu i naprawdę trudno mi przypomnieć jakieś ważniejsze wątki fabularne nie będące ani akcją, ani pojedynkiem, ani natłokiem efektów specjalnych. "Atak Klonów" to bardzo, bardzo efektowny fajerwerk. Pięknie wybucha, pięknie wygląda. I nic poza tym. Budowana intryga jest jedynie tłem dla jak największej, jak najbardziej efektownej strzelaniny, pogoni, wojny itp. Zrealizowane jest to w sposób perfekcyjny! Efekty specjalne zachwycają, wyobraźnia twórców jest chyba nieograniczona. W pewnym momencie ta kolorowa fontanna zaczyna denerwować. Dosłownie w każdym ujęciu jest coś nienaturalnego, zawsze wepchnięty jest jakiś efekt specjalny. Czasami wręcz na siłę Industrial Light & Magic raczy widzów następną błyskotką, następnym kosmitą. Ale gdy tylko akcja "siada", z ekranu wieje nuda.

Rozumiem, że dla Wielkich Fanów intryga jaką serwuje w E2 Lucas jest nader interesująca, ale mnie osobiście ona bardziej znudziła niż zaciekawiła. Bo pochłaniałem efekty specjalne, a nie fabułę. Nic na to nie poradzę, że scenariusz ma liczne mielizny, trochę niejasności (jasnych dla wiernych fanów Gwiezdnej Sagi). "Atak Klonów" to jakby gra komputerowa z kilkoma "przegadanymi" wstawkami. I jak to w grach jest najczęściej - miałkość fabularna musi być zastąpiona ciekawą oprawą wizualną.
Zarzut następny: dialogi. Zapewne nie w jednym i nie tylko dwóch podręcznikach scenariopisarstwa jest wiele porad dotyczących pisania dialogów. Widać, że Lucas z porad fachowców nie korzystał za wiele. Słowa jakie włożył w usta bohaterów mają żenująco niski poziom daleki od soczystych dialogów ze starej Trylogii. Niby ten sam autor, ale nie ma żadnego napięcia pomiędzy Obi-Wanem a Anakinem, między Anakinem a Amidalą i tak dalej. Banalne, mdłe wzbudzają tylko śmiech na sali. Ot chociażby igraszki miłosne przyszłego Dartha Vadera z młodą panią senator. Kupa truizmów, drażniąco upoetyzowanych wzbudziła jedynie śmiech (miast wzruszać). Podobnie z efektownymi (a raczej efekciarskimi) zdaniami-sloganami Obi-Wana, które są z góry zaprogramowane na "cooltowość". Ostatnio miałem przyjemność powtórnego obejrzenia starej Trylogii i powiem jedno: Lucas obniżył, i to znacznie, poziom. Nie ma juz tej lekkości, pewnej swobody opowieści. Wszystko dzieje się bardzo szybko (może za szybko), nie ma magii, tej Mocy, nie ma tajemnicy. Nawet Mistrz Yoda walczy! On miał Moc, był Jedi, ale był zawsze mędrcem: enigmatycznym, spokojnym, rozważnym. A tu widzę strywializowaną wręcz postać, pozbawioną aury tajemniczości na rzecz śmieszności (i efektowności).

Świetnym pomysłem (szkoda, że niedostatecznie rozwiniętym) jest motyw Jango Fetta i jego syna. Postacie te mają w sobie to "coś" co powoduje, że się je najlepiej pamięta - posiadają jakiś charakterystyczny rys, oś dramaturgii skupia się częściowo wokół nich i aż prosi się o więcej Jango i Bobby (doskonała scena gdy Obi-Wan przychodzi do mieszkania łowcy nagród: drzwi otwiera mu mały chłopiec i woła "tato, ktoś do ciebie". A wiadomo przecież kim jest rodzinka Fettów...).
Innym zarzutem świadczącym przeciwko "Atakowi Klonów" jest poziom aktorstwa. Jest po prostu bardzo przeciętnie, żeby nie powiedzieć źle. Gra Haydena Christensena jest taka powierzchowna... On przede wszystkim dobrze wygląda, a gdy się buntuje, jego bunt to gniewny wyraz twarzy, to groźne spojrzenie niegrzecznego chłopca. A może taki miał być Anakin? Dlaczego jednak się buntuje, dlaczego jest taki gniewny? Jakie są tego powody? Śmierć matki jest kiepskim argumentem Lucasa, więc... Co? Czyżby Zło tkwiło w genach? Szereg pytań na które nie znajduję odpowiedzi, a przecież powinno być to wyjaśnione właśnie w Epizodzie 2. To preludium przeistoczenia Anakina w Vadera. Dlaczego ten młody człowiek przejdzie na Ciemną Stronę Mocy? Odpowiedź uzyskam zapewne dopiero po obejrzeniu Epizodu III, ale już w tym epizodzie kilka odpowiedzi powinno być podanych. A nie jest.
Rozczarowaniem jest gra Samuela L. Jacksona. Bezbarwnie, bez żadnego zaangażowania wypowiada drewniane dialogi. Jest w tym filmie jakby przypadkowo. Jakby go nie było. Natalie Portman jest równie bezbarwna. Ona tylko ładnie wygląda i paraduje w efektownych strojach. Ian McDiarmid nie starał się nawet pogłębić psychologicznie swojej postaci. Jest zły i podstępny i to widać. Aż dziw bierze, że ktoś z prawych Jedi chce z nim współpracować skoro ten nawet nie ukrywa swojej Ciemnej Mocy.
Za to o niebo lepiej niż w E1 wypadł Ewan MacGregor. Wreszcie jest to postać pełna wyrazu, z krwi i kości. Po prostu dobrze i wiarygodnie zagrane. To samo można powiedzieć o Christopherze Lee, ale to klasa sama w sobie.
"Atak Klonów", mimo moich częstych narzekań, to dobre widowisko. Nie zmienia to jednak faktu, że gdzieś się zapodziała sławetna Moc i magia. Podobno takie czasy. Minęło 20 lat, technika posunęła się do przodu, inne wymagania ma publiczność. Ale czy to ma przemawiać na korzyść dzieła Lucasa? Czy miałkość fabularna, kiepskie dialogi i aktorstwo na rzecz efektowności (efekciarstwa?) usprawiedliwiają Epizod II? Śmiem wątpić. 20 lat temu Lucas pisał scenariusze z wartką akcją, role obsadzone zostały znakomicie, a efekty specjalne w żaden sposób nie przesłaniały pozostałych walorów Gwiezdnych Wojen. Obecnie praktycznie jedyną atrakcją są efekty specjalne - są podstawą, fundamentem całej opowieści. Przerost formy nad treścią? Być może.
Z widowiska więc jestem zadowolony, choć całość do mnie nie przemawia. Taki to świat.
AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI