Serdeczne podziękowania dla p. Magdaleny Michalak z CINEPIX oraz dyrekcji kina MULTIKINO ZŁOTE TARASY (Warszawa) za zaproszenie na pokaz specjalny fragmentów "Avatara".

Już od dawna o żadnym filmie nie mówiono tyle, co o "Avatarze", dlatego uważam, że wszelakiego typu wstępy i wprowadzenia mijają się z celem. Każdy wie, że ma to być nowa jakość kina 3D odsłaniająca przed widzem świat ogromnych smerfoidalnych stworzeń, które muszą stanąć naprzeciw rasy ludzkiej, wkraczającej na bajecznie zielone terytoria ich (jak się zdaję) niemal dziewiczej planety. Na kilka dni przed polską premierą, Multikino Złote Tarasy zorganizowało pokaz scen zgrabnie wyselekcjonowanych z niemal trzygodzinnej podróży w świat nowego filmu Camerona. Oczywistym wydaje się być fakt, że na podstawie – jakby nie patrzeć - wyrwanych z kontekstu, częstokroć krótkich scen, ciężko jednoznacznie określić, czy „Avatar” zadowoli widzów pod względem scenariuszowym. Pewne jest natomiast jedno – legendy dotyczące niesamowitych kamer skonstruowanych specjalnie na potrzeby tego filmu, opowieści o kolejnym wielkim kroku kina 3D, a nawet wielkim wizualnym skoku kina w ogóle, mimo tego, że urosły do rangi małych mitologii, wydają się mieć dość solidne pokrycie. Tak, „Avatar” z pewnością jest krokiem, co ja mówię – skokiem ku nowej wizualnej jakości kina. Niemniej, już krótka podróż do trójwymiarowego świata naświetlonego na płótno przez najnowocześniejsze projektory cyfrowe, pozostawiła we mnie kilka pytań, które z całą pewnością długo nie dadzą mi spokoju. Pytań nie tyle dotyczących samego „Avatara”, a kina w ogóle (trochę górnolotnie i dramatycznie – a co mi tam, każdy ma czasem chwilę słabości).


WYOBRAŹNIA W TRÓJWYMIARZE

Wszyscy po cichu liczyli na to, że Cameron i sztab specjalistów od reklamy skupionych wokół jego osoby, nie próbują wywieźć ufnego widza w pole obiecując mu niesamowitą przygodę w świecie, który jeszcze nigdy nie zaistniał na ekranach kin w sposób tak ‘realny’. Niemniej, mimo samoutwierdzania się (czasem i trochę na siłę), że Cameron, jak już się za coś bierze to na poważnie, że czekał latami żeby móc skorzystać z nowych technik, każdy po cichu wspominał te wszystkie rozbuchane kampanie psuedohorrorów, które obiecywały nam niekontrolowane ataki krzyku i brązowe spodnie po seansie – wszystkie obietnice miały być spełnione dzięki potężnej technice 3D oczywiście. Odczucia po projekcji znajdowały się gdzieś na przeciwległym krańcu spektrum doznań, które proponowali dystrybutorzy. 3D natomiast były jedynie niemałe pieniądze, jakie trzeba było zostawić w kasie, aby otrzymać fikuśne okulary, w których później przysypiało się w kinie. Nie skrywam, że mężczyzna rozdający takie same okulary przy wejściu na pokaz fragmentów „Avatara” nieco mnie przeraził. Niby wiedziałem, że bez okularów ani rusz, a i pewnie specjalnych modyfikacji przechodzić one nie będą, ale i to nie pozwoliło mi na odgonienie od siebie wspomnień seansu „Krwawych walentynek 3D”. Zapomniałem o nim w momencie, kiedy na ekranie pojawiła się pierwsza scena – cholera, Cameron i sztab specjalistów nie kłamali!

Trójwymiar w „Avatarze” nie ogranicza się jedynie do tego, aby raz na jakiś czas rzucić przed oczy widza jakieś ciekawe ujęcie, które faktycznie wywołuje mały zawrót głowy (w mojej opinii właśnie tym charakteryzowały się dotąd fabularne produkcje tego typu). Patrząc na obraz wykreowany przez Camerona i rzesze specjalistów, wrażenie trójwymiarowości nie jest jedynie takim lizakiem na pocieszenie dla dziecka, które wydało prawie trzydzieści złotych na bilet. W tym świecie trójwymiarowość staje się standardem – dostrzegamy ją w dalekich tłach, w szczegółach pierwszego planu, w sylwetkach bohaterów i fantazyjnych stworzeń, które poruszają się po wizualnie zadziwiającej planecie Na’avi. Techniczna strona filmów nigdy nie była obszarem moich zainteresowań, dlatego nie potrafię (czego nie żałuję) wytłumaczyć czytelnikowi jakie to modyfikacje sprzętowe, czy sztuczki specjalistów od efektów wizualnych pozwoliły na osiągnięcie takiego obrazu. Jedno jest niewątpliwe – „Avatar” otworzył nowy rozdział w historii kina mającego na celu nie tyle ewokowanie samego obrazu będącego dość uproszczonym skrótem perspektywicznym znanego nam świata, a obrazu, który sam staje się takim autonomicznym światem w magiczny sposób uwięzionym w smudze jasnego światła podróżującej ponad głowami okularników zasiadających w zaciemnionej sali.

Już krótkie urywki pozwalają na postawienie śmiałej tezy, wedle której świat wykreowany w wyobraźni Camerona doprowadzi nas do szybszego bicia serca i wizualnego orgazmu. Zazwyczaj unikam używania nomenklatury tak dobitnej, ale w tym przypadku muszę podkreślić fakt, że „Avatar” będzie wielką ucztą dla oka widza – może przebije nawet obraz suto zastawionego wigilijnego stołu, który – jak by tu nie kombinować – widzi się jedynie raz w roku.


Jeden z fragmentów przedstawiał sprzeczkę pomiędzy rdzenną (tak mniemam) mieszkanką nowo odkrytej planety, a człowiekiem, który przeszedł metamorfozę do postaci Na’avi i próbuje odnaleźć się w zupełnie nowych realiach. Dwójka biegnie poprzez bajecznie kolorowy, utrzymany w odcieniach fioletów las, przypominający nieco ziemskie lasy tropikalne, przebiegając po zwalonym i omszałym konarze zawieszonym nad potężną przepaścią. Krótka scena wizualnie proponuje nam tak wiele, że nie wiemy, jaki punkt zaczepienia złapać, aby ogarnąć wzrokiem jak najwięcej i choć może wydawać się to nieco irytujące, to nie jest takie ani przez moment, a wręcz przeciwnie – czerpiemy ogromną przyjemność z doświadczania tego, co uda nam się dojrzeć. W końcu kolory są tak żywe, postacie tak przekonywujące wizualnie, a cały świat – mimo tego, że to rzecz wyobraźni – nadzwyczaj spójny, pełen drobnych, ale i pasujących do siebie szczegółów.

Inna scena to relacja z okiełznania pewnego powietrznego stworzenia – groteskowego połączenia pterodaktyla z czymś w rodzaju rumaka. Oczywiście stwór obdarzony jest całą paletą wręcz nieprzyzwoicie żywych barw. O ile same zmagania naturalizowanego Na’avi i dzikiego zwierzęcia, które w tym dziwnym, ale i pięknym świecie używane jest jako środek transportu, który raz okiełznany służyć będzie całe życie, zaś nieokiełznany – życie śmiałka zabierze, są ucztą dla widza, to lot pomiędzy zawieszonymi w powietrzu półkami skalnymi rozsianymi po ogromnych połaciach lekko zamglonego krajobrazu, po prostu zapiera dech w piersiach. Czysta magia obrazu.

Zauważyć trzeba, że fragmenty dobrano zapewne tak, aby pominąć te najmniej atrakcyjne, a jedynie dać przedsmak tego, co czeka widza w trakcie tych najbardziej widowiskowych. Sceny konfrontacji Na’avi i ludzi – pełne akcji, eksplozji, błyskawicznych ruchów kamery, zostały jedynie zasugerowane na koniec pokazu i słusznie – apetyt wzrósł jeszcze bardziej.


Treść „Avatara” – pierwsze spostrzeżenia

O ile wizualny aspekt filmu spełnia oczekiwania, które wobec niego pokładano, tak o samą treść trochę się obawiam. Nie chciałbym odegrać roli fałszywego proroka, a rozbuchane analizy treści na podstawie kilku scen wyrwanych z kontekstu całej historii musiałyby zyskać miano demiurgicznych wywodów. Dlatego też – krótko, pierwsze spekulacje.

Oto naturalizowany Na’avi znajduje się na zupełnie nowej planecie, na której od lat mieszkają istoty, które narodziły się z ciałami, jakie nasz bohater musiał zyskać przez skomplikowane zabiegi laboratoryjne. Młodzieniec zakochuje się w rdzennej mieszkance planety, ale reszta grupy nie do końca akceptuje jego obecność. Sama wybranka również początkowo nie jest przekonana co do przybysza, ale z czasem odwzajemnia uczucie – w końcu nie liczy się miejsce narodzin, a sam charakter, zachowanie. Nowy Na’avi walczy zatem o akceptację grupy, uczy się nowego świata. Nagle źli Ziemianie dostrzegają korzyści płynące z podboju niemal dziewiczej planety. Nasz bohater (człowiek w skórze Na’avi) opowiada się w walce za swą nową rasą – paradoksalnie dostrzega w niej pierwiastek bardziej ludzki, aniżeli w swoich dawnych pobratymcach. Trochę banalnie, czyżby uczta dla oka nieco kulejąca pod względem scenariusza? A może sprytnie dobrane fragmenty, które mają zasugerować błędną interpretację i w ogólnym rozrachunku zawstydzić takiego marnego proroka, jak ja?

Abstrahując od samych gdybań na temat ewentualnej osi fabularnej, warto skupić się przez moment na samym tytule, który – jak mi się zdaję – nawiązuje do wirtualnego znaczenia terminu (reprezentacja człowieka w świecie wirtualnym). Sukcesy wszelakiej maści gier MMO, czyli takich, które przed monitorami komputerów skupiają miliony internatów z całego świata oferując im alternatywę dla rzeczywistości, w pewnym sensie mogą stać się zapowiedzią rzeczywistości filmu Camerona. Wydaje mi się, że coraz mniej dzieli nas od tego, aby świat wyobrażeń pełnił rolę nie tyle odskoczni od rzeczywistości, a raczej jej realnego konkurenta. Konkurenci natomiast mają to do siebie, że pomiędzy sobą walczą, tak jak ludzie i Na’avi.


OBAWY

Już przed premierą okrzyknięto „Avatara” tak znaczącym przełomem w kinie, że jedynie przełom z lat dwudziestych XX wieku, czyli udźwiękowienie filmu niemego, może się z nim równać. Stwierdzenie pewnie i nieco przedramatyzowane specjalnie dla potrzeb kampanii reklamowej, ale – z drugiej strony – mające w sobie ziarenko prawdy.

Film dźwiękowy to ogromny krok poczyniony przez kino w kierunku medium przypominającego otaczającą nas rzeczywistość. Film niemy oferował nam jedynie wizualność, z dźwiękiem pojawiła się audialność. Mamy zatem, zdaje się, dwie najważniejsze domeny świata człowieka, zamknięte na celuloidowej taśmie – widzimy i słyszymy, w dalszym ciągu nie czujemy (tego nie oferuje nam i sam „Avatar”). Niemniej, "Avatar" nie musi modyfikować medium aż tak bardzo, abyśmy czuli zapach igliwia, czy odczuwali na policzkach krople wody nadlatujące od strony wodospadu (pierwsze nieudolne próby tego typu atrakcji już miały swoje miejsce), robi coś zupełnie innego. Skupia się na najstarszym elemencie kina – wizualności – i przenosi ją w dalece odmienny wymiar – i nie chcę używać tu tego nieszczęsnego przydomku ‘3D’. Chodzi o coś diametralnie różnego – wspominałem o tym na początku. „Avatar” przestaje naśladować świat, a w pewnym sensie sam zaczyna świat tworzyć. I pewnie można by mi zarzucić, że swoje światy tworzyli i Burton, i Lynch, i Jodorowki, i cała rzesza innych panów począwszy od surrealistów, a nawet i samego Meliesa. Można, ale nie należy zapominać, że ich światy skrywają się gdzieś w głębi ekranu, a świat Avatara przedziera płótno i zaczyna rozprzestrzeniać się w kierunku widza. Z całą pewnością mamy pewien zaczątek dla wielkiego przełomu, sam „Avatar” nie znajduje się jednak w jego epicentrum, to jedynie zapalnik.

Każdym zmianom nieodłącznie towarzyszą obawy z nimi związane. Po udźwiękowieniu krytycy i teoretycy bili na alarm, płakali za tym, co utracone. Ja i do dziś trochę szlocham, choć dźwięku nie oddałbym za żadne skarby. Oglądając fragmenty „Avatara”, słuchając wstępu do ich demonstracji i pytań dotyczących możliwości adaptowania filmów wykonanych ‘starą techniką’ na nowy format, zastanawiam się - po co? Na cholerę kolorowali czarno-białe klasyki? Po co w trójwymiar zamierzają wpychać światy pomyślane, jako te zamknięte w ekranie, a nieuciekające poza niego?


Po drugie obawiam się zbytniego zainteresowania wielu reżyserów nową techniką lansowaną przez Camerona, ponieważ (pewnie w przyszłości będą zrywać ze mnie boki) uważam, że jeszcze długo wizja trójwymiarowa nie będzie w stanie oddać niesamowitości świata malowanego światłem na ekranie w sposób klasyczny. Pewnie zabrzmi to trochę banalnie, ale kocham oglądać kałuże Tarkowskiego, naładowane emocjami i namiętnościami światy Lyncha, nieznośnie długie ujęcia Hanekego – wymieniać mógłbym długo… Niekoniecznie chciałbym zobaczyć je tak, jak widzę „Avatara”, są doskonałe i bez tego. I tu moja największa nadzieja związana z kinem a'la „Avatar” – nadzieja, która pozwala wierzyć mi, że majaczący na horyzoncie przełom nie zrobi w przyszłości z klasycznym kinem tego, co film dźwiękowy uczynił ze swym niemym ojcem. I tu znowu zaznaczam – może i dramatyzuję, ale przeszło osiemdziesiąt lat temu też dramatyzowali i, jak czas pokazał, mieli ku temu podstawy.

PODSUMOWANIE

„Avatara” powinien zobaczyć każdy człowiek, który choć trochę interesuje się kinem. Zobaczyć w technologii, która na dzień dzisiejszy dostępna jest jedynie w kinach (już widzę setki tysięcy komentarzy, które na forach internetowych zostawią widzowie marnych kopii internetowych). To prawdopodobnie początek dla zupełnie nowej jakości, ale miejsce dla takowej widzę jedynie u boku kina klasycznego. Wszelkim przerabianiem pozycji ‘klasycznych’, czy zastępowaniem ‘starych technologii’ za pomocą technicznie modyfikowanych kamer, na starcie mówię nie. Zostawmy widzowi wybór…




wytwórnia - 20th Century Fox/Lightstorm Entertainment, 2009
scenariusz i reżyseria - James Cameron
produkcja - James Cameron, Jon Landau, Colin Wilson
zdjęcia - Mauro Fiore
muzyka - James Horner
montaż - John Refoua, Stephen E. Rivkin
scenografia - Rick Carter, Robert Stromberg
efekty wizualne - Robert Legato, John Bruno, Joe Letteri
czas projekcji fragmentów - 28 minut

wystąpili

Sam Worthington
Michelle Rodriguez
Zoe Saldana
Sigourney Weaver
Giovanni Ribisi
CCH Pounder
Stephen Lang
Joel Moore
Dileep Rao

(Jake Sully)
(Trudy Chacon)
(Neytiri)
(dr Grace Augustine)
(Selfridge)
(Moha)
(płk Quaritch)
(Norm Spellman)
(dr Max Patel)

Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 15 grudnia 2009

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF