AVATAR
czyli James Cameron i Al Jarid idą do kina
Ostrzegam wszystkich wielbicieli “Avatara” Jamesa Camerona – ta analiza będzie
krytyczna! Skupi się na wszelakich wadach i mankamentach tej produkcji. I, co
dziwniejsze, wcale nie dlatego, żebym jakoś wybitnie “Avatara” nie lubił. W
dziesięciostopniowej skali mógłbym dać mu nawet 7, a to wcale niemało,
zwłaszcza, że zwykle przy wystawianiu not jestem dość surowy. Film Camerona, jak
dla mnie, da się oglądać bez bólu. Momentami wprawdzie przynudza (głównie w
środkowej części), ale finał jakoś to rekompensuje. Jest to produkcja szalenie
widowiskowa (prawdziwa uczta dla oczu) i dość przyjemna w odbiorze, tylko że
równie szalenie wtórna, nieoryginalna, schematyczna, szablonowa i płytka. Jest
dobra, jako lekki film do obejrzenia i pochrupania popcornu, ale po Cameronie
spodziewałem się o wiele więcej. “Avatar” to dobitne świadectwo wypalenia
twórczego i zupełnego, zatrważającego braku pomysłów. Solidnie zrealizowana
opowieść o niczym szczególnym. Techniczna perfekcja (stąd moja ogólna dość
wysoka ocena) + merytoryczna bida z nędzą. Dlatego czuję lekką irytację, że jest
powszechnie uważany za wybitne osiągnięcie filmowe – rzesze wielbicieli zdają
się w ogóle nie dostrzegać jego mankamentów, z których największym jest zupełny
brak oryginalności.
|
Nie dlatego więc, że film jest zły (bo nie jest), lecz dlatego, że nie jest tak
dobry, jakim mógł być, skupię się na jego wadach. Bo zdumiewa mnie, że tylu
widzów owych wad nie dostrzega i uważa “Avatara” za arcydzieło (a tymczasem od
doskonałości dzielą go lata świetlne). Z tego powodu przedstawię tę produkcję od
tej gorszej strony.
Pora więc na krytykę tego filmu – ale krytykę rzeczową (przynajmniej w zamyśle),
a nie taką, jaką uprawiają co niektórzy na różnych forach (typu “Ten film jest
do niczego i jeśli się wam podoba, to wszyscy jesteście bandą idiotów”). Dlatego
proszę miłośników “Avatara”, żeby mimo wszystko powściągnęli emocje i nie
zaczajali się na mnie przed domem z kijami. Podejdźcie do tej analizy na luzie –
zdaję sobie sprawę, że jest skrajnie tendencyjna i pełna różnych złośliwości,
ale nie traktujcie jej śmiertelnie poważnie.
Aha. Jeśli dziwnym zrządzeniem losu któryś z przypadkowych czytelników jest
akurat Jamesem Cameronem (albo Jamie Lee Curtis) i poczuje się urażony, to
najmocniej przepraszam.
Istnieje oczywiście też taka możliwość, że i tak nikt tej analizy nie przeczyta,
bo jest kosmicznie długa.
Ostrzeżenie nr 1: Uwaga! Poniższy tekst może zawierać szczegóły dotyczące fabuły
filmu (tak, tak, nazywacie to “spoilery”, ale ja nie bardzo wiem, co to
konkretnie znaczy, a nie chce mi się do słownika zaglądać – a poza tym precz ze zangielszczaniem polszczyzny!). Oczywiście, bądźmy szczerzy, prawie każdy
widział “Avatara” Jamesa Camerona, ale na wszelki wypadek ostrzegam – nie czytaj
tego tekstu, jeśli jakimś cudem należysz do elitarnego grona tych, którzy tego
filmu jednak nie widzieli (bo np. nie przekonała Cię akcja promocyjna, albo
lubisz iść pod prąd, albo mieszkasz w dżungli amazońskiej i masz utrudniony
dostęp do filmów). Chyba, że naprawdę chcesz. No bo, tak po prawdzie, jakichś
wielkich zawiłości fabularnych w “Avatarze” nie ma, więc nie bardzo jest co
zdradzać – i tak całego przebiegu tej historii domyślicie się sami.
Ostrzeżenie nr 2: Uwaga! Poniższy tekst roi się od różnorakich dygresji, luźno
lub wcale nie związanych z tematem. Jeśli zatem lubisz jasne, rzeczowe wywody,
nie lubisz natomiast, gdy tekst traktuje o wszystkim i o niczym, nie podejmuj
próby przebrnięcia przez niniejszą analizę.
Ostrzeżenie nr 3: Uwaga! Poniższy tekst może zawierać śladowe ilości orzechów!
(Tak, zgadza się, lekko mi odbija)
AVATAR
[...] w szczególności można przepowiedzieć z bardzo wysokim prawdopodobieństwem,
że utwór prawiący o “humanoidach”, co się od ludzi różnią barwą skóry
(przeważnie są niebiescy) oraz ilością palców u rąk (mają ich zamiast pięciu
sześć, siedem, cztery albo trzy), zasługuje na bezzwłoczne odłożenie. -
Stanisław Lem “Fantastyka i futurologia”
James Cameron: Cześć, Al Jarid!
Al Jarid: Sie masz, Jim! No co tam? Od lat cię nie widziałem. Od czasu
“Titanica” bodajże. Coś ty porabiał?
James Cameron (niedbale): A, nowy film zmajstrowałem.
Al Jarid: Coś o podwodnym świecie? Jakiś dokumentalny dla Imaxa?
James Cameron: Nie, nie. Normalny, fabularny film.
Al Jarid (nieufnie): E... Nie bujasz?
James Cameron: No gdzie tam! Mówię ci! Jak forsę kocham! Zupełnie nowy film. To
owoc wieloletniej pracy. Science-fiction, jak za dawnych, dobrych lat, z tym że
narąbane efektami specjalnymi do granic możliwości.
Al Jarid (skacze, robi piruety i stepuje z ekscytacji): No coś ty! Nowy film?! I
to jeszcze science-fiction?! Ale czadowo!
James Cameron: No ba! Rozumie się. Więc wiesz... Zarezerwuj trochę swoich ciężko
zaoszczędzonych pieniędzy na bilet, i jak tylko mój “Avatar” się pojawi, od razu popylaj do kina.
Al Jarid: Wiadomo! Nie musisz namawiać! Na bank pójdę zobaczyć, co ci wyszło. O, żesz! Nowy film Camerona! Nie mogę się doczekać!
Zbliżająca się premiera nowego filmu Jamesa Camerona obiecywała każdemu
kinomaniakowi bardzo wiele. Również i moje oczekiwania były niebotyczne.
Dlaczego? No ludzie! Przecież to Cameron! Wizjoner, ikona, guru kina! Wystarczy
sobie przejrzeć jego filmografię i już ciary przełażą po plerach!
1. "Pirania II: Latający mordercy" – Eee... Nie, zaraz! Chwila! Co to tu robi?
Skąd to się wzięło? Wcale nie chciałem tu tego... no bo... Może to nie jest
akurat najlepszy przykład geniuszu Camerona. To znaczy, nie widziałem nigdy tego
filmu. Z góry zakładam, że jest wybitnym artystycznym osiągnięciem, ale... hmm...
nie ma jakoś zbyt wielu wielbicieli. No ale początki zawsze są trudne, a James
potrzebował trochę czasu, by się rozkręcić.
2. "Terminator" – No i to już jest coś! Zachwalać chyba nie trzeba. Absolutna
klasyka i dzieło kultowe.
3. "Obcy: Decydujące starcie" – Film wyśmienity. Szczerze mówiąc, moja ulubiona
część cyklu “Alien”. W każdym razie jeden z najlepszych sequeli, jakie powstały,
a jednocześnie niezbity dowód na to, że kontynuacja nie zawsze musi oznaczać
kichę i niewiele warte popłuczyny po oryginale.
4. "Głębia" – Mój ulubiony film ze wszystkich, jakie Cameron nakręcił (choć
najbardziej niedoceniony). Sam nie wiem czemu. Toczy się (przez większość czasu)
dość leniwie, nieśpiesznie, mało dynamicznie, ale jest w nim coś takiego, że po
prostu nie mogę się oderwać i przez bite trzy godziny (piszę o wersji
reżyserskiej, nie oglądałem standardowej) wlepiam wzrok w ekran. To chyba
zasługa niepowtarzalnego klimatu tego filmu.
5. "Terminator 2: Dzień sądu" – kolejny z najlepszych sequeli w historii. Kiedyś
uważałem nawet, że jest lepszy od jedynki, ale po namyśle uznaję, że chyba
jednak nie, bo więcej tu niedorzeczności, a i ten happy end dość blado wypada
przy mrocznym zakończeniu części pierwszej. Ale tak czy inaczej i ta część jest
po prostu znakomita. Również absolutny klasyk i obiekt kultu fanów kina.
6. "Titanic" – następne wiekopomne, wyśmienite dzieło. Uważane wprawdzie
powszechnie, moim zdaniem niesłusznie, za dość kiczowatą opowiastkę, przy której
płeć piękna może sobie popłakać. Ten pogląd oczywiście bierze się z założenia,
że jak film jest o uczuciach, to automatycznie jest dla niewiast, bo prawdziwi
faceci wolą oglądać demolkę i pranie się po mordach. W świetle takiej teorii
“Titanic” rzeczywiście nie może podobać się męskiej części widzów – no bo niby
jest katastrofa statku, ale, zanim statek wreszcie zechce łaskawie walnąć w tę
górę lodową, wcześniej przez półtorej godziny tylko ta miłość, miłość i miłość.
Który wielbiciel kina “dla prawdziwych facetów” przez to przebrnie? Co ma taki
chłop z oglądania “Titanica” oprócz samej katastrofy i, ewentualnie (przede
wszystkim?), nagiej Kate Winslet?
Śpieszę z odpowiedzią - “Titanica” zobaczyć jak najbardziej warto, nawet będąc
facetem, bowiem “Titanica” po prostu dobrze się ogląda. Tak, to historia przede
wszystkim o miłości, ale opowiedziana ciekawie i naprawdę dobrze – daleko od
harlequinowych szmir. Mimo więc wielu niepochlebnych opinii na temat tego filmu,
będę go stanowczo bronił.
Nie wspomniałem tu jeszcze o dwóch filmach, które Cameron stworzył, zanim
przyszła kolej na “Avatara”. Pozwoliłem sobie mianowicie pominąć “Xenogenesis” -
no bo kto to w ogóle widział? - oraz “Prawdziwe kłamstwa”. Co do tego drugiego
filmu mam po prostu... hmm... dość mieszane uczucia. Jest na niezłym poziomie,
ale nie jak na Camerona. Moim zdaniem poniżej jego możliwości. Nie ogląda mi się
tego już z taką przyjemnością, jak filmy wyżej wspomniane. Jest tu co prawda
sporo humoru i pastiszowego ujęcia tematu, co daje mi niemało frajdy, mamy też
dużo efektownej akcji, ale oprócz tego, niestety, Cameron wymaga ode mnie
oglądania przez ponad dwie godziny Jamie Lee Curtis, a ja to kiepsko znoszę, bo
to wątpliwe doznanie estetyczne. Pani Curtis straszy mnie z ekranu swoją
zasuszoną twarzą, ale nawet, gdyby rysy miała przyjemniejsze, to i tak
odstraszałaby mnie jej chłopska fryzura (pierwsza zasada Al Jarida: ładna
dziewczyna + krótkie włosy = brzydka dziewczyna). Nie, nie jestem jakimś
faszystą i nie uważam, że nieładni ludzie nie zasługują na występ w filmie, ale
denerwuje mnie, gdy próbują mi wmówić, że ktoś brzydki jest ładny, a to właśnie
robią z panią Curtis. Jak inaczej wytłumaczyć budzący trwogę striptiz w jej
wykonaniu, który znalazł się w tym filmie? Całe szczęście scenarzyści mieli nade
mną trochę litości, tak więc pani Curtis nie idzie na całość, dzięki czemu jej
występ w tej scenie budzi wprawdzie lekkie mdłości, ale nie powoduje wywrócenia
żołądka na drugą stronę.
[Żeby ktoś nie wziął mnie za podłego szowinistę, co to znęca się nad wyglądem
przedstawicielek płci przeciwnej, dla porządku dowalę też jakiemuś facetowi –
Daniel Craig jest równie brzydki jak Jamie Lee Curtis. Wystarczy?]
Jak widać z powyższego przeglądu filmów, mimo wątów, jakie mam do “Prawdziwych
kłamstw”, i mimo wątów, jakie do “Piranii II” mają ci, co mieli (nie?)szczęście
ją widzieć, znakomita większość filmów Camerona to prawdziwe, uznane dzieła i
mało który twórca może pochwalić się tak imponującym dorobkiem. Tym
niecierpliwiej więc oczekiwałem na kolejne filmowe propozycje ze strony tego
reżysera. Tymczasem lata mijały, pory roku zmieniały się jak w kalejdoskopie,
ludzie rodzili się i umierali, rządy powstawały i upadały, a Cameron przez cały
ten czas rzucał nam tylko jakieś ochłapy w rodzaju podwodnych filmów
dokumentalnych (nie chcę tu obrażać owych filmów, których zresztą nie widziałem,
a jedynie zaznaczyć, że dla innych celów pan James został stworzony).
Głośniej zrobiło się o nim dopiero z powodu wyprodukowanego przezeń “Zaginionego
grobowca Jezusa”, który to film był tanią prowokacją, mającą w zamyśle zapewne,
czy ja wiem, zniszczyć chrześcijaństwo (?). W tym momencie już do reszty
straciłem w Camerona wiarę. Wziąłbyś się, James, wreszcie za jakiś porządny film
fabularny, zamiast przypuszczać ataki na religię. Na MOJĄ religię, James (ksywa
“Al Jarid” nie robi ze mnie automatycznie muzułmanina)! Mógłbyś się wstydzić!
No i wreszcie, gdy od ostatniej fabuły Camerona minęło ze dwanaście lat i
wszyscyśmy się już zdążyli porządnie zestarzeć, nadszedł “Avatar”. Po tak długim
oczekiwaniu nie sposób było nie ekscytować się nadciągającą premierą, zwłaszcza,
że zwiastuny zapowiadały naprawdę niecodzienne widowisko. Owszem, po wspomnianym
niepotrzebnym i zupełnie bezzasadnym (co podkreślają również naukowcy ateiści)
ataku na podstawy wiary chrześcijańskiej, miałem o panu Jamesie jak najgorsze
mniemanie jako o człowieku (zresztą, na litość, ten facet miał pięć żon – coś
musi być z nim nie tak!), ale wciąż niezachwianie wierzyłem w jego nieprzeciętny
talent reżyserski. Stąd wybranie się na “Avatara” było dla mnie sprawą
oczywistą, nie wymagającą żadnych dłuższych rozważań. A oczekiwania, jak to już
gdzieś tam wspomniałem, były ogromne.
|
James Cameron: Siadaj w fotelu i zanurz się w trzecim wymiarze!
Al Jarid: Eee... Co? Że jak?
James Cameron: No, trzeci wymiar, idioto! Rewolucja 3D! Nie słyszałeś?
Al Jarid: Jaka rewolucja? Coś przespałem? Znowu ci bolszewicy?
James Cameron (kręcąc głową z politowaniem): Mój film jest zwiastunem ery 3D,
rozumiesz? Objawieniem! Trójwymiarową rewolucją!
Al Jarid: Aha. A na czym ona polega?
James Cameron (z kiepsko skrywaną konsternacją): Eee... Cicho! Zaczyna się!
Al Jarid (z naciskiem): Nie zmieniaj tematu. Na czym polega ta rewolucja?
James Cameron: Patrz na ekran i się nie odzywaj! Widzisz, to już logo wytwórni!
Zaraz zacznie się najlepsze dwie i pół godziny, jakie kiedykolwiek spędziłeś w
kinie. Gwarantuję!
To miał być największy atut tego filmu i to on przyciągnął zapewne takie rzesze
do kin. Rewolucja 3D! Muszę przyznać ze skruchą, że nie oglądałem “Avatara” w
trójwymiarze, bo to droższe i nie czułem, bym koniecznie tego do życia
potrzebował. W ogóle nigdy nie widziałem żadnego filmu w 3D – taki ze mnie
nieuleczalny tradycjonalista. Nie mogę zatem ocenić efektu, jaki Cameron w swym
“Avatarze” uzyskał, ale mogę spytać, choćby was, czytelników: Na czym polega
rewolucja 3D? Z tego, co się orientuję, to cały ten bajer wciąż działa na
zasadzie znanej od ponad stu lat. Co rewolucyjnego jest pod tym względem w “Avatarze”?
Trójwymiar jest bardziej trójwymiarowy? Okulary bardziej twarzowe? Czujesz na
własnej skórze, jak wylatujący z ekranu przedmiot wali cię prosto w pysk? Co
niezwykłego, rewolucyjnego (powtarzam ten przymiotnik z uporem maniaka) wniósł
do tego systemu “Avatar”? Wymyślcie takie 3D, żeby nie trzeba było tych bryli
zakładać – wtedy przyznam, że to rewolucja.
|
I tu słowo do tych, co to się rozpisują na forach, że przeciwnicy 3D to banda
zacofańców, i że przeciwko kolorowi i dźwiękowi też kiedyś protestowano. Otóż,
żeby podziwiać kolory w filmie, nie muszę wkładać żadnych badziewnych okularów,
a żeby usłyszeć dźwięk, nie muszę wciskać sobie do uszu słuchawek. Te elementy
filmu są z nim nierozerwalne, natomiast trójwymiar istnieje wyłącznie w
połączeniu z dodatkowym gadżetem w postaci bryli. Dlatego porównywanie go do
koloru i dźwięku jest bezzasadne, tak samo zresztą jak argument, że tak jest
bardziej naturalnie i realistycznie – w codziennym życiu nie trzeba niczego
nakładać na oczy, by świat jawił nam się jako trójwymiarowy.
James Cameron (przechylając się przez ramię Al Jarida i podbierając mu popcorn):
I jak ci się ogląda? Bajecznie, czyż nie? To porywająca, zaskakująca i
oryginalna historia!
Al Jarid (z lekkim zdziwieniem): Dobrze wiedzieć. A kiedy ta porywająca,
zaskakująca i oryginalna historia wreszcie się zacznie?
Powiem krótko: jeśli ktoś spodziewał się jakiejś oryginalności czy choćby
jednego zaskakującego zwrotu akcji, wybrał zły film. Fabuła “Avatara” powstała w
myśl zasady “schemat na schemacie i schematem pogania”. Mamy więc ludzi, którzy
nikczemnie eksploatują zasoby mineralne planety, a raczej księżyca Pandory,
traktując przy okazji jej tubylczych mieszkańców z buta. Pandorę porasta
dżungla, w której to niebiescy, trzymetrowi Na'vi żyją sobie w zgodzie z naturą.
Pojawienie się Ziemian burzy ich spokojne życie; niszczy kolorowy, tęczowy i
bajeczny ład ich egzystencji. Ludzie mają Na'vi gdzieś i nie zawracaliby sobie
nimi głowy, gdyby nie to, że tubylcy mieszkają na terenach, gdzie znajduje się
gorąco pożądany przez Ziemian pierwiastek – unobtanium (nazwa, że aż włosy
siwieją – brawo, James, punkt dla ciebie).
Tu pojawia się sprawa awatarów – to istoty przypominające Na'vi (dla mnie
identyczne, ale podobno czymś tam się różnią), w które ludzie mogą się wcielać.
Po co? Ano, pewnie żeby przeżyć w atmosferze Pandory. Nasz bohater to Jake Sully.
Zostaje właśnie “wcielony” w takiego awatara, a potem rusza do dżungli, by
infiltrować plemię niebieskoskórych tubylców. Jego przewodniczką po świecie
Pandory i kulturze Na'vi zostaje Neytiri – córka wodza. Oczywiście, jak wszyscy
wiedzieliśmy od początku, między naszym Jake'em a księżniczką pojawi się więź,
zrodzi się uczucie etc. [Wiadomo, że podczas poznawania innej cywilizacji
bohater opowieści zawsze musi znaleźć wśród jej przedstawicieli obiekt miłosnych
uczuć, i tak samo wiadomo, że to zawsze musi być księżniczka (“Pocahontas”,
“Atlantyda – zaginiony ląd” czy, z przykładów literackich, “Głębina Maracot”).]
Te właśnie sprawy sercowe, a wraz z nimi rozwijająca się sympatyzacja z Na'vi
skłonią Jake'a do przeciwstawienia się swym “współplemieńcom” z Ziemi i
stanięcia w tym starciu po stronie rodowitych mieszkańców Pandory.
Tak to mniej więcej wygląda. Jakieś skojarzenia? No oczywiście.
Po pierwsze, Europejczycy docierają do Ameryki i niszczą świat Indian, budując
na jego zgliszczach swój własny porządek.
Po drugie... tak, wszyscy już o tym pisali i na pewno czekacie tylko, aż i ja to
napiszę. No więc dobra, nie zawiodę was i rzucę to hasło: “Pocahontas”! Mamy tu
niszczycielską siłę nowoczesnej cywilizacji (Anglicy/Ziemianie) w starciu z
umiłowaniem natury i symbiozą ze światem przyrody (Indianie/Na'vi). Jest tu
miłość przedstawiciela najeźdźców (Smith/Sully) i przedstawicielki tubylców (Pocahontas/Neytiri),
która jest, rzecz jasna, córką ich wodza (Powhatana/Eytucana). Miłość ponad
podziałami, zetknięcie dwóch zupełnie odmiennych światów itp. Podobieństwa są
oczywiste i bezdyskusyjne. Co więcej, sądzę, że Cameron zdawał sobie z tego
sprawę, i jego film od początku był z założenia nową wersją opowieści o
Pocahontas. Za dużo tu tych podobieństw, by miały być dziełem przypadku. No
ludzie, przecież John Smith i Jake Sully mają nawet te same inicjały!
|
Trzecie skojarzenie, jakie nieuchronnie wywołuje linia fabularna “Avatara”, to
stary jak świat schemat opowieści, w których właśnie przedstawiciel najeźdźców,
przebywając wśród “tych innych”, poznaje od środka ich kulturę, zaczyna
dostrzegać jej wartość i ostatecznie staje po ich stronie, niejako zdradzając
środowisko, z którego był wyszedł. Coś jak “Tańczący z wilkami” albo “Ostatni
samuraj”, tylko że nie tak udane (gdyż np. “Ostatniego samuraja” uwielbiam i
mógłbym go oglądać sto razy, natomiast “Avatar” ma daleko mniejszą siłę
oddziaływania). Schemat ten jest u Camerona przeniesiony z całym dobrodziejstwem
inwentarza i właściwie niczym nie urozmaicony, a oswajanie się i zżywanie
naszego bohatera ze światem Na'vi wypada dość nieciekawie i blado w porównaniu z
innymi historiami tego typu (z “Ostatnim samurajem” na czele, rzecz jasna).
Widzieliśmy już takich wiele i oglądanie po raz kolejny jak jeden z najeźdźców
musi stanąć po stronie uciskanych tubylców, bo bez niego biedacy nie dadzą sobie
w ogóle rady, nieco nuży. Irytuje też to, że taki zżywający się z obcą dla
siebie kulturą bohater wkrótce staje się najlepszym owej kultury
przedstawicielem, deklasującym tych, którzy się w niej urodzili i wychowali – to
też typowy schemat (również kapitan Algren z “Ostatniego...” po pewnym czasie
był już bardziej japoński i samurajski niż otaczający go japońscy samuraje –
choć tam nie raziło mnie to aż tak bardzo, bo przysłaniały mi ten mankament
liczne atuty tego filmu). Oryginalności tu zatem za grosz.

Ktoś może rzec, że jednak Cameron zachował się twórczo, bo ów doskonale znany i
ograny schemat przeniósł w klimaty science-fiction. Tylko że, niestety,
science-fiction też już od dawna z niego korzystała i zdążyła go porządnie
wyeksploatować. Stanisław Lem, bez wątpienia
najwybitniejszy polski autor tego
gatunku (Stachu, masz ode mnie wiekuisty szacun za “Cyberiadę”) ponad
czterdzieści lat temu (!) opisywał ten model fabularny w swojej “Fantastyce i
futurologii”, a pisał co następuje:
Istnieje klasa utworów, których sytuacja
pierwsza jest taka: na pewnej planecie mieszkają istoty rozumne, co nie chcą
mieć z ludźmi nic wspólnego. Jakąś poprzednią ekspedycję odprawiły z niczym albo
nawet jej członków pozabijały – czy jeszcze inaczej manifestują swoją niechęć
wejścia w porozumienie z ludźmi. Zarazem ludziom na nim nadzwyczaj zależy, a to
ponieważ na tej planecie rośnie pewien grzybek, którego wywar odmładza, albo są
tam minerały mające dar leczenia nowotworów – bądź wreszcie bezcenna substancja,
której własności autor nawet nam nie wyjaśni. Jest to zresztą dość racjonalne,
ponieważ ani walor, ani jakość tej pożądanej rzeczy nie mają dla akcji
najmniejszego znaczenia. [...] Może tym, kto umie się dogadać z tubylcami, jest
humanista [...], współczujący im i przez to zmuszony walczyć na dwa fronty:
trudności ma zrazu nie tylko z krajowcami, ale często ze swą “generalską”
zwierzchnością. Czasem osobnik ten nawet przegrywa walkę Ziemian o skarby, ale
to dlatego, że przechodzi na stronę tuziemców: uznaje ich racje za dobre, a
ludzkie – za złe. Czasem okazuje się wręcz aktywnym zdrajcą ziemskich
konkwistadorów, bo staje na czele tubylczych wojsk [...], by odeprzeć mogły
najeźdźców.
Zatem raz jeszcze to zaznaczę - “Avatar” opiera się na starym jak świat
schemacie, ale nie to jest jego największym grzechem. Ten tkwi bowiem w tym, że
dzieło Camerona w żadnym momencie nie stara się ani o jotę poza ten schemat
wyjść, choćby o mały kroczek albo nawet o pół. To dlatego widz zna cały ten
film, zanim go obejrzy i nie ma szans, by cokolwiek go tu zaskoczyło czy
zdziwiło. Nie ma żadnych zaskakujących zwrotów w fabule. Żadnych, powtarzam.
Dałoby się może przymknąć na to oko, ale postacie też są schematyczne i nijakie.
Motyw owego przekonywania się jednego z najeźdźców do świata i kultury tubylców
nigdy wcześniej nie został ukazany tak bezbarwnie. Czemu tak sądzę? Ponieważ
trudno tu mówić o jakiejś przemianie. Jake Sully nie jest ani specjalnie
uprzedzony do Na'vi, ani za bardzo zżyty z Ziemianami, tak więc sytuacja, w
jakiej się znalazł, nie powoduje u niego wewnętrznego konfliktu, który mógłby
jakoś ożywić film Camerona. Sully nie czuje się rozdarty. Nie musi wybierać
między Ziemianami a Na'vi, bo nic nie przemawia na korzyść tych pierwszych - to
po stronie tych ostatnich znajdują się wszystkie plusy. Zatem od początku jest
oczywiste, po czyjej stronie stanie nasz bohater i nie wiąże się to z żadną
wewnętrzną walką – jest po prostu jedynym oczywistym rozwiązaniem w sytuacji,
gdy ludzie są be, a Na'vi cacy.
W dodatku na Ziemi czeka Jake'a tylko jazda na
wózku inwalidzkim, podczas gdy po Pandorze może sobie biegać.
Zatem schematyczna fabuła i nijakie postacie, pozbawione życia wewnętrznego.
Niedobrze. Czułem się chwilami tak, jakbym oglądał nie gotowe dzieło, a jedynie
szablon, jakąś wstępną wersję, którą dopiero trzeba rozwinąć i wzbogacić, by
powstał przyzwoity film.

“Zaraz!”, wykrzyknie być może w tym momencie któryś z miłośników “Avatara”. “Co
ty tu, Al Jaridzie, wypisujesz jakieś bzdury, że schematycznie, zero
oryginalności, itp?! A sama sprawa awatarów? Film zowie się “Avatar” i mówi o
awatarach, które są pomysłem oryginalnym i wzbogacają ten schemat. Więc przestań
bredzić jak potłuczony i przyznaj, że ten motyw jest czymś nowym i świeżym!”
No więc... nie. Zgoda, że to motyw ciekawy, ale wygląda na to, że jednak żadna
nowość. Przede wszystkim wypada w tym miejscu wspomnieć o utworze Poula
Andersona "Nazywam się Joe" z 1957 roku. Przyznam szczerze, nie czytałem. Ba,
nawet w ręku tego nie miałem. Jednak ze streszczenia, które zamieszcza Lem w
cytowanej już wyżej monumentalnej pracy na temat science fiction, wyłania się
obraz, nieuchronnie przywodzący na myśl motyw awatarów. Pozwolę sobie przytoczyć
kawałek owego streszczenia (na ile dobrze oddaje ono treść utworu, tego nie mogę
oceniać, ale nie mam powodu, by nie ufać w tym względzie Lemowi):
Nad Jowiszem,
na który nie może, dla potęgi grawitacji, zstąpić noga ludzka, znajduje się
orbitalna stacja Ziemian; z pokładu tej stacji samotny człowiek kontroluje
sztuczną istotę, skonstruowaną podług wytycznych inżynierii biologicznej -
umyślnie dla badania powierzchni planety. Łączność pomiędzy ową istotą (o
budowie i przemianie biochemicznej całkowicie odmiennej od fizjologii ziemskiej)
a człowiekiem umożliwia strumień "psi"; wzmacnia go aparatura "psioniczna".
Człowiek kaleka, stale przebywający na stacji, zdalnie włada ruchami i
doznawaniem Joego. Przez jego oczy widzi pejzaże Jowiszowe, jego zmysłami
bezpośrednio kontaktuje się z niezwykłym światem masywnej planety. Jak widać, Jake Sully nie jest pierwszym w historii SF inwalidą, którego umysł zostaje
wcielony w kosmiczną istotę. Jakaż szkoda. Najbardziej, zdałoby się, oryginalny
pomysł Jamesa okazał się równie wtórny jak pozostałe.
No dobrze, ale czemu nie eksploatować ciekawego pomysłu, nawet jeśli nie
pierwszej świeżości? Wszak ten sam motyw można przedstawić na wiele odmiennych
sposobów. Ano, zgadza się. Tyle że ów intrygujący wątek awatarów w filmie
Camerona całkowicie zaprzepaszczono. Na dobrą sprawę mogłoby tu ich w ogóle nie
być, bo niczego do fabuły nie wnoszą. Pozwalają ludziom przeżyć bez maski w
atmosferze Pandory, ale jakie znaczenie mają dla tej historii? Żadne! No, oprócz
tego, że dzięki nim bohater może wyglądać jak Na'vi i romansować z ich
księżniczką (gdyby pozostał w swojej ludzkiej postaci, mógłby mieć z tym poważne
problemy ze względu na różnice międzygatunkowe). Nie tak wyobrażałem sobie
wykorzystanie ciekawego wątku awatarów w tym filmie – jest on tu zwyczajnie
zbędny, a wielka szkoda, bo dało się wykrzesać z niego więcej i mocniej powiązać
z fabułą.
Tak, wiem, mądrzę się i czepiam, a nie napiszę niczego konstruktywnego. Łatwo
krytykować cudzą pracę, trudniej wymyślić coś samemu. Zapewne.
No to wiecie co? Napiszę wam w takim razie, jak wyobrażam sobie sensowne
wykorzystanie wątku awatarów, dobra? Spójrzcie zatem, jak wyglądałby “Avatar by
Al Jarid” (ech, a dopiero co pisałem o zangielszczaniu języka – ale się
wyłożyłem).
Otóż w wersji tego filmu, którą na miejscu Camerona stworzyłby Al Jarid (tylko
skąd wziąłby tyle forsy?), ludzie tworzą te awatary, ale nie po to, żeby przeżyć
w atmosferze Pandory, bo to da się spokojnie załatwić za pomocą odpowiedniego
sprzętu. Robią to, żeby podszywać się pod Na'vi i móc infiltrować tubylców od
środka. Szkolą komandosów w kulturze i języku Na'vi, a potem posyłają ich do
różnych osad, dzięki czemu mają na bieżąco informacje z całej dżungli. Jake jest
jednym z takich komandosów. Przenika więc do plemienia autochtonów, udając
jednego z mieszkańców Pandory (np. członka innego plemienia, który zabłądził w
dżungli albo został posłany z jakąś dyplomatyczną misją).
Myślę, że taka wersja byłaby ciekawsza, bo motyw awatara miałby tu kluczowe
znaczenie. W filmie Camerona wszyscy wiedzą, że Jake, mimo wyglądu wielkiego
niebieskiego stwora, tak naprawdę jest Ziemianinem, więc cała ta maskarada nic
nie wnosi do historii. Gdyby awatar był rodzajem kamuflażu służącego chytremu
przeniknięciu do plemienia, byłoby dramatyczniej. Jake byłby początkowo jak
najbardziej oddany swojemu zwierzchnictwu i sumiennie wypełniałby swą misję.
Jednak infiltrując Na'vi, musiałby, chcąc nie chcąc, przebywać wśród nich.
Poznałby ich z innej strony, niż ta, z której znają ich Ziemianie. Zrozumiałby
lepiej ich kulturę i docenił uznawane w niej wartości. Zawarłby przyjaźnie. To
wszystko zaczęłoby wzbudzać w nim wątpliwości co do wypełnianej misji i co do
tego, która strona konfliktu Ziemianie-Na'vi ma więcej słuszności. Musiałby
dokonać dramatycznego wyboru, mając świadomość, że niezależnie od decyzji będzie
zdrajcą (albo dla Na'vi, którzy uważają go za “swojego”, albo dla Ziemian,
którzy mu zaufali, powierzając mu tę misję). Ostatecznie opowiedziałby się
pewnie po stronie tubylców, jak u Camerona, ale ta decyzja byłaby poprzedzona
ciężkimi zmaganiami wewnętrznymi. Byłaby to historia, w której początkowa
niechęć, może nawet nienawiść do Na'vi, stopniowo ustępuje i przeradza się w
zrozumienie i sympatię. Opowieść, w której wiele czasu wymagałoby
przezwyciężenie uprzedzeń i barier, nim Jake postanowi wesprzeć Na'vi w walce z
ludźmi... A gdy już podejmie tę decyzję, reżyser Al Jarid mógłby zaserwować
widzom jakiś zwrot akcji – np. Neytiri i inni dowiedzieliby się, że Jake jest
człowiekiem i przez cały czas ich okłamywał. Albo inny zwrot - okazałoby się, że
przejście bohatera na stronę Na'vi nie pozostanie niezauważone przez ludzi, bo
część plemienia, które nasz Jake miał infiltrować, to tak naprawdę wcale nie
Na'vi, lecz Ziemianie, maskujący się dzięki swym awatarom tak samo jak Sully.
Albo można by już w ogóle pójść na całość i zaserwować wersję ekstremalną – całe
plemię to zamaskowani Ziemianie, a rzekoma misja Jake'a okazałaby się po prostu
sprawdzianem lojalności.
Dobra, nie muszę chyba ciągnąć tego dalej. Może się wam ta wersja nie podobać,
ale to tylko przykład – było wiele innych możliwości, by tę historię rozwinąć,
wzbogacić, skomplikować. W tej opisanej powyżej, nawet jeśli nie powala ona na
kolana, byłoby, jak sądzę, w każdym razie ciekawiej i dramatyczniej niż u
Camerona i, co najważniejsze, awatary miałyby kluczowe znaczenie dla fabuły. W
filmie, który zaserwował nam James, są na dobrą sprawę tylko gadżetem. A to
zawsze boli, gdy twórca nie ma koncepcji, w jaki sposób wykorzystać ciekawy
pomysł.
James Cameron (spoglądając w ekran kinowy i ocierając łzę): To moja ulubiona
scena! Świetnie mi wyszła. Chwyta za serce, no nie? Zawsze się przy tym
wzruszam.
Al Jarid: Naprawdę?
James Cameron: No ba! Sam musisz przyznać, że nie widziałeś w życiu bardziej
poruszającej historii miłosnej.
Al Jarid (z wahaniem): No... Tak właściwie...
James Cameron: Albo wiesz co? Lepiej się w ogóle nie odzywaj. Jeśli nie jesteś
dogłębnie poruszony miłością Jake'a i Neytiri, to niechybny znak, że jesteś po
prostu nieczułym prostakiem bez serca!
Myślicie sobie, że nieważne, czy fabuła jest schematyczna, byle była
poruszająca?
Dobra, no to pora zająć się szerzej tym elementem fabuły, któremu poświęcono
lwią część czasu ekranowego – wątkiem miłosnym, warstwą uczuciowo-emocjonalną
itp.
W jednej z recenzji filmu Camerona (dokładnych namiarów nie jestem w stanie
podać, bo za dużo tych recenzji buło) przeczytałem opinię, iż nawet, jeśli ktoś
na wątki miłosne reaguje alergicznie, to ten z “Avatara” przełknie bez problemu.
Cóż, myślę, że jest niestety odwrotnie. Ja osobiście nic do wątków miłosnych nie
mam. Uczucia są tak istotne w życiu, że warto robić o nich porządne filmy.
Uważam więc, że dobry wątek miłosny nie jest zły. No właśnie, dobry. Z tym
przedstawionym w filmie Camerona mam pewne problemy.
Po pierwsze, mamy tu do czynienia z miłością międzygatunkową i to do mnie po
prostu nie trafia. JAK normalny człowiek może zakochać się w istocie innego
gatunku – trzymetrowym, niebieskim stworze z ogonem? To chyba jakaś dewiacja.
Owszem, mieliśmy np. we “Władcy Pierścieni” związki elfio-ludzkie, ale elfy u
Tolkiena to właściwie jakby dostojniejsza i szlachetniejsza wersja ludzi – nie
ma między nimi aż takich różnic jak między dwoma odrębnymi gatunkami istot
żywych z dwóch oddalonych o wiele lat świetlnych planet.
Hm, chociaż czytając niektóre komentarze na Filmwebie, można by dojść do
wniosku, że wielu miłośników kina nie tylko nie dziwi uczucie Jake'a, ale wręcz
sami byliby skłonni je podzielać. Ludzie, czy wy to wszystko piszecie na
poważnie? Naprawdę pociąga was wykreowany komputerowo niebieski i ogoniasty
stwór z innej planety?! (Kręcę głową z niedowierzaniem.) Przyznam, że na mnie
wrażenia nie robi, zwłaszcza, że występuje w tym filmie obok Michelle Rodriguez
z krwi i kości, która całkowicie deklasuje ten komputerowy twór.
|
Zatem sama natura tego związku jest jakaś taka z lekka chora, ale głównym
problemem jest bezbarwność tego wątku. Po “Titanicu” wydawałoby się, że Cameron
powinien mieć bezproblemowe i sprawne prowadzenie wątku miłosnego w małym palcu.
“Titanica” jednak ogląda się dobrze i ciekawie, natomiast love story w
“Avatarze” jest nużąca. Nie bardzo wiadomo, co właściwie przyciąga ku sobie
naszą dwójkę bohaterów, oczywiście oprócz tego, że spędzają wspólnie czas.
Twórcy filmowi już wielokrotnie udowadniali, że wychodzą z założenia, iż dwie
dowolne osoby przeciwnej płci, które spędzają ze sobą dużo czasu, nieuchronnie i
bezdyskusyjnie muszą się w sobie zakochać i w ogóle nie ma innej opcji – a
przecież w życiu wcale to tak nie działa. Zaś wątek miłosny jest, przynajmniej w
moim odczuciu, tym mniej udany, im bardziej nierzeczywisty i nienaturalny.
Między Jake'em i Neytiri nic nie iskrzy – oni po prostu się kochają, bo tak mają
w scenariuszu, jak w każdym hollywoodzkim hicie. Czasem można odnieść wrażenie,
że twórcy tych hitów kręcą swoje filmy z rozpiską w ręku, na której po kolei
odhaczają kolejne obowiązkowe punkty (“akcja”, “efekciarstwo”, “humor”, “wątek
miłosny”), skupiając się tylko na tym, by je umieścić w swoim filmie, a nie na
tym, by zrobić to w jakiś porządny sposób. Wciśnięty do filmu wątek miłosny,
który nie wynika z potrzeby twórczej, a tylko z zasady, że powinien być, raczej
nie ma szans na wywołanie w widzu jakichś emocji.
Z powyższych powodów obserwowanie relacji Jake'a i Neytiri nie jest specjalnie
porywające, a te partie filmu, w których księżniczka Na'vi wprowadza stopniowo
naszego bohatera w świat Pandory, byłyby po prostu nudne, gdyby nie zawarta w
nich prezentacja kolejnych stworów zamieszkujących dżunglę.
James Cameron: No za każdym razem, jak oglądam swoje dzieło, jestem przejęty
jego głębią.
Al Jarid (budząc się z krótkiej drzemki): Eee? Że co?
James Cameron: Przesłanie, Al. Przesłanie. No chyba nie chcesz powiedzieć, że
taki z ciebie tuman, że nawet nie dostrzegasz głębokiego przesłania tego filmu?
Niezwykle subtelne (tak, nabijam się – wybaczcie) przesłanie “Avatara” brzmi:
“przyroda – dobrze, cywilizacja – źle”. Nie musimy się w tym filmie nawet
doszukiwać tego morału, bo Cameron nie tyle podaje go na tacy, co wręcz kładzie
łopatą do łba. Jak wspomniałem, podział świata jest w tym filmie czarno-biały.
Jake nie ma żadnych wewnętrznych rozterek, po czyjej stronie stanąć. Nie czuje
się rozdarty między dwoma światami, bo za pozostaniem człowiekiem nie
przemawiają ŻADNE argumenty - to po stronie Na'vi są wszystkie plusy.
Zanim się mnie ktoś uczepi - ja nie próbuję tu dociekać, czy przesłanie "Avatara"
jest słuszne. W ogóle nie wypowiadam się na ten temat. Chodzi mi tylko o sposób
jego podania - na chama, prosto z mostu, bez żadnych niedopowiedzeń, żeby nawet
ośmiolatek skumał od razu. Jeśli film chce coś powiedzieć, powinien robić to
subtelniej, z wyczuciem i klasą. Wtedy jest dziełem. To, co wyszło Cameronowi
jest trochę za proste. No dobrze, nie trochę. O WIELE za proste. Na miejscu
reżysera wprowadziłbym nieco niejednoznaczności, zostawił trochę szarości obok
czerni i bieli (ale o tym już pisałem, przedstawiając swoją własną wersję
filmu). No, bo niestety w takiej formie w jakiej powstał, "Avatar" przypomina
trochę propagandę socjalistyczną, w której ludzie budujący socjalizm są piękni,
silni i dobrzy, a ich przeciwnicy to "zaplute karły". Toż to wciskanie widzowi
na siłę idei, która sama w sobie może być słuszna lub nie, ale w każdym razie
sprawia, że film zamiast być artystycznym dziełem, przypomina niestety
ekologiczną agitkę.
|
Pewnie, ekologia i troska o dobro środowiska są ważne, ale prostacki sposób
podania tego truizmu w “Avatarze” woła o pomstę do nieba. “Spójrzcie jaki
bajeczny jest świat Na'vi, a jaki szary i brzydki świat ludzi!” I potem widzowie
po wyjściu z kina, musząc wrócić do rzeczywistości i wpadają w depresję (podobno
to dotknęło dość wielu). Świetnie was rozumiem, ludziska! Też nie podoba mi się
współczesna cywilizacja i wolałbym mieszkać w szałasie w dżungli. Ale w
prawdziwej, nie tej z “Avatara”. “Avatar” bowiem ukazuje nam świat pokojowej
koegzystencji z naturą w sposób okropnie nachalny i toporny. Miałem chwilami
wrażenie, że oglądam nie film, a widokówkę – ładną, kolorową, ale, mimo 3D,
płaską...
James Cameron: Jeśli już niczego nie umiesz docenić w tej historii i płynących z
niej morałach, to spójrz chociaż na świat Pandory i zobacz, jak go szczegółowo i
ciekawie wymyśliłem! Ha! Zaniemówiłeś, co? Widzisz, ile tu zupełnie nowych
gatunków istot? Możesz sobie gadać zdrów, że fabuła nie jest oryginalna, ale nie
możesz tego powiedzieć o wykreowanym w “Avatarze” świecie.
Al Jarid (niechętnie): No więc, niestety mogę.
To prawda, że podziwianie Pandory jest największą płynącą z tego filmu
przyjemnością. Oglądamy piękne krajobrazy i coraz to nowe stworzenia
zamieszkujące ten zróżnicowany świat. Tylko że... w tym świecie też nie ma za
wiele oryginalności. To po prostu dżungla, dżungla, dżungla, trochę lewitujących
skał (?!) i znowu dżungla. Spójrzmy prawdzie w oczy - nie trzeba być zbyt
twórczym, żeby wymyślić dżunglę.
A zamieszkująca ją fauna? To ona przecież ma świadczyć o kreatywności Camerona i
pozostałych twórców tego filmu, czyż nie? No więc... jest ciekawa, ale nie jest
oryginalna.
Podstawowym problemem z występującymi w “Avatarze” zwierzakami jest ten, że w
ogóle nie wyglądają na formy życia, które pojawiły się w świecie odległym wiele
lat świetlnych od Ziemi. Czemu? Bo po prostu nie są to stworzenia wymyślone od
podstaw, a jedynie mniej lub bardziej udziwnione wariacje na temat zwierząt
ziemskich. Coś jak pokemony. Rozumiem, że dla wielbicieli “Avatara” takie
porównanie może być oburzające, ale chodzi mi o samą zasadę twórczą – bierzemy
jakieś zwierzę (albo kilka), trochę przekształcamy i już mamy “zupełnie nową”
istotę. Pandorę zatem zamieszkują takie “zdumiewające” kreatury jak: wariacja na
temat psa (czy też wilka), wariacja na temat lemura, wariacja na temat antylopy,
wariacja na temat nosorożca, wariacja na temat konia i inne równie pomysłowe.
Stworzenia z owego świata to nic więcej, jak tylko odpowiedniki tych naszych.
Nie stwarza to wrażenia życia, które rozwinęło się w oderwaniu od ziemskiego.
|
No a Na'vi? Czy oni ratują sytuację? Nie. Oni są gwoździem do trumny i niweczą
ostatecznie szansę na jakikolwiek realizm. Powód? Są prawie zupełnie ludzcy.
Niemal w ogóle nie postarano się zrobić z nich mieszkańców innej planety (no
dobra, księżyca). Tak, są trzymetrowi i niebiescy, mają po cztery palce u rąk, a
ponadto ogony, ale te wszystkie cechy są powierzchowne – nie na tym powinno
polegać tworzenie przedstawicieli obcych kosmicznych cywilizacji (o czym
traktuje cytat z Lema, który wrzuciłem jako motto tej analizy – tak, zgadza się,
pan Stanisław wspomniał o niebieskim kolorze skóry i liczbie palców u rąk – już
czterdzieści lat temu napisał, jak widać, poradę dla Camerona, jak nie powinien
przedstawić swoich Na'vi).
|
“Co się czepiasz i o co ci właściwie chodzi? Czemu kosmici nie mogą przypominać
ludzi?”, moglibyście spytać. Sprawa przedstawia się następująco – ludzcy Na'vi
są nierealni, jeśli zestawić ich z resztą przedstawicieli świata, w którym żyją.
My, ludzie, mamy wiele cech wspólnych z zamieszkującymi naszą planetę
zwierzętami. Na Pandorze to nie działa - Na'vi mają dużo więcej wspólnego z
Ziemianami, niż ze zwierzętami pandorskimi. Dlatego stworzony przez Camerona
świat jawi mi się jako niespójny i nieprawdopodobny naukowo. Niebiescy tubylcy
wydają się jakby wyrwani z kontekstu, w którym ich umieszczono, jakby (wbrew
temu, co Cameron akcentuje tak nachalnie i nieustępliwie) nie byli wcale częścią
tego samego ekosystemu, co inne zamieszkujące ich dżunglę istoty.
Zwierzęta z Pandory miewają na przykład powszechnie więcej par oczu niż tylko
jedna (zwykle jedną parę dużych i jedną mniejszych), ale Na'vi mają tylko jedną
– jak ludzie, choć nie mogą być przecież z nimi spokrewnieni. Zwierzęta z
Pandory (czy to np. latające ikrany czy też koniowate wierzchowce, których nazwy
nie pomnę) mają jakieś dziwne, zewnętrzne narządy oddechowe (nie skrzela i
pewnie też nie płucotchawki – zresztą, nie jestem biologiem). Na'vi nie. I
wreszcie, WSZYSTKIE zwierzęta z Pandory mają więcej kończyn niż cztery. Te
latające mają po dwie pary skrzydeł, te naziemne mają po sześć nóg. I tylko
Na'vi oczywiście z tej cechy świata Pandory się wyłamują – oni jedyni mają
zaledwie cztery kończyny, jak ludzie.
Czemu nasi niebiescy trzymetrowcy tak bardzo odbiegają od innych pandorskich
istot, a zamiast tego przypominają ziemskie? Wyjaśnienie jest, i to dość
oczywiste, ale nie ma nic wspólnego z naukowym realizmem, na którym podobno
Cameronowi zależało. Otóż Na'vi przypominają ludzi, a nie “prawdziwych
Pandorczyków” (czyli resztę przedstawicieli tego ekosystemu), żebyśmy mogli z
nimi sympatyzować i żeby Jake Sully mógł spokojnie romansować z księżniczką,
która nie będzie go przerażać dodatkową parą oczu czy rąk. Myślę, że chodziło
wyłącznie o to. Jeśli romans międzygatunkowy nie ma razić widza (mnie mimo
wszystko razi, jak wspomniałem), to oba gatunki muszą być do siebie jak
najbardziej zbliżone.
Nie tylko więc anatomia naszych Na'vi jest zadziwiająco (jak na gatunek żyjący
tak daleko od Ziemi) ludzka, ale też ich kultura. Co tu dużo mówić, Na'vi to
Indianie. Nie ma tu nawet za bardzo prób ukrycia tego faktu, ze szkodą dla
filmu. Wiadomo, że to do Indian niebiescy autochtoni mają nawiązywać, ale
mogliby być ich symbolem, a nie dosłowną ilustracją. Niestety Cameron poszedł
właśnie na dosłowność, dzięki czemu Na'vi mają typowo indiańskie atrybuty (łuki,
hamaki), fryzury, a i ubrania żywcem pożyczone od mieszkańców amazońskiej
dżungli. Z tym, że pandorskie niewiasty, w przeciwieństwie do swych amazońskich
pierwowzorów, zakrywają piersi – naukowe wytłumaczenie tej, zdałoby się,
zagadkowej różnicy, jest takie, że robią to one po to, by film Camerona nie
dostał wyższej kategorii wiekowej i by śmiało mogły walić na niego do kin całe
rodziny. Mężczyźni Na'vi nie muszą się jednak lękać – oni bez obaw mogą
eksponować klatę, bo męska klata jakoś nie gorszy udających się do kina Ziemian,
ale damska, choćby nawet była równie płaska (zdarza się, czyż nie?), jest
niedopuszczalna i w najwyższym stopniu gorsząca (nie ma w tym podejściu za wiele
logiki, ale wszyscy wiemy, że tak to właśnie w dzisiejszym świecie wygląda).
|
Na'vi zatem są, jak widać, po prostu lekko zmodyfikowaną wersją ziemskich
plemion pierwotnych, głównie Indian. Również ich język został ponoć oparty o
mowę tych plemion, tzn. o języki polinezyjskie, afrykańskie i indiańskie. Bardzo
słuszne posunięcie, James. To dodaje realizmu jak nic. Na pewno starożytni
Polinezyjczycy, Afrykanie czy Indianie nieraz dzięki swojej wypasionej
technologii odwiedzali Pandorę i dzięki tym kontaktom Na'vi mogli czerpać do
woli z ziemskich języków. A może to Pandorczycy, dzięki swej równie wypasionej
technologii odwiedzali Ziemię i tak im się spodobały co poniektóre ludzkie
języki, że sobie co nieco pożyczyli?
Nie muszę więc chyba, wobec wszystkich powyżej wskazanych faktów, raz jeszcze
zaznaczać, że Na'vi są zupełnie nierealistyczni naukowo i na niewiele
kreatywności zdobyli się ich twórcy. Jedyną ich naprawdę oryginalną cechą są
warkocze, dzięki którym mogą się oni łączyć z innymi pandorskimi stworzeniami.
Trochę to może zbyt dosłowne przedstawienie jedności z naturą, ale z pewnością
ciekawe i pomysłowe. Szkoda, że Cameron nie miał więcej tak niezwykłych
pomysłów.
James Cameron: O żesz! To już koniec! Niech to! Czemu wszystko, co dobre, musi
tak szybko się kończyć? Jeszcze tylko możemy sobie “I see you” na napisach
posłuchać i już musimy zasuwać do domu.
Zbliżam się do końca niniejszej analizy (wreszcie!). Wypada jeszcze tylko
wspomnieć o muzyce, a dokładniej o tym, jak ją pan James Horner potraktował po
macoszemu. Wziął i pozbierał ze swoich wcześniejszych ścieżek dźwiękowych co tam
gdzie miał ciekawego, po czym lekko to pozmieniał i posklejał. Trudno wychwycić
w melodiach z “Avatara” cokolwiek świeżego, czego Horner nie zaserwowałby nam w
którymś z wcześniejszych filmów. Żadna z tych melodii zresztą nie rzuca się w
uszy i nie zostaje po seansie w pamięci. Wielka szkoda, że aż tak się wypalił
człowiek, który stworzył tak genialne kompozycje dla “Titanica” czy “Braveheart”
i który był przez wiele lat moim ulubionym kompozytorem muzyki filmowej. Cóż,
teraz jego miejsce zajął James Newton Howard (to już trzeci James w tym tekście
– czy oni nie mają w tym Hollywoodzie innych imion?).
James Cameron: I jak wrażenia po seansie? Arcydzieło, nie?
Al Jarid: No... Jakby to ująć... Złe nie było, tylko że... Nie, do arcydzieła to
temu daleko.
James Cameron (obruszony): Ignorant! Nie potrafisz po prostu docenić prawdziwie
artystycznej roboty. Inni jakoś doceniają! Spójrz! Walą na “Avatara” drzwiami i
oknami! Każdy musi zobaczyć to przynajmniej pięć razy!
Al Jarid (patrzy na niego z nierozumnym zdumieniem w oczach, niczym kot Filemon):
Dlaczego?
James Cameron (obracając w dłoniach pokaźny plik banknotów): No, dla własnej
przyjemności, oczywiście. By móc jak najwięcej wartościowych wrażeń wynieść z
każdego następnego seansu.
Al Jarid: Ty chyba... naprawdę jesteś z tego “Avatara” zadowolony, co?
James Cameron: Myśl logicznie, Al. Każdy byłby zadowolony, gdyby udało mu się
stworzyć epokowe dzieło, otwierające nowy rozdział w historii kina, kultury i w
ogóle całej cywilizacji. I kto tego dokonał? No? Ja! Jam ci tego dokonał! Kto
jest mistrzem? No kto? (zaczyna taniec radości, nie bacząc na zdziwienie
przypadkowych przechodniów) Jeeeesteeeem króóóóleeeem świaaaataaaa!!!
Obojętnie, jak bardzo bym tu “Avatara” skrytykował, niczego to już nie zmieni.
Został najbardziej kasowym filmem wszechczasów, spychając z tej pozycji
“Titanica”, który piastował ją przez tyle lat. Jak dla mnie, trochę szkoda. Nie
dlatego, żeby “Titanic” był aż taki super. Nie. Ale dlatego, że “Avatar” jest
filmem odeń słabszym. W ciągu tych wszystkich lat pojawiło się multum produkcji
lepszych niż “Titanic” i żal, że to nie żadna z nich, lecz właśnie taka
szablonowa i schematyczna opowieść o niebieskich Indianach odebrała mu to
zaszczytne miano najbardziej kasowego filmu.
|
Cameron tryumfuje. Szkoda tylko, że nie pod względem artystycznym, lecz
komercyjnym. Najważniejszego Oscara wprawdzie nie dostał (słusznie – choć nie
wiem, czy zasługiwał na niego “The Hurt Locker”, bo nie widziałem tego filmu),
ale zgarnął i wciąż zgarnia za swą historyjkę o Na'vi niebotyczne sumy. A to
“Avatar” powróci do kin dłuższy o kilka minut, a to znowu pojawi się jakaś
dłuższa wersja, potem pewnie jeszcze raz w kinach wersja z paroma ujęciami
więcej – i tak to się kręci i zarabia dla wujka Jamesa godziwe pieniądze.
Nie ma się co dziwić, że w planach dwie następne części (które będą kręcone
jednocześnie). Z pewnością i one będą megaprzebojami. Może nawet pobiją rekord
swego poprzednika. Ludzie znowu ruszą do kin jak zaczarowani, ale ja wysiadam z
tej kolejki i, gdy pojawi się “Avatar 2”, z pewnością nie będzie mnie na
seansie. Bo po co? Po co rozciągać opowieść o Jake'u Sullym i jego ukochanej
Neytiri aż na trzy filmy?! Spójrz prawdzie w oczy, James! Nie miałeś pomysłu
nawet na jeden!
 |
wytwórnia - 20th Century Fox/Lightstorm Entertainment, 2009
scenariusz i reżyseria - James Cameron
produkcja - James Cameron, Jon Landau, Colin Wilson
zdjęcia - Mauro Fiore
muzyka - James Horner
montaż - John Refoua, Stephen E. Rivkin
scenografia - Rick Carter, Robert Stromberg
efekty wizualne - Robert Legato, John Bruno, Joe Letteri
czas projekcji fragmentów - 28 minut
wystąpili
Sam Worthington
Michelle Rodriguez
Zoe Saldana
Sigourney Weaver
Giovanni Ribisi
CCH Pounder
Stephen Lang
Joel Moore
Dileep Rao
|
(Jake Sully)
(Trudy Chacon)
(Neytiri)
(dr Grace Augustine)
(Selfridge)
(Moha)
(płk Quaritch)
(Norm Spellman)
(dr Max Patel)
|
|
 |