Wybierałem się na ten film z dużymi oczekiwaniami i jednocześnie z ogromnymi wręcz obawami. Lubię wszystkie dotychczasowe filmy Jamesa Camerona. Nawet ten znienawidzony przez niektórych "Titanic" jawi mi się jako doskonałe kino gatunkowe w starym stylu. W dodatku w "Titanicu" udało się Cameronowi w perfekcyjny sposób połączyć efekty komputerowe z klasycznymi efektami specjalnymi. Zresztą, już wcześniej miał na tym polu znaczące sukcesy, wystarczy wspomnieć drugiego "Terminatora" i niedocenioną "Otchłań". Cameron jako reżyser kina akcji zyskał w moich oczach szczególnie w ostatnich latach, gdy gatunek ten został zdominowany przez reżyserów pokroju Michaela Baya czy McG. Filmy Camerona od współczesnego kina akcji dzieli przepaść. Cameron w moim odczuciu rozumiał jak nikt, że nie wystarczy naładować filmu efektami specjalnymi. Widzowi potrzebna jest też dobra historia, ciekawy antagonista (w szerokim znaczeniu tego słowa) oraz przede wszystkim bohaterowie, których los będzie widza interesował. W każdym z filmów Camerona mamy wyraźnie zarysowane, wiarygodne postacie. Mógłbym przez następne kilka paragrafów wymieniać powody dla których to właśnie James Cameron jest w mojej opinii najlepszym współczesnym reżyserem kina akcji. Najważniejsze jest jednak to, że już sam fakt, iż po tylu latach Cameron powraca do gatunku, który dał mu sławę, był wystarczającym powodem bym poczuł niezdrową ekscytacje na punkcie "Avatara".
|
Jak kubeł zimnej wody podziałały na mnie pierwsze ujęcia z planu oraz teasery. Z każdego materiału promocyjnego wprost wylewały się efekty komputerowe. Tu muszę zaznaczyć, że wprost nie znoszę CGI. Uważam, że to wspaniałe narzędzie jest używane bez jakiegokolwiek umiaru, nawet do najprostszych efektów specjalnych, które spokojnie można by wykonać tradycyjnymi metodami. W dodatku CGI obdziera kino akcji z jakiejkolwiek filmowej magii. Widz oglądając w kinie spektakularną scenę czy różne kreatury nie z tej ziemi, nie zastanawia się jak twórcy to zrobili. On po prostu wie, że to wszystko zostało wygenerowane za pomocą superszybkich komputerów. Osobiście przy kontakcie z komputerowymi efektami nie mogę pozbyć się uczucia sztuczności. Nie opuszcza mnie myśl, że to wszystko nie istnieje, a aktorzy nie wchodzą z tymi efektami w żadne interakcje. Zacząłem się obawiać, że Cameron, tak jak Lucas i Spielberg przed nim, zachłyśnie się nową technologią do tego stopnia, że zupełnie pogubi się w efektach specjalnych, zapominając o dobrej historii i wiarygodnych postaciach.
Już od połowy grudnia, od pierwszych pokazów dla amerykańskiej prasy, zaczęły do mnie docierać pierwsze, bardzo entuzjastyczne recenzje "Avatra". Jeden z najbardziej znanych i cenionych amerykańskich krytyków, Roger Ebert napisał, że nie czuł się tak w kinie od momentu gdy po raz pierwszy zobaczył "Gwiezdne Wojny". Wyjątkowo odważne stwierdzenie. Ale może uzasadnione? W końcu sam Cameron twierdził, że "Avatar" zmieni kino na zawsze. Z czasem zaczęły pojawiać się bardziej stonowane opinie, potwierdzające moje obawy, że o ile wizualnie film robi wrażenie, to zarówno fabuła jak i postacie mocno kuleją. Wybierając się do kina na seans 3D miałem nadzieje, że James Cameron mnie nie zawiedzie i dostarczy widowisko, które z jednej strony w końcu wykorzysta we właściwy sposób możliwości jakie daje współczesna technologia, a z drugiej, przedstawi ciekawą i wciągającą historię.
|
Zacznę od najbardziej interesującego i najczęściej omawianego aspektu "Avatara", czyli oczywiście od efektów specjalnych. Film (przynajmniej w 3D) zapiera dech w piersiach. Przyznam bez bicia, że nie widziałem czegoś takiego w kinie wcześniej. Cameron za pomocą CGI uzyskał perfekcyjnie realistyczny świat, który wciąga widza już po pierwszych minutach seansu. Jak mu się to udało? Nie wiem. Być może to tylko kwestia odpowiedniej mocy obliczeniowej komputerów, ale Cameronowi udało się to, co nie udało się według mnie nikomu przed nim. W tym sztucznym świecie można się w pełni zatracić. Pod tym względem film Camerona rzeczywiście mam dużo wspólnego z pierwszymi "Gwiezdnymi Wojnami", chociaż oczywiście zastosowane środki są zupełnie inne. "Avatar" to film, który w końcu wykorzystał to niesamowite narzędzie, jakim są efekty komputerowe w taki sposób, że widz całkowicie wierzy w to co widzi na ekranie. Można odnieść wrażenie, że ekipa filmowa udała się na Pandorę i tam postanowiła nakręcić zdjęcia. Już sama warstwa wizualna powoduje, że na "Avatara" wręcz trzeba wybrać się do kina. Nie oszukujmy się, w domowych warunkach ten film wiele straci. Cameron odniósł na polu efektów specjalnych ewidentny sukces. W dodatku w czasach gdy coraz więcej filmów ogląda się na komputerowych monitorach, nakręcił obraz, którego oglądanie poza kinem jest praktycznie pozbawione sensu. Duże brawa.
|
Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie także aktorzy. Nie miałem nigdy wątpliwości co do zdolności aktorskich Sigourney Weaver, Sama Worthingtona (ok, akurat w jego wypadku pewne wątpliwości miałem), czy Michelle Rodriguez, ale obawiałem się, ze pogubią się w tym sztucznym bądź co bądź świecie (jak to miało miejsce z w końcu dobrym aktorami w nowej trylogii Lucasa). Jednak zarówno dzięki nowoczesnej technice (aktorzy byli w stanie na poglądzie widzieć swoje interakcje z komputerowo wygenerowanym środowiskiem) jaki i dzięki reżyserii Camerona, wszyscy aktorzy się sprawdzili. Oczywiście nie mamy do czynienia z oscarowymi kreacjami, ale są one dużo bardziej przekonujące niż w większości dzisiejszych filmów akcji, nie mówiąc już o filmach z taką ilością efektów komputerowych. Na specjalną pochwałę zasługują Sam Worthington oraz Michelle Rodriguez. Worthington ma charyzmę aby stać się prawdziwą gwiazdą. Jego Jake Sully to postać, którą widz może z łatwością polubić. Z kolei Rodriguez gra ewidentnie ulubiony przez Camerona typ kobiety. Twardej, miejscami wręcz męskiej, ale gotowej poświęcić się dla sprawy oraz przyjaciół. Jestem pewny, że każdy kto widział "Obcych - decydujące starcie" w trakcie sensu "Avatara" będzie miał bardzo konkretne skojarzenie.
Warto także pochwalić reżyserię Jamesa Camerona. Oglądając "Avatara" nie da się nie zauważyć przepaści, jaka dzieli Camerona od Michaela Baya, McG czy Rolanda Emmericha. Jest on bez wątpienia najlepszym współczesnym reżyserem kina akcji. Cameron ciągle pamięta nie tylko jak opowiada się historię, ale także jak kreśli się postacie, w gatunku, który pozornie nie pozostawia na to zbyt wiele miejsca. Cameron wie też jak kręcić sceny akcji. Widzi różnice pomiędzy szybkim a chaotycznym montażem. Oglądając finał "Avatara" cały czas jesteśmy tuż przy głównych bohaterach, śledzimy ich losy. Jednocześnie jesteśmy także w stanie ogarnąć całe pole bitwy, w żadnym momencie nie czujemy zagubienia. Sceny batalistyczne są u Camerona niczym powiew świeżego powietrza, po tym co było nam serwowane przez kilka ostatnich sezonów w filmach akcji. Niestety, inne aspekty "Avatara" nie przedstawiają się już tak różowo.
|
Fabuła jest dość prosta. Nie zdradzając zbyt wiele, napiszę tylko, że jest to ewidentna wariacja na temat "Tańczącego z wilkami", "Pocahontas" i "Walecznego serca", z tym, że Indian zastąpiono niebieskoskórymi mieszkańcami Pandory. Nie mam problemu z tym, że Cameron zdecydował się na prostą, dobrze znaną i uniwersalną historię. W końcu "Gwiezdne wojny" to także niezwykle prosta opowieść. Diabeł tkwi w szczegółach. W jednej z pierwszych scen, gdy widzimy Na'vi (mały spoiler) dosiadają oni wierzchowców przypominających konie, oraz wydają z siebie dziwnie znajome dźwięki. Indianie z "Tańczącego z wilkami" nie zostali zastąpieni przez Na'vi. Na'vi to Indianie!! Mają bardzo podobne zwyczaje, podobne ubrania, podobną hierarchię wartości. Nawet ich język brzmi podobnie. Różnią się jedynie wyglądem, a i to niezupełnie, bowiem w ich twarzach można wyraźnie dopatrzyć się charakterystycznych indiańskich rysów. Czy Cameron naprawdę uznał, że widzowie nie będą w stanie odczytać odrobinę bardziej subtelnej metafory? Nie mam Cameronowi za złe, że pożyczył główną historię swojego nowego filmu od "Tańczącego z wilkami" czy "Ostatniego samuraja". To w końcu dobra historia, idealnie nadająca się na oś epickiego dzieła, w którym wielka miłość miesza się z kinem akcji. Tylko czy skoro poświęcił tyle czasu na stworzenie rasy obcych, która wygląda przekonująco i jest w stanie zdobyć sympatię widza, to nie był w stanie obdarzyć ich własnymi cechami? Nie będę ukrywał, że był to dla mnie poważny zgrzyt w trakcie seansu. Niestety, nie ostatni.
|
Zapewne każdy kto widział trailer, czy chociażby teaser "Avatara" wie, po co ludzie przybyli na Pandorę. Po to, aby położyć rękę na olbrzymich złożach substancji "unobtainium" (James, naprawdę nie dało się wymyślić innej nazwy? Un-obtainium?), która to pełni rolę paliwa. Wielkie korporacje paliwowe wspomagane przez wojsko najeżdżają prostą, ale żyjącą w zgodzie z naturą społeczność. Próbują ich "cywilizować", budując szkoły, drogi, szpitale, ale miejscowa ludność nie jest tym zainteresowana. Chcą żyć tak jak wcześniej, a nade wszystko nie chcą opuścić swojej ziemi. Czy coś wam to przypomina? Jeśli dzwoni, ale nie jesteście pewni w którym kościele, to Cameron podpowiada: "we must fight terror with terror"; "shock and awe"; "lock and load". Brzmi znajomo? Pominę fakt, że w momencie premiery "Avatara" minął już prawie rok od kiedy George W. Bush przestał być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Za kilka lat to co dzisiaj jest mało subtelną aluzją do polityki zagranicznej Republikanów, a w szczególności do byłego prezydenta i jego ekipy, stanie się zupełnie nieczytelne. Mało tego! Jestem pewien, że niektórzy widzownie, szczególnie ci młodsi, już dzisiaj mogą odczuwać pewne zagubienie oglądając "Avatara". Czemu miało to polityczne tło służyć? Podkreśleniu, że Cameron dołączył do lewicującego Hollywood? Nachalny polityczny podtekst czyni filmowi tylko szkodę. Zamiast skupiać się na pięknie Pandory i zaprzyjaźniać się z głównymi bohaterami, cały czas zgrzytałem zębami gdy tylko postacie Camerona raczyły nas pełnymi przesłania dialogami. O warstwie ekologicznej filmu nie ma nawet co wspominać. Al Gore byłby dumny. Jak to się robi z klasą, bez nachalnego dydaktyzmu, pokazał w tym roku "Odlot".
|
Polityczne przesłanie "Avatara" oraz wręcz bezwstydne nawiązanie do historii amerykańskich Indian to dwa elementy, które nie pozwalały mi rozkoszować się tym co oglądałem w kinie. Uważam je za do tego stopnia krzywdzące dla filmu, że gdyby nie wprost olśniewająca warstwa wizualna, to prawdopodobnie zastanawiałbym się czy polecić wizytę w kinie. Cameron poczuł powołanie aby nawrócić widzów, aby ukazać im jak ważna jest nasza planeta, jak ważną są inne kultury, jak ważny jest szacunek dla odmienności. Wreszcie pragnął przekazać nam, że przemoc nigdy nie jest rozwiązaniem konfliktów. Bez wątpienia są to szczytne idee. Ale Cameron zdecydował się je wbić widzom do głowy w tak prostacki sposób, że w moim odczuciu osiągnął efekt wręcz przeciwny do zamierzonego. Dawno nie wyszedłem z kina z tak mieszanymi uczuciami. Z jednej strony piękno Pandory oraz dające się lubić postacie, z drugiej nachalne przesłanie podane z wdziękiem słonia.
Mimo wszystko "Avatar" to niezwykłe widowisko na które warto poświęcić czas i pieniądze, aby wybrać się do kina na seans 3D. Paradoksalnie, pomimo tego co napisałem powyżej, poważnie rozważam ponowne obejrzenie "Avatara" na dużym ekranie, chociażby dla samej Pandory. Nie zdziwię się, jeśli za drugim razem film spodoba mi się dużo bardziej. Prawdopodobnie jego nachalna dydaktyczność oraz lewicowość już mnie tak nie będzie raziła, więc będę mógł w pełni oddać się podziwianiu efektów specjalnych. Cieszę się, że James Cameron w końcu skończył ten film. Nie dlatego, że otworzy on nowy rozdział w kinie. Spodziewam się, że filmy 3D pozostaną ciekawostką, goszczącą na ekranach kin równie rzadko co dotychczas. Mam jednak nadzieję, że sam Cameron będzie w stanie w końcu zamknąć ten rozdział w swoim życiu i rzuci się w wir pracy nad następnymi filmami, na które nie będziemy czekać 12 lat. Podkreślę to jeszcze raz. Pomimo poważnych zastrzeżeń co do pewnych elementów "Avatara", nie mam wątpliwości, że jeśli chodzi o kino akcji, Cameron nie ma w tym momencie konkurencji.
 |
wytwórnia - 20th Century Fox/Lightstorm Entertainment, 2009
scenariusz i reżyseria - James Cameron
produkcja - James Cameron, Jon Landau, Colin Wilson
zdjęcia - Mauro Fiore
muzyka - James Horner
montaż - John Refoua, Stephen E. Rivkin
scenografia - Rick Carter, Robert Stromberg
efekty wizualne - Robert Legato, John Bruno, Joe Letteri
czas projekcji - 166 minut
wystąpili
Sam Worthington
Michelle Rodriguez
Zoe Saldana
Sigourney Weaver
Giovanni Ribisi
CCH Pounder
Stephen Lang
Joel Moore
Dileep Rao
|
(Jake Sully)
(Trudy Chacon)
(Neytiri)
(dr Grace Augustine)
(Selfridge)
(Moha)
(płk Quaritch)
(Norm Spellman)
(dr Max Patel)
|
|
 |