Strona główna KMF

BANDYCI Z LUDZKĄ TWARZĄ

    Pod kuriozalnym, polskim tytułem "Włamanie na śniadanie" czai się dość ciekawy film, który rości sobie pretensje do bycia czymś nader ambitnym, acz z tą ambicją to ma na bakier. W gruncie rzeczy do tej pory nie wiem z jakiego rodzaju filmem miałem do czynienia... Co może świadczyć albo na korzyść twórców, bo potrafili mnie zaskoczyć bądź też obrazuje to zagubienie tychże twórców, a po części i widza (skoro nie wie o co chodzi?).
    Historia zaczyna się w banku. Dwaj przyjaciele się kłócą. Nagle wstawka z "Kroniki Kryminalnej", gdzie zachrypnięty reporter zza kadru zaczyna snuć opowieść o dwóch bankowych rabusiach. Najpierw ucieczka z więzienia, pomysłowy napad na bank, rudowłosa kobieta, która zagmatwuje intrygę, następnie kolejne pomysłowe napady na bank i... tak docieramy do końca. Historia zatacza koło, finalnie jesteśmy znów w banku z początku filmu. Tyle z treści, której szczegółów specjalnie nie ujawniam, bo i po co?

    Przyznam, że film jest nudny. Jest owszem ciekawy, ale nie wyklucza owa ciekawość tego, że film dłuży się, rozciąga w czasię do niemożebnych rozmiarów, co powodowało częste zerkanie na zegarek. Ale tak się złożyło, że potraktowałem wiejącą z ekranu nudę nie jako oznakę bylejakości, a raczej oznakę kunsztu pisarskiego scenarzysty. Będę dwoił się i troił, ale film obronię. Bo wydaje mi się, że taki był cel autora scenariusza. Zaiste dziwna to sprawa. Sztuką jest jednak skupić się na bohaterach, ich mimice, gestach. Włożyć w ich usta słowa niebanalne i inteligentne. Powiedzieć coś bez słów, bez zbędnego dopowiadania, a dodatkowo jeszcze nie przesadzając z tworzeniem nadmiaru emocji udzielających się bohaterom. To buduje autentyczność. Przykładem niech będzie scena, gdy rudowłosa Kate Wheeler (naprawdę świetna Cate Blanchett) śpiewa w kuchni piosenkę, coś tam gotuje, skrobie, kroi. Przez drzwi wchodzi mężczyzna, jej mąż i od razu oznajmia, że musi wyjść. Obserwujemy w tej chwili jedynie spojrzenie Kate, pełne zrezygnowania i bezsilności. W tych kilku sekundach widać, że to osoba mająca depresję, której nie udało się za wiele, mimo tego, że ma pieniądze, piękne mieszkanie i może w gruncie rzeczy robić co chce.

 

    Postać grana przez Blanchett jest w ogóle najżywszą osobowością w filmie. Chociażby jej ciekawość rzeczy nowych, zafascynowanie innym życiem, po tym jak spotyka tytułowych Bandytów. Męscy bohaterowie są równie ciekawi i doskonale wpisują się w filmową (swoistą) nudę. Bruce Willis gra przystojnego, acz melancholijnego trochę twardziela, pewnego siębie, spokojnego mężczyznę. A Billy Bob Thornton to neurotyk, choleryk, ale jednocześnie diabelnie inteligentny facet. Razem stanowią trójkąt miłosno-przestępczy. Oni kochają ją, ona kocha ich dwóch, gdyż są oni uosobieniem jej ideału mężczyzny. Gdy więc staje niejako zmuszona przed wyborem, który z mężczyzn będzie właśnie tym jedynym, jej przeznaczonym... Nie podejmuje wyzwania i opuszcza ich obu. Mamy więc pewien dramat natury miłosnej, acz tu trzeba zaznaczyć, iż nie do końca udany, bo relacje na linii męsko-damsko-męskiej są niedopracowane i z lekka naciągane. Głupkowata bijatyka między facetami nie robi dobrze dla tego filmu.
    No tak, ale wcale nie jest powiedziane, że ma być bardzo poważnie, a psychologia postaci w 100 procentach zachowana. "Bandyci" to też widowisko sensacyjne. Napady na banki to wdzięczny filmowy temat, który aż prosi się o jakieś nieszablonowe rozwiązanie. Całe szczęście, że omawiany film całkiem ciekawie pogrywa ze stereotypami. Otóż bandyci to cholernie mili faceci. Nigdy nie użyją przemocy, nie strzelają, bo wolą trzymać ołówek w kieszeni niż rewolwer. Są przystojni, eleganccy, elokwentni, kulturalni. Poproszą o pieniądze i znikną za drzwiami zadowoleni. Miły uśmiech rozbraja strażników, kierowników banków (i ich rodziny) oraz pracownice bankowe. Tym bardziej stają się medialnymi gwiazdami bo przecież takich bandytów nie jest za wielu. Może to taki nowy nurt w kinie sensacyjnym gdzie główne role grają bankowi rabusię? Już nie brutale, już nie odszczepieńcy w stylu Bonnie i Clyde, a już na pewno nie wyrachowani przestępcy. Nowy rodzaj bandyctwa. Bandyctwo z ludzką twarzą.

    "Włamanie na śniadanie" to też komedia choć niezbyt udana. Humor delikatny, wręcz ledwo zauważalny, który objawia się w neurotycznych dialogach Boba Thorntona. Brak tu absurdu, czarnego humoru, groteski, ironii, a nawet chaplinowskiej autoparodii. Śmiejemy się z niezguły, z partactwa, z dziwnie miłych bandytów i to wszystko. Trochę za mało jak na komedię, która... komedią nie jest a zapewne chciałaby być. Taki to pokręcony los.

    Wspomniałem już o nudzie? Ach, tak... Wspomniałem, że film jest nudny. Ale to nuda w miarę ciekawa z którą warto się zapoznać. Film jest miły i sympatyczny i pomysłowy i w miarę inteligentny.
    I zapomniałem o nim 2 godziny później. Taki to film.


AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      

BANDITS (Włamanie na śniadanie)
USA 2001
strona oficjalna: http://www.mgm.com/bandits/home.html
czas trwania: 122 min
premiera w USA: 12.10.2001
premiera w Polsce: 26.07.2002 (Monolith)
reżyseria: Barry Levinson
scenariusz: Harley Peyton
obsada: Bruce Willis,
Cate Blanchett,
Billy Bob Thornton