Leniwie...


Od razu przyznam się bez bicia – kino izraelskie jest mi absolutnie obce i, szczerze mówiąc, zasiadając do seansu obawiałem się, że czeka mnie podobny szok jakiego doznałem podczas projekcji, tak ostatnio modnych horrorów azjatyckich, które miast mnie nastraszyć, wywołały dziwne połączenie irytacji i pustego śmiechu. Słowem - bałem się, że „Band Visit”, czy może lepiej - „Bikur-Ha Tizmoret”, będzie jednym z pierwszych i na pewno ostatnim filmem produkcji izraelskiej jaki dane mi będzie zobaczyć. To chyba normalne uczucie - połączenie ciekawości i obawy przed zawodem... Na szczęście, teraz, po projekcji filmu, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że „Band Visit” to obraz wyjątkowo dobry i zupełnie inny od tego co zwykłem oglądać dotychczas.

To jeden z tych filmów, w których tak naprawdę nic się nie dzieje, a jednocześnie nie sposób oderwać wzroku od ekranu. Mistrzem tego gatunku jest chyba Jim Jarmush, i jego arcyuroczo przegadany „Dym”. Nie znaczy to, oczywiście, że usiłuję porównać „Band Visit” do filmów twórcy „Kawy i papierosów”. To coś zupełnie innego.

Fabułę można zamknąć w dwóch zdaniach - egipska grupa policyjnej orkiestry zostaje wydelegowana do Izraela, gdzie ma być jedną z atrakcji imprezy kulturalnej w mieście Petah Tiqva. Na skutek pomyłki najmłodszego i najmniej rozgarniętego członka grupy, orkiestra ląduje w malutkiej mieścinie - Beit Hatikva, gdzie zdana jest na gościnność pracowników małego sklepu spożywczego, dla których wizyta umundurowanych Egipcjan, stanowi atrakcję i odmianę od codziennego, nudnego życia.

Od razu na pierwszy plan filmu wybija się lider zespołu – podstarzały Tawfiq Zacharay. Człowiek o niesamowicie smutnych oczach, a jednocześnie wzorowy reprezentant egipskiej delegacji, dbający o karność swojego zespołu. Tawfiq to zupełne przeciwieństwo najmłodszego z grupy muzyków - wrażliwego i dość wyluzowanego, dwudziestokilkuletniego miłośnika jazzu i pięknych niewiast.
Można by pomyśleć, że będzie to film o różnicach kulturowych, konfliktach rasowych, czy o problemie ludzkiej akceptacji nowego otoczenia. Na szczęście, reżyser beznadziejną sytuację muzyków przesunął na dalszy plan, aby przedstawić widzom najzwyklejszą opowieść o małych i dużych problemach normalnych ludzi. Jest więc tu konflikt i brak akceptacji - ale nie dotyczy on, bynajmniej, Izraelczyków i zagubionych w mieścinie Egipcjan., tylko surowego, konserwatywnego lidera zespołu i młodego lekkoducha. Jest klarnecista, który usiłuje ukończyć pisanie swojego solowego utworu i bezskutecznie poszukuje natchnienia. Jest też, zaskakująco podobna do Penelope Cruz, wdowa i właścicielka sklepu spożywczego, która pod płaszczem pewności siebie i wybuchowego charakteru, ukrywa uczucie samotności i świadomości starzenia się. Pojawia się też młody, chorobliwie nieśmiały Izraelczyk, który odnajdzie swojego mentora w rówieśniku z Egiptu (warto zwrócić uwagę na przezabawną scenę w prowincjonalnej dyskotece, gdzie muzyk, w dość nietypowy sposób, edukuje swojego ucznia).

Tak, więc szału nie ma - to nie jest film o wielkich tragediach, przygodach, romansach. To kino, które absorbuje swoim leniwym tempem i leniwymi postaciami. Postaci członków orkiestry, łącznie z jej szefem Tawfiq, odgrywane są w sposób wyjątkowo minimalistyczny. Właściwie, przez cały film odziani są w nieskazitelne, błękitne mundury, przemieszczają się marszowym krokiem, a ich twarze nie wyrażają absolutnie nic. To naprawdę robi wrażenie. Jedynie oczy Tawfiq Zacharaya, świadczą o tym, że człowiek ten ma duży bagaż tragicznych doświadczeń. Może to dlatego ta postać skojarzyła mi się z Billem Murrayem - aktorem, który mówi oczami.
Kolejną rzeczą, na którą nie sposób nie zwrócić uwagi to przeciągnięte, statyczne ujęcia, które, gdyby tylko nie były zapisem filmowym, mogłyby być częścią wystawy pt. ”Przypadki ludzkie”. Już na samym początku filmu, jesteśmy uraczeni ujęciem kilkuosobowej, błękitnej, stojącej na baczność orkiestry, otoczonej małymi bagażami na kółkach, która czeka nie wiadomo na co i zupełnie nie pasuje do miejsca, jakim jest parking prze lotniskiem. Co chwilę zachwycałem się jakąś sceną i chętnie zobaczę ten film raz jeszcze, żeby wychwycić wszystkie te poruszające, aczkolwiek statyczne, sceny.

Te przeciągnięte ujęcia ciekawie podkreślają klimat filmu. To w końcu opowieść o grupie sztywnych i mało energicznych muzyków, którzy trafiają do wysuszonej w upalnym słońcu mieściny, w której absolutnie nic się nie dzieje. Takie warunki nie przeszkodzą, oczywiście, przemianom wewnętrznym jakie przejdą niektórzy z bohaterów, a dla innych staną się źródłem dawno poszukiwanej inspiracji. Tu nawet dialogi są minimalistycznie leniwe, najczęściej grzecznościowe formułki i półzdania podparte rozmemłanymi spojrzeniami bohaterów. Sami muzycy są tak samo sztywni na jakich wyglądają, zagubieni we własnych myślach, wydają się być zupełnie obojętni na zaistniałą sytuację, są niemal niczym wielkie błękitne figurki przesuwane z miejsca na miejsce.

„Band visit” chwyta za serce i pozostawia po sobie miłe wspomnienie. Oby więcej takich filmów w naszych kinach. Toż to idealna odskocznia od „kina Europy”. Więcej nic nie powiem – nie chce mi się.

 

rok produkcji - 2009
reżyseria - Eran Kolirin
scenariusz - Eran Kolirin
montaż - Arik Leibovitch
zdjęcia - Shai Goldman
czas projekcji - 87 minut


AKTORZY


Ronit Elkabetz
Sasson Gabai
Uri Gavriel
Imad Jabarin



Autor recenzji: Jan Sałajczyk - COLDSEED | Klub Miłośników Filmu, 30 maj 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA