|
Podobnie jak miało to miejsce w przypadku azjatyckiej i amerykańskiej wersji
horroru „Oko”, które nomen omen również reżyserował duet braci Pang, tak i teraz
na ekranach polskich kin zawita jednocześnie oryginalny film azjatycki z roku
1999 i jego amerykańska wersja, ukończona w roku 2008. Możemy przypuszczać, że
powtórzy się historia sprzed kilku miesięcy i, nie oszukujmy się, dość leciwy
oryginał zostanie medialnie przyćmiony przez odświeżoną, w dodatku przez ten sam
duet reżyserski, wersję zachodnią, tym razem z Nicolasem Cage’em w roli głównej.
Powstaje pytanie, czy nad tym faktem płakać, czy może składać ręce do Boga i
dziękować mu, że zepchnie stary obraz Pangów gdzieś na margines box office’owej
rzeczywistości? I wiecie co? Wykażę się totalną ignorancją oraz
nieprofesjonalizmem i odpowiem, że nie mam pojęcia, który z filmów zasługuje na
palmę pierwszeństwa. Nie wiem, bo po obejrzeniu oryginału nie mam najmniejszej
ochoty sprawdzać, co zrobili z nim Amerykanie - przy pomocy Pangów rzecz jasna.
|
 |
 |
| Fabularnie, powiem szczerze i dosadnie, film woła o pomstę do nieba, ale wydawać
by się mogło, że duetowi reżyserskiemu właśnie o to chodziło. A i mówię
dlaczego: momentami, na dość zróżnicowanej ścieżce dźwiękowej, pojawiają się
wstawki do złudzenia przypominające sztampowe dżingle westernowe, a większość
westernów skomplikowaną konstrukcją fabularną nie grzeszyła, ale i grzeszyć nie
miała. Może i jest to delikatną, a może i potężną, nadinterpretacją, która
miałaby na celu częściową rehabilitację filmu – odbierzcie to, jak chcecie, ja w
„Bangkok Dangerous” naprawdę czuję ducha towarzyszącego filmom o twardzielach
rodem z ‘Dzikiego Zachodu’. Mamy bowiem trójkę przyjaciół – dwójkę mężczyzn, w
tym jednego głuchoniemego, i zmysłową dziewczynę pozostającą w czymś na kształt
luźnego związku z tym pełnosprawnym. Dziewczyna jest pośredniczką pomiędzy nimi,
a potężną organizacją mafijną, oni – jak łatwo można się domyślić –
specjalistami od pozbywania się ‘problemów’. I wszystko układa się doskonale, aż
do momentu, w którym to oni – broniąc swych racji – stają się największym
problemem przestępczego półświatka Bangkoku. Rozpoczyna się wojna, ideologicznie
podpierana słowami: zemsta, honor, miłość, obowiązek.
Nie znajdziemy tu żadnych wątków rodem z amerykańskich filmów sensacyjnych,
takich jak: ratowanie świata przed zagładą, odbijanie pięknych niewiast z rąk
rzezimieszków z kilkudniowym zarostem, dorabianie brutalnym zachowaniom
bohaterów całej etycznej ideologii. Nie! Bracia Pang z brutalną bezpośredniością
pokazują wszystko to, co ze zdegradowanym światem mafijnym się wiąże – gwałty,
zabójstwa, masowe mordy. Bracia Pang są brutalni, ale nie silą się na sztuczne
tłumaczenia i właśnie ten fakt przysporzy im zapewne tyle samo wrogów, co
zwolenników.
O ile w „Oku” można było wyraźnie dostrzec delikatne znamiona plastycznego
kunsztu azjatyckich twórców, o tyle w „Bangkok Dangerous” o ‘delikatnych
znamionach’ nie może być mowy. Wcześniejszy chronologicznie film Pangów wprost
kipi od plastycznych wybiegów, niekonwencjonalnych rozwiązań i agresywnych
zabiegów montażowych. Co i rusz spotykamy się z ujęciami stylizowanymi na obrazy
z kart komiksów. Niczym we śnie szaleńca podążamy prostą ścieżką normalności
tylko po to, by za moment stać się świadkami okraszonych bladym światłem
klimatycznych retrospektyw. W międzyczasie oślepiają nas intensywne światła
zadymionego klubu ze striptizem. Klubu, w którym obok panów w średnim wieku
pojawiają się płatni mordercy i członkowie mafijnej świty poszukujący w tłumie
zmysłowych kobiet. W tym samym klubie uderza nas ogłuszająca muzyka, która po
kilku chwilach zamienia się w melancholijne dźwięki bądź ciszę absolutną, która
towarzyszy nam, gdy twórcy pragną byśmy spojrzeli na świat z perspektywy
głuchoniemego mordercy. Pozostałe sceny wypełnia huk broni palnej i szkarłatny
odcień ludzkiej krwi.
|
 |
 |
| W trakcie opuszczania sali kinowej o moje uszy obiła się opinia, wedle której
inspiracją dla filmu miała być chora fascynacja przemocą i okrucieństwem.
Korzystając z okazji, jaką daje recenzentowi ta forma wypowiedzi, dla dobra
filmu, pozwolę sobie na polemikę z tym stanowiskiem.
Dzisiejsze kina zalewa horror ‘reanimowany z lat osiemdziesiątych’. Horror
wyrosły z chorej fascynacji śmiercią i torturami. Dzisiejsze komercyjne kolosy –
'Hostele’, ‘Piły’, ale i inne tego typu produkcje, takie jak niedawny „Nocny
pociąg z mięsem” są niczym innym, jak kontynuatorami filmów stylizowanych na
snuff („Guinea Pig”, „Canibal Holocaust”), czy też slasherów ("Piątek 13",
"Halloween"). To właśnie w tym przypadku możemy mówić o pewnej niepokojącej
tendencji, która pozwala na zarabianie ogromnych pieniędzy na przedstawieniach
nieludzko wynaturzonej śmierci. „Bangkok Dangerous” – do pewnego stopnia -
opowiada o okrutnym świecie współczesnych organizacji przestępczych i robi to
bez próby wygładzenia wszelkich kontrowersyjnych chropowacizn. Nie może
zrezygnować ze scen gwałtów, czy morderstw. Musi pokazać krew i bezwzględnych
morderców – musi, by nie stać się niedorzecznością na miarę ‘sensacji PG-13’, bo
świat mafii ani trochę PG-13 nie jest. Z drugiej strony bracia Pang nie miłują
się w wyszukanych scenach tortur i okaleczeń. Ich śmierć nadchodzi szybko, mknie
z prędkością ołowianej kuli. Jedynie w dwóch scenach – zaledwie dwóch! – pojawia
się broń biała, która wcale nie zostaje użyta z taką pomysłowością, z jaką
niejednokrotnie ją stosowano. I gdzie tu fascynacja okrucieństwem i przemocą?
Dla mnie, jak zresztą wspominałem, to fascynacja opowieściami o honorowych
bohaterach przeniesiona w realia kryminalnego półświatka.
Właśnie ze względu na ten twórczy chaos, jaki unosi się nad oryginalnym „Bangkok
Dangerous” nie mam zamiaru oglądać jego hollywoodzkiego odpowiednika. Wątpię, że
bracia Pang, którzy od roku 1999 dorośli jako twórcy, będą w stanie tchnąć w
amerykańską wersję tyle samo młodzieńczych ambicji, co w oryginał (w końcu,
remake „Oka” też braciom nie wyszedł). Dodatkowo, nie widzę Cage’a w żadnej z
ról z azjatyckiego pierwowzoru i nie rozumiem, dlaczego zdecydowano się na
usunięcie ze scenariusza głuchoniemego mordercy. W zamian, głuchoniema stała się
jego sympatia (w wersji tajskiej pełnosprawna i zafascynowana tajemniczym
przyjacielem)*. Jest to mocno subiektywne podejście, ale czy możliwe jest
napisanie i w porządku wobec siebie, i obiektywnie zarazem? Wracając do tematu,
polecam oryginał, a seans nowej wersji pozostawiam do wyboru wam, drodzy
czytelnicy – moje zdanie już znacie.
*
Nie widziałem wersji amerykańskiej, więc
informacje czerpię z forów internetowych. Zdaję sobie sprawę z tego, że informacje
mogą być błędne i jeśli rzeczywiście takimi się okażą, przepraszam i proszę o
bezlitosne wytknięcie błędu. | |
 |
produkcja - Tajlandia, 1999
reżyseria - D. Pang & O. C. Pang scenariusz - D. Pang
& O. C. Pang zdjęcia -
Decha Srimantra montaż - D. Pang & O. C. Pang czas projekcji -
105 minut
|
OBSADA
Pawalit Mongkolpisit Patharawarin Timkul
Pisek Intrakanchit Premsinee Ratanasopha |
|
|
Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL | Klub
Miłośników Filmu, 24 listopada 2008
STRONA GŁÓWNA |
RECENZJE KMF |
NAPISZ DO AUTORA
| |