Lata 1983-1986 ALTERNATYWY 4 (1983) Oto jeden z najlepszych seriali w historii polskiej telewizji, a z pewnością najlepszy serial komediowy. Po sportretowaniu i obśmianiu staromieszczan, dygnitarzy, sportowców, artystów i wszelkiej maści ludzi "ze środowiska", przyszedł czas na zwykłych, szarych obywateli, zebranych na odległym, rozgrzebanym blokowisku na warszawskim Ursynowie. Kogóż tam nie ma! Artystka bez głosu i talentu, wynalazca robota kolejkowego, menel z zasadami, nobliwy profesor "latającego uniwersytetu", samotna nauczycielka, myśliwy chwalipięta, skromna striptizerka, lekarz choleryk, robotnik dźwigowy, inwalida na wózku, obrotna emerytka, partyjny prominent i murzyn z Harvardu. Cała ta miniatura społeczeństwa, dzięki fantazji dziennikarza telewizyjnego, lekką ręką rozdającego mieszkania z listy przydziałów, stała się szczęśliwszą częścią tegoż społeczeństwa. Ich upragnione i wyczekane przez lata "M" spełniło się pod postacią bloku przy ul. Nowoprojektowanej 7, przemianowanej na partyjnym zebraniu na Alternatywy 4.
Tam już czekały na nich krzywe ściany, nierówne podłogi, cieknące kaloryfery, odchodzące tapety, śmiercionośne drzwi, rurki gazowe na środku kuchni, podsłuch w ścianach, niebezpieczni budowlańcy z zestawem usług, mogącym pozbawić życia lub bańki z sokiem malinowym i wiele innych niespodzianek. Czy to zestaw scenograficzny dla autora filmowego horroru? Nie, tak wyglądały realia budownictwa mieszkaniowego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Bareja jak zwykle nie musiał niczego wymyślać. Rzeczywistość rzucała mu pod nogi gotowe pomysły, które wystarczyło fantazyjnie ubrać w filmowy gag, by otrzymać telewizyjny przebój. Ale na przeprowadzających się na na Ursynów "szczęśliwców" czekał jeszcze ktoś. Były kierownik wydziału kultury z Pułtuska, zawzięty karierowicz Stanisław Anioł z małżonką. Sprowadzając się do stolicy ze zwichniętymi ambicjami, dostrzegł swoją szansę na awans społeczny w przydzielonej mu funkcji gospodarza domu. Ale zamiast spełniać zwyczajowe obowiązki ciecia, który myje, zamiata i kosi trawniki, nasz anioł stróż bierze za przysłowiową mordę całą, Bogu ducha winną blokową menażerię. Klatka w bloku zamienia się w czteropiętrowy obóz pracy. Iście esbeckie metody inwigilacji, zastraszania i okłamywania mieszkańców, przybierają jednak z czasem zupełnie inny obrót...
Stanisław Bareja nosił się z pomysłem serialu już od 1979 roku, lecz dopiero na początku lat 80-tych, telewizyjna wytwórnia Poltel zdecydowała się na produkcję "Alternatywy 4". Bareja rozpoczął zdjęcia przy ul. Cynamonowej na Ursynowie we wrześniu 1981 roku. 9 grudnia ekipa przeniosła się do hal Poltelu, by zrealizować sekwencje atelierowe. Niestety, cztery dni później pozaekranowa rzeczywistość, która swego czasu pomogła Barei w pomyślnej kolaudacji "Misia", uderzyła ze zdwojoną siłą stanu wojennego. Produkcja serialu ruszyła ponownie w marcu 1982 roku, kiedy żołnierze opuścili hale zdjęciowe a aktorzy, uczestniczący w powszechnym bojkocie telewizji (słynne "KłamsTVo"), dostali jednorazową dyspenzę od Związku Artystów Scen Polskich, na zagranie u Barei. W tym samym roku zakończono realizację serialu.
Tu rozpoczęły się przepychanki z cenzurą. Dla strażników socjalistycznej moralności ością w gardle stanął przed wszystkim podsłuch zakładany w mieszkaniu profesora Dąb-Rozwadowskiego. Aby nie sugerować żadnego oficjalnego aparatu kontroli, Bareja dokręcił kilka scen, z których jasno wynika, że podsłuch zakładają ludzie z paramilitarnego stowarzyszenia "Grunwald", kierowanego przez reżysera Zarębę (kolejny raz temat Grunwaldu i kolejny przytyk w stronę Bohdana Poręby). Lecz i to rozwiazanie nie spodobało się na Mysiej. Oprócz tego Bareja miał dokonać kilku innych poprawek. Walka z cenzurą wlokła się aż do września 1986 (inne źródło podaje listopad tegoż roku), kiedy to Telewizja Polska wreszcie wyemitowała "Alternatywy 4". Lecz tak naprawdę, fragment jednego z odcinków został wyemitowany już w grudniu 1982 roku, gdy pracownicy Telewizji Polskiej, w konspiracji kopiując serial na kasety, przypadkowo podali sygnał bezpośrednio na antenę, w dodatku przerywając emitowany właśnie program, gloryfikujący sowiecką gospodarkę, nadawany z okazji 60 rocznicy powstania Związku Radzieckiego... :)
"Alternatywy 4" to mimo technicznych niedociągnięć serial mistrzowski. Przede wszystkim Barei i jego dwóm współscenarzystom, udało się stworzyć spójny ekranowy światek, będący parafrazą państwa policyjnego z działającym aparatem nacisku i obywatelami, których - wydaje się - jedynym celem jest wystrychnięcie zamordysty Anioła na dudka. Gospodarz domu co rusz jest konfrontowany a to z inteligentnym profesorem, a to z nie dającym sobie w kaszę dmuchać Balcerkiem, czy zastraszonym Zenobiuszem Furmanem. Jedynym, przed którym prymitywny Anioł czuje lizusowski respekt, jest legendarny towarzysz Jan Winnicki, który szczęśliwie dla Anioła sprowadza się na Alternatywy 4, a wraz z nim olbrzymia reprodukcja "Bitwy pod Grunwaldem" Jana Matejki ("u nas na Targówku też jest taka bitwa, jak rzucą balerony do rzeźnika, tyle że bab jest więcej..." rzeczowo komentuje dzieło Balcerek). Ulubiona i dopracowana do perfekcji przez Bareję fragmentaryczna konstrukcja scenariusza, ma tutaj po raz kolejny okazję rozwinąć skrzydła. Każda wizyta kamery u kogoś z lokatorów to po prostu lawina śmiechu, wynikająca z walki ściśle scharakteryzowanego bohatera z oporną, gierkowską technologią budowlaną, biurokratycznym absurdem, walką o każdy towar w dobie kryzysu i zwykłymi ludzkimi ułomnościami i przywarami. Serial doskonale wygrywa właściwie każdy aspekt scenariusza, ocierający o zjadliwą i bezkompromisową satyrę.
Asem atutowym serialu jest obsada. Roman Wilhelmi jako Stanisław Anioł, stworzył drugą kreację swego życia, zaraz po dopiero co ukończonej "Karierze Nikodema Dyzmy". Jego postać to przefitrowane na komediową modłę studium przebiegłego dyktatora, dla którego czytanie cudzej korespondencji to rzecz najnormalniejsza w świecie. Wilhelmi był tak groteskowo wiarygodny, że czasami można wręcz odnieść wrażenie, że Bareja pozostawił aktorowi wolną rękę w reżyserowaniu postaci Anioła. Inną "drugą kreacją życia" jest Józek Balcerek, w wykonaniu fenomenalnego Witolda Pyrkosza. Aktor przed "Alternatywami" zagrał eleganckiego włamywacza Duńczyka w "Vabanku" Juliusza Machulskiego (1981) i kontrast pomiędzy obiema tymi postaciami jest uderzający i dowodzi niekwestionowanego kunsztu Pyrkosza, który u Barei tak wdzięcznie zagrał ochrypłego "marginesa" i "elementa", od którego właściwie można uczyć się moralności starej, przedwojennej daty. Sam aktor w swoim dorobku wyżej stawia tylko rolę Pyzdry w "Janosiku" Jerzego Passendorfera (1974).
Reszta mieszkańców bloku to sam kwiat polskiego filmu i teatru. Przezabawny duet antagonistów Kazimierz Kaczor - Jerzy Kryszak, których jednoczy wspólna walka o paczkę z Ameryki; etatowi "barejowcy", czyli Bronisław Pawlik, Wojciech Pokora i Wiesław Gołas; jak zwykle wielcy : Janusz Gajos, Mieczysław Voit, Jerzy Bończak, Ryszard Pietruski i Jerzy Turek ; wybitne panie : Bożena Dykiel, jako tępa Miećka Aniołowa, Zofia Czerwińska, czyli wystraszona Zocha Balcerkowa, jeszcze szczupła "pani magister" Stanisława Celińska, Krystyna Tkacz jako żona dźwigowego Kotka, Ewa Ziętek w roli mało rozgarniętej gosposi u profesora, czy nieżyjąca już Barbara Rachwalska, czyli emerytka, dla której kolejki po mięso nie mają żadnych tajemnic. Z pozostałych byłych najbliższych współpracowników Stanisława Barei w epizodach widać tylko wąsatego Jacka Fedorowicza, jego brata Andrzeja, Tadeusza Plucińskiego, Jana Kobuszewskiego i ucharakteryzowanego na fuehrera Eugeniusza Robaczewskiego, który w "Misiu" "dawał od razu Gis!". No i nie można pominąć samego reżysera, który wcielił się w mamroczącego dzielnicowgo Parysa.
Nie czekając na decyzję cenzury, dopuszczającą "Alternatywy 4" na srebrne ekrany, Stanisław Bareja w 1985 roku rozpoczął realizację kolejnego serialu komediowego, pod roboczym tytułem "Zawód taksówkarz"...
ZMIENNICY
(1987) Ostatnie dzieło Stanisława Barei to kolejna wielowątkowa opowieść, tym razem rozgrywająca się głównie w środowisku taksówkarzy. Poniewierana przez pracodawców, atrakcyjna szoferka Katarzyna Piórecka, rzuca pracę za kółkiem "Żuka", by znaleźć zatrudnienie w Warszawskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym. Na jej drodze staje szowinistyczny personalny Łukasik. Zdesperowana Kasia przebiera się za Mariana Koniuszko, tępego syna swego byłego przełożonego i... zostaje przyjęta. Jej zmiennikiem na taryfie 1313 okazuje się młody Jacek Żytkiewicz, którego zmiennik Lesiak został przygnieciony przez pomnik Zwycięskiej Myszy Postępu i Tradycji, która (niczym słomiany miś, lecący nad Warszawą) urywa się z łańcucha i spada na samochód Staszka Lesiaka. Równolegle prowadzony polsko-niemiecko-syjamski wątek przemytniczo-kryminalny, wskutek splotu przypadków, zazębia się z losami zmienników. Od tej pory Jacek i Kasia/Marian muszą walczyć nie tylko z codziennymi realiami upadającego komunizmu, doby II etapu reformy, ale i z przestępcami, którzy za wszelką cenę chcą odzyskać dolary, ukryte w taksówce. Jakby tego było mało, Jacek nawiązuje osobisty kontakt z Kasią, nie mając pojęcia, że rzekomy Marian Koniuszko, to właśnie ona...
Pierwotnie Stanisław Bareja rozpoczął pracę nad scenariuszem wspólnie z Jackiem Snopkiewiczem, lecz gdy ten wyjechał do USA, obowiązki drugiego scenarzysty przejął zmarły niedawno Jacek Janczarski. Kobieca rola główna przypadła jego żonie, Ewie Błaszczyk. "Zmiennicy" to już Bareja nieco uspokojony, cieplejszy, nie szarżujący bezlitosną kpiną, jak w "Misiu". Lecz jego styl jest doskonale rozpoznawalny, zarówno w wyjątkowym rozmnożeniu wątków pobocznych, jak i niezmiennie rozśmieszających, typowo barejowskich gagach. Ten niepowtarzalny humor nie jest jednak obecny pod postacią krótkich, dosadnych skeczy, które stanowiły o wielkości "Bruneta wieczorową porą". Formuła 15-odcinkowego serialu, niejako automatycznie rozciągnęła w czasie "punktowy" humor reżysera. Znając wcześniejsze dokonania Barei, można bez trudu wskazać źródła autoinspiracji twórcy. Przebieranki i wynikająca z nich komedia pomyłek to zmodyfikowany "Poszukiwany poszukiwana". Prezes wydawnictwa "Opoka" (Gustaw Lutkiewicz) to nieco inteligentniejsza wersja "zawodowego dyrektora" z tego samego filmu, który w przeszłości szefował zarówno operze, jak i centrali rybnej. Aluzja do "Misia" pod postacią pomnika Myszy, która zrywa się ze śmigłowca, jest oczywista. Także z "Misia" przedostały się do serialu nierozgarnięte spikerki na lotnisku Okęcie. Mizerię intelektualną środowiska filmowców, poznajemy w wątku bufonowatego reżysera Rawicza, kręcącego gniota pod znamiennym tytułem "Spadkobiercy Grunwaldu".
Jacek Żytkiewicz jeździ do pracy dokładnie wg wytycznych Józefa Nalberczaka z genialnego monologu z "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz". Mięsne rarytasy, za którymi matka Kasi stoi w kilkudniowych kolejkach, to już standard u Barei. Kelner z Kutna (doskonały epizod "Bene" Rychtera), to dobry znajomy bezczelnych pań z restauracji i barów mlecznych "Misia". Trup Krępaka z "Bruneta wieczorową porą", zastąpiono ciałem kobiety w łazience mieszkania skacowanego Mroczkowskiego. "Zmiennicy" to dalszy ciąg tworzenia nowych świeckich tradycji, takich jak przyjaźń polsko-syjamska (wg starego, ludowego porzekadła "Polak Syjamczyk dwa bratanki"), czy plewienie przesądów i zabobonów w bloku przy ulicy Alternatywy 4 (!). Wyskakujący jak spod ziemi milicjanci, zostali w "Zmiennikach" zastąpieni jednym Adamem Ferencym, który jako funkcjonariusz Borkowski, pełni służbę zarówno jako zwykły krawężnik, jak i siły specjalne Polskich Linii Lotnicznych. Stanisław Bareja tym razem awansował sam siebie i po rolach pijaczków i milicjantów, zagrał postać syjamskiego gangstera polskiego pochodzenia, który otaczany jest szacunkiem nie mniejszym, niż Don Vito Corleone. Pracujący dla niego Krashan (rola życia Piotra Pręgowskiego), nawet całuje go w pierścień na palcu. Zaiste to doskonałe podsumowanie kariery Barei i podkreślenie szacunku, na jaki ten wyjątkowy twórca zasłużył sobie z nawiązką.
Stanisław Bareja powiedział kiedyś, że z jego filmów będzie można nauczać najnowszej historii. Nie pomylił się ani trochę. Oglądani na początku XXI wieku "Zmiennicy", to fascynująca wycieczka w nie tak przecież znowu odległą przeszłość. Dla młodych ludzi, nie pamiętających połowy lat 80-tych, ten serial to niemal fantastyka. Starsi mogą powspominać komitety kolejkowe, kartki na mięso, talony na benzynę, ultradeficytowy papier toaletowy, Berlin Zachodni, zabawne hasła o trzeźwości w pracy, ówczesną modę na dżinsowe mundurki i wiele innych, dziś rozśmieszających do rozpuku składników ówczesnej paranoicznej rzeczywistości. Kontrapunktem dla niej jest zaskakująco ciepło poprowadzony wątek miłosny Kasi i Jacka. Poprzednie filmy Barei (nie licząc wczesnych komedii z lat 60-tych), przemawiały do rozumu i przepony, tutaj zaangażowane jest także serce. Ostatni odcinek serialu kończy się obrazkiem zakochanej pary na środku warszawskiego korka ulicznego. Z perspektywy czasu można by tę scenę uznać za odrobinę nietypowe, ale wzruszające pożegnanie się wybitnego artysty ze swoim dziełem, gdyby nie to, że Bareja nie wiedział, że po "Zmiennikach" nie nakręci już niczego. W trakcie kolejnych utarczek z aparatem cenzorskim, chcącym jak zwykle uciąć Barei to i tamto, 14 czerwca 1987 roku w niemieckim Essen, reżyser zmarł na wylew, nie doczekawszy się emisji "Zmienników". Dopiero we wrześniu tego samego roku, Telewizja Polska rozpoczęła emisję serialu...
Wypisano już morze atramentu, spekulując, co było gdyby Stanisław Bareja doczekał upadku komunizmu i pracy w nowych warunkach. Czy potrafiłby dostosować się do rzeczywistości po 1989 roku i nakręcić równie dobre i śmieszne filmy, ukazujące spryt, pomysłowość i obnażające głupotę i małe łajdactwa Polaków? Czy może zwróciłby się ku poważniejszej problematyce społecznej? Albo poniósłby klęskę, jak Stanisław Tym i Sylwester Chęciński, którzy moim zdaniem nieudolnie i żenująco dopisali dalsze losy Ryszarda "Misia Rysia" Ochódzkiego w "Rozmowach kontrolowanych"? Nie ma co gdybać. Filmy Stanisława Barei przeżywają obecnie druga młodość, są wznawiane na DVD, wygrywają we wszelkich prasowych, telewizyjnych i internetowych plebiscytach na najlepsze polskie komedie, plasują się w czołówce najpopularniejszych dzieł kina polskiego w ogóle, rekordowa ilość dialogów wiedzie od dawna samodzielny, pozafilmowy żywot, aktorskie kreacje Pokory, Tyma, Fedorowicza, Gołasa, Kowalewskiego, Pyrkosza, oraz nieżyjących Bronisława Pawlika, Mieczysława Czechowicza, Jerzego Dobrowolskiego czy Romama Wilhelmiego, przylgnęły do ich wizerunku na stałe i są po dziś dzień wspominane i przywoływane przez kolejne pokolenia widzów. Doprawdy, tak żywej spuścizny wśród polskich twórców filmowych nie zostawił z całą pewnością żaden reżyser, z wyjątkiem Stanisława Barei. To pisałem ja, Szczypiński Adrian, pismak II klasy.
INNE WCIELENIA TWÓRCZE POWRÓT DO WYBORU |