Do niedawna tytuł "Battlestar
Galactica" wywoływał na twarzach fanów SF uśmiech; serial z lat 70-tych
miał kilka grzechów: słabe efekty specjalne, zabawną scenografię i
kostiumy, a także mało interesujący scenariusz. Teraz jednak to się
zmieni. Oto bowiem dwa lata temu powstał pilot serialu, który już
wywołał małą rewolucję w świecie science fiction. Można bowiem śmiało
stwierdzić, iż jest to jedna z najlepszych produkcji gatunku ostatnich
lat! Oryginalna "Gwiazda Bojowa Galaktyka" powstała na fali bijących
wówczas rekordy popularności "Gwiezdnych Wojen". Emisję serialu
rozpoczęła w roku 1978 stacja ABC. Przetrwał on co prawda jedynie jeden
sezon, jednak za oceanem zyskał rzesze zwolenników. Później także
podejmowano próby wskrzeszenia go, jednak o "Galactica: 1980" fani wolą
raczej zapomnieć. "Gwiazda Bojowa Galaktyka", mimo wszystkich swoich
wad, była pewnym przełomem, przynajmniej jeśli chodzi o produkcje
telewizyjne. Był to zupełnie inny serial, niż pamiętny "Star Trek";
dalece bardziej poważny, z ciekawym pomysłem i stosunkowo mrocznym
klimatem. Producenci niestety przeliczyli się w szacunkach – każdy
odcinek kosztował około miliona dolarów, tak więc to brutalne prawa
ekonomii przesądziły o losie "Galaktyki".
|
 |
 |
Dopiero pod koniec 2001 roku na
poważnie wrócono do tematu. Próby przywrócenia tytułowi należnemu mu
miejsca podjęła się stacja SciFi Channel. Do prac nad projektem
zaproszono Ronalda D. Moore'a – uznanego już scenarzystę i producenta.
Był on znany wcześniej z prac nad serią Star Trek, gdzie m. in. napisał
scenariusz do rewelacyjnego, ostatniego odcinka kultowego już "The Next
Generations", czy filmowego "First Contact". Maczał także palce przy
produkcji popularnego serialu "Roswell", czy ostatnio "Carnivale"
zrealizowanego dla HBO. Wraz z producentem wykonawczym Davidem Eickiem
(seria Hercules) przygotowali projekt mini-serii, która wkrótce miała
podbić serca widzów. Wojna z Cylonami skończyła się 40 lat wcześniej.
Wówczas to owe stworzone przez człowieka maszyny odleciały w
poszukiwaniu własnego świata i słuch o nich zaginął. Mieszkańcom
dwunastu kolonii wydawało się, iż mroczne czasy należą do przeszłości.
Jednakże Cyloni nie odeszli na zawsze. Czekali. Przygotowywali się. Aby
ostatecznie jednym, błyskawicznym atakiem unicestwić całą ludzkość...
Nieliczni którzy przetrwali atak uciekając przed bezlitosnymi maszynami,
wyruszają w poszukiwaniu mitycznego świata, zaginionej, trzynastej
kolonii... Ziemi. Ostatnią nadzieją ludzi okazuje się ostatni statek z
serii olbrzymich, gwiezdnych krążowników, BATTLESTAR GALACTICA.
"Battlestar Galactica" jest, co raczej nieczęste, nie tylko doskonałym
remake'iem. Co więcej – nowa wersja okazuje się być zdecydowanie lepsza
od oryginału! Moore stworzył dzieło niemal genialne właśnie dlatego, iż
z pierwowzoru zachował te elementy, które pasowały do jego własnej
koncepcji, resztę zaś zmienił, albo pominął kompletnie.
Oczywiście, stało się to źródłem ataków ze strony zagorzałych fanów
oryginału, którzy niejednokrotnie wytykali, iż zmiany te poszły za
daleko. Przy tej okazji najczęściej przytacza się przykład jednej z
głównych postaci, porucznik Sturbuck. W serialu z lat 70-tych w tę rolę
wcielił się Dirk Benedikt (lepiej w Polsce znany jako Templeton 'Buźka'
Peck z "Drużyny A"). W nowej wersji Sturbuck... jest kobietą!
Pomijając jednak to trzeba przyznać, iż wszelkie zmiany jakich dokonał
Moore są tyle przemyślane, co potrzebne. I zdecydowanie wychodzą serii
na dobre.
|
 |
 |
|
Jednak co czyni "Battlestar Galactica" pozycją z jednej strony
wyjątkową, z drugiej zaś obowiązkową, nie tylko dla fanów SF?
Przyczyn jest wiele. Najważniejszą jednak z nich jest prosty
fakt – praktycznie od pierwszej minuty widz zostaje niemalże
zahipnotyzowany... Serial urzeka klimatem, historią, sposobem
realizacji. Przez cały czas ma się wrażenie, iż obcuje się z
dziełem niezwykłym, nietuzinkowym.
I to chyba klimat właśnie decyduje o sposobie odbioru tej
produkcji. Jest on niesamowity – mroczny... bardzo mroczny,
apokaliptyczny. Oto bowiem niedobitki rasy ludzkiej bezustannie
muszą uciekać przed demonicznymi maszynami. Czuje się ich
strach, podniecenie, a jednocześnie determinację.
|
|
"Battlestar Galactica" to zresztą
bogata galeria ludzkich charakterów. Charakterów właśnie, a nie tylko
postaci. Te bowiem zostały rewelacyjnie nakreślone. Są wielowymiarowe,
pełne życia i zdecydowanie niejednoznaczne, jak to często ma miejsce. I
tak też komandor William Adama nie jest typem dowódcy doskonałego.
Owszem, w roli tej sprawdza się wyśmienicie, jednocześnie jednak ma
świadomość, iż zawiódł jako mąż i ojciec, co nie pozostaje bez wpływu na
kontakty z synem, kapitanem Lee 'Apollo' Adama, przydzielonym na
Galactice na krótko przed atakiem, z którym trudno mu się będzie zrazu
porozumieć. Z kolei jego pierwszy oficer, pułkownik Saul Tight, jest
alkoholikiem. Nie sposób też nie wspomnieć o doktorze Gaiusie Baltharze,
genialnym naukowcu, współodpowiedzialnym jednak – choć nieświadomie – za
ułatwienie Cylonom ataku na Kolonie. Jest to bodaj najtragiczniejsza
postać serialu; tchórzliwy i zarozumiały, choć postawiony w trudnej
sytuacji. Oto bowiem to właśnie jego asystentka i kochanka okazuje się
być Cylonem, później zaś, już po ataku, w jakiś sposób manipuluje nim
nadal, już jako swego rodzaju wytwór jego wyobraźni. Balthar zaś nie
potrafi, a raczej nie chce, znaleźć wyjścia z tej jakże patowej
sytuacji. Lista ta w zasadzie nie ma końca, bowiem praktycznie każdy
członek załogi w pewnym momencie ukazuje swoje gorsze oblicze.
Nie sposób nie wspomnieć też o samych Cylonach. W pierwowzorze zostali
oni stworzeni przez obcą rasę zwaną – nomen omen – Cylonami. W wersji
Moore'a to ludzie okazują się być ich twórcami. Były one wykorzystywane
głównie jako siła robocza. Jednakże w pewnym momencie maszyny zbuntowały
się przeciwko swym twórcom, co doprowadziło do wyniszczającej wojny.
Pomysł z całą pewnością nie nowy, od razu bowiem przychodzą na myśl
skojarzenia z "Terminatorem" choćby. Tu jednak wątek ten poprowadzono
wyśmienicie. W przeciwieństwie do obrazu Camerona nie wszyscy Cyloni są
bezdusznymi robotami. Po przegranej wojnie odleciały one do nowego
świata, w którym ewoluowały... w ludzi! Istnieją kopie tak doskonałe, że
niemal nie sposób odróżnić ich od swych twórców. I tu pojawia się
kolejne fundamentalne pytanie o to co czyni nas ludźmi? Pod tym względem
"Battlestar Galactica" zbliża się raczej do "Blade Runnera" Scotta.
Cyloni bowiem czują i myślą tak jak my. O ironię zakrawa fakt, iż to
właśnie robot, Numer Sześć, próbuje uczulić Balthara na istnienie Boga
(a nie bogów – Władców Kobolu)! Co więcej – niektórzy nie zdają sobie
sprawy, iż są jedynie maszynami. Jeden z takich modeli, stworzonych na
podobieństwo porucznik Sharon Valerii, nie potrafi pogodzić się z
prawdą. Zakończenie pierwszej serii przynosi w tej kwestii kolejne
niespodzianki...
|
|
 |
 |
Kolejną rzeczą o której warto
wspomnieć jest świat przedstawiony w serialu. Jest on niezwykle spójny,
dopracowany i przemyślany. Wszystko jest na swoim miejscu. Nie ma mowy o
prostych rozwiązaniach w stylu Star Treka, gdzie 'drobna modyfikacja
deflektora' zdaje się być lekarstwem na każdą bolączkę. "Battlestar
Galactica" w niczym nie przypomina kultowych seriali Gene'a Roddenberry.
Bliżej mu raczej do zapomnianych już nieco "Babilon 5" czy "Gwiezdnej
Eskadry". Mimo, iż akcja serialu dzieje się w kosmosie, świat w nim jest
odbiciem naszego. Sama Galactica na swój sposób przypomina współczesne
lotniskowce – najpotężniejszą broń konwencjonalną. Nie można nie
zauważyć, iż specyficzna hierarchia, zwyczaje, nawet stopnie wzorowane
są na amerykańskiej marynarce wojennej. Ba! Na pokładzie stacjonuje
nawet oddział marines! Podobnie jest z samym systemem dowodzenia.
Komandor Adama jest głównodowodzącym siłami zbrojnymi, jednak formalnie
podlega rozkazom pani prezydent Roslin, która w chwili ataku sprawowała
urząd ministra edukacji. Współpraca ta nie zawsze układa się
bezproblemowo – oboje wszak muszą nauczyć się zaufania i współpracy. Jak
się ostatecznie okaże, nie będzie to proste.
Na koniec, nie sposób nie wspomnieć o kwestiach technicznych. Po
pierwsze, w oczy od razu rzuca się dobre aktorstwo. Pierwsze skrzypce
grają oczywiście Edward James Olmos, który wcielił się w rolę komandora
Williama Adamy oraz znana choćby z "Tańczącego z Wilkami" Mary McDonnell,
w roli prezydent Laury Roslin. Rewelacyjny jest też James Callis grający
Gaiusa Balthara. Reszcie obsady również nie można mieć nic do
zarzucenia. Podobnie jest ze stroną techniczną. Efekty specjalne co
prawda z hollywoodzkimi produkcjami równać się nie mogą, jednakże triki
komputerowe zastosowane w serialu muszą budzić uznanie. Dobra jest także
muzyka. Nie jest przesadnie wyeksponowana, nastawiona raczej na
umiejętne budowanie atmosfery, doskonale jednak sprawdza się do formuły,
jaką przyjęli twórcy.
Koniec końców – "Battlestar Galactica" trochę niespodziewanie stał się
jednym z najważniejszych dzieł science fiction ostatnich lat. I
najlepszych. Pozycja obowiązkowa dla fanów gatunku, a i inni mogą się
mile rozczarować. Gorąco polecam!
 |
BATTLESTAR
GALACTICA
Pomysł serii: Glen A. Larson,
Ronald D. Moore
Reżyseria: różni reżyserzy
Scenariusz: różni scenarzyści
Muzyka: Richard Gibbs, Bear McCreary
Zdjęcia: Stephen McNutt
Wystąpili:
Edward James Olmos – Komandor William 'Husker' Adama
Mary McDonnell – Prezydent Laura Roslin
Michael Hogan – Pułkownik Saul Tight
Jamie Barber – Kapitan Lee 'Apollo' Adama
Katee Sackhoff – Porucznik Kara 'Starbuck' Thrace
James Callis – Doktor Gaius Balthar
Grace Park – Porucznik Sharon 'Boomer' Valeri
Tricia Helfer – Numer Sześć
Klub
Miłośników Filmu | 10 X 2005 |
|
| Autor recenzji:
Marcin Tadera - LOCUTUS |
|