STRONA GŁÓWNA
|
RECENZJE KMF
|
NAPISZ DO AUTORA
W czerwcu tego roku obchodzimy rocznicę wydarzeń związanych z ruchem społecznym,
jakim była Solidarność. W wielu innych krajach taka uroczystość jest pretekstem
do świętowania, a w Polsce niestety okazją do sporów i narzekań. Przykre jest
to, iż ludzie, którzy brali udział w tych wydarzeniach, dzisiaj darzą się
nienawiścią. Ale nie chcę pisać o współczesności, tylko o filmie, który moim
zdaniem odzwierciedla dokładnie stan w jakim ten ruch społeczny znalazł się
dzisiaj.
Kiedy w roku 1976 Wajda realizował „Człowieka z marmuru”, dawał świadectwo
powstawania potężnego ruchu społecznego. Solidarność wyłoniła się wkrótce potem,
ku zaskoczeniu światowej opinii jako ogromny impuls społeczny. Ten ruch został
zdławiony, ale nie zniknął. Nastąpiło to dopiero w 1981 roku przez wojskowy
zamach stanu generała Jaruzelskiego.
W 1983 roku Krzysztof Kieślowski realizuje film „Bez końca” z udziałem aktora
Jerzego Radziwiłowicza, grającego właśnie w „Człowieku z marmuru” dwie postacie:
Birkuta (bohatera, ofiarę pracy socjalistycznej i jego syna). Daleki od tamtej
zwycięskiej energii, Antek, adwokat, którego odtwarza Radziwiłowicz w filmie
Kieślowskiego, już na początku informuje o swojej śmierci.
Siedem lat później entuzjastyczne przekonanie o dynamice zmian i rozkładzie
władzy ustąpiło równie silnemu przekonaniu, że Polska w każdej dziedzinie
znajduje się na równi pochyłej, w obliczu ponurych i zniechęcających perspektyw.
Patrząc wstecz, można by odkryć w tym braku nadziei impuls do bardziej
radykalnych ruchów i spontanicznych strajków. Zapowiedź takiego odrodzenia w
„Bez końca” jest dostrzegalna jedynie na spodzie, w reakcji na wewnętrzną
porażkę bohaterów filmu pokonanych przez depresje i agonię.
Rzadko kiedy w kinie widzieliśmy bardziej mroczny i pesymistyczny obraz
narodowej rzeczywistości. Kieślowski obraca swój film przeciwko władzy, jednak w
perspektywie całkowicie odmiennej od filmu opozycyjnego. Zazwyczaj taki film
ukazuje sytuacje nie do przyjęcia, ale do naprawienia i środki naprawy, o które
walczy. „Bez końca” o nic nie walczy, oprócz być może śmierci (te ataki serca,
te wypadki samochodowe, to zatrucie gazem).
|
 |
 |
|
Narracja tego filmu, od samego początku rozwijająca się nieomal w wszechobecnej
atmosferze śmierci, później wzbogaca się nowymi problemami, których ewentualne
rozwiązanie ciągle siłą rzeczy odsyła do przeszłości i dla których nie ma
dobrych wyjść. Ula czuje się moralnie odpowiedzialna za polityczny proces, w
którym występował jako adwokat jej zmarły mąż. Prawem paradoksu jej pragnienie
pójścia do przodu w celu rozwikłania tej sytuacji nieustannie ciągnie ją do
tyłu. Poszukując nowego adwokata do prowadzenia sprawy, trafia na starego wygę,
nader pragmatycznego, który ostatni proces sądowy prowadził przeszło trzydzieści
lat temu. Nie jest tak, że poszukiwanie prawdy wszystko rozjaśnia. Co więcej,
dynamika życiowa, która miałaby z tego dążenia powstać, wytraca się, zanim
jeszcze zostanie wyzwolona. Ula troszczy się również o własną przyszłość.
Pierwszym mężczyzną, budzącym jej sympatię, jest amerykański turysta, który ma
ręce podobne do Antka. Pierwszym, który wyznaje jej miłość, jest Polak, emigrant
z Kanady, dawny przyjaciel Antka. Również w tym przypadku najmniejsze próby
spojrzenia w przyszłość kończą się na reminiscencjach z przeszłości.
Plany amerykańskie ograniczają postacie do ich bezpośredniego otoczenia.
Zatomizowane społeczeństwo jest odbierane jedynie przez anonimowe odgłosy
miasta, które słychać przez cały film. Degrengolada niepostrzeżenie dotyka
wszystkich bohaterów; ich ciała, dobra i dusze. Istoty i rzeczy, do których był
przywiązany Antek, są przedstawione w jednej z pierwszych sekwencji: jego
dziecko, żona, książki, to wszystko i ci wszyscy, dla których jego obecność była
istotna. Postać Antka jeszcze odzwierciedliła się w witrynie jego biblioteki.
Później ta obecność staje się wspomnieniem za pośrednictwem znaków bardziej
anegdotycznych (rakieta tenisowa, zdjęcia paszportowe), zanim ostatecznie nie
zdegraduje się do postaci śladu za pomocą przedmiotów nieistotnych (zbiór
muszelek wyrzuconych przez Ulę na śmieci). Obrzęd katolicki staje się seansem
spirytystycznym, który ma sprowadzić na jego uczestników zapomnienie o ich
zmarłych, a potem zapomnienie o „głodzie” (religijność na zasadzie karykatury
odzyskuje swoją funkcję opium dla ludu). Muzyka Preisnera chociaż zachowuje
swoja rytmikę, harmonię i swój tragiczny charakter, nie jest ani trochę gniewna,
boska, jednocząca. Ten utwór spokrewnia się z ogólną szarzyzną, a zatem
chrześcijański azyl, który jednoczył przeciwieństwa też się rozpada.
|
 |
 |
|
Upływ czasu podlega ścisłej kontroli. Połączenia z zegarynką są na podsłuchu.
Jedyne, co pozostaje to… śmierć. Duch Antka tworzy sumujący i pointujący
kontrapunkt filmu. Antek jest świadkiem rzeczywistości, nie mogąc jej specjalnie
zakłócić. To duch introwertywny. Jego uczuciowa rola polega na tym, że nie
pozwala o sobie zapomnieć (interweniuje, kiedy jego żona pragnie zatrzeć
wspomnienia o nim drogą hipnozy). Jego rola społeczna ogranicza się do
eliminowania najgorszego wyjścia (podejmując strajk głodowy, zaprzestaje swojej
samobójczej akcji tuż po pojawieniu się ducha).
Dzięki duchowi Antka w tle Jerzy Radziwiłowicz staje się znowu rzecznikiem
Solidarności; w najcięższych czasach, tym razem wojskowej dyktatury. Czekać,
patrzeć i chronić minimum. Różnica polega na formacie. Dowiadujemy się, że zanim
Antek został adwokatem, chciał zostać sędzią. Film „Bez końca” i jego
bohaterowie zajmują pozycję obronną, podczas gdy „Człowiek z marmuru” pragnął
suwerenności.
Chociaż od powstania filmu minęło kilkadziesiąt lat, to jego wymowa odpowiada
niestety stanowi ducha współczesnego Polaka. Polaka, który jest rozczarowany i
zniechęcony obrazem narodowej rzeczywistości. Słowo solidarność jest dzisiaj
frazesem, który stracił swój właściwy sens i wartość. Jest słowem-wytrychem,
używanym przez polityków do realizacji własnych celów, dalekich od tego z czym
Solidarność powinna się kojarzyć. Prawdziwa wartość tego słowa ginie w natłoku
mniejszych i większych gierek polistycznych.