Nadszedł czas, żeby odetchnąć. W dobie pierścieni, samurajów, Homera
w wersji hollywoodzkiej, matrixów zreaktywowanych i zrewolucjonizowanych
nagle zrodziła się potrzeba na zwykłe opowieści, szarych bohaterów,
codzienne, banalne zdarzenia. "Sideways" to film, który idealnie trafił
na swój czas. To nie jest rewelacyjny obraz, ale obraz, który ewidentnie
okazał się potrzebny. Jego siła tkwi w prostocie. Taki właśnie jest:
prosty, kameralny, bardzo zwyczajny. Tacy są też jego bohaterowie.
Zwykli ludzie. Przeciętni.
Miles i Jack to przyjaciele z czasów studiów. Wyruszają na wycieczkę po
Kalifornii. Ten tydzień ma być dla nich ostatnią naprawdę rozrywkową
wspólną wyprawą, Jack bowiem ma przed sobą ostatnie kilka dni
kawalerskiej wolności. Jadą, by oderwać się od codzienności, brać udział
w degustacji wina, grać w golfa i świetnie się bawić. Przynajmniej takie
jest pierwotne założenie.
Nieco gorzej z jego realizacją. Wina leży przede wszystkim po stronie
Milesa. Wciąż tkwi w depresji po bolesnym rozwodzie. Jest niespełnionym
pisarzem - jego książkę odrzucono już trzykrotnie. Nie mogąc ułożyć
sobie ani zawodowego, ani osobistego życia popada powoli w marazm i
otępienie. Prześladuje go poczucie przegranej, absolutnej porażki,
zmarnowanych szans. Uważa się za bezwartościowego, niegodnego
zainteresowania, uwagi ani tym bardziej uczucia.
Jack z kolei woli wieść życie beztroskiego motylka. Przywykł do
kobiecych spojrzeń pełnych uwielbienia, do przelotnych przygód
trwających jedną noc, do balowania bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
Jako niegdyś popularny aktor lubi zachwyty i blask reflektorów. Nie jest
złym człowiekiem, ma w sumie dobre, poczciwe serce. Pewne sprawy jednak
są dla niego zbyt odległe i zbyt złożone, by mógł pomóc Milesowi
poradzić sobie z problemami.
To, jak bardzo się różnią, widać chociażby w ich stosunku do
degustowanych win. Miles jest wytrawnym specjalistą, zna się na
rodzajach i gatunkach wina, ma wyrobione podniebienie i smak. Dla Jacka
nie ma różnicy między jednym trunkiem a drugim, wszystkie jednakowo mu
smakują. To odmienne podejście jest charakterystyczne dla postawy
życiowej obu przyjaciół. Jack potrafi we wszystkim znaleźć radość i
zadowolenie, mało mu potrzeba do szczęścia. Miles jest pesymistą i
wiecznie wszystko go przygnębia i rozczarowuje. W degustacji
wyśmienitych win szuka zastępstwa dla emocji, których brakuje w jego
życiu, próbuje mu nadać smak i barwę, doświadczyć gamy rozmaitych uczuć
przynajmniej w ten sposób, skoro nie może znaleźć żadnego innego.
To przełożenie nie jest jednostkowe. Stanowi oś i istotę przesłania
całego filmu. Książka, którą pisze Miles, jego uwielbienie dla
kapryśnego i wymagającego gatunku wina, jakim jest pinot, stanowią
odzwierciedlenie jego osoby, jego charakteru. Kiedy opowiada Mayi -
kelnerce spotkanej w trasie tej "wycieczki marzeń" dlaczego właśnie lubi
taki a nie inny gatunek wina - tak naprawdę nieśmiało opowiada jej o
sobie. Wiem, że jestem trudny, niełatwo mnie oswoić i zrozumieć, nie
czuję się dobrze w każdej sytuacji i z nie każdą sobie radzę, nie jestem
tak rozrywkowy i atrakcyjny jak Jack - ale spróbuj do mnie dotrzeć,
spróbuj mnie zrozumieć, usłyszeć. Nie wiem, czy ci się to uda, ale
proszę - podejmij chociaż próbę. Wykończeniem tej przemowy jest scena, w
której wręcza Mayi rękopis swojej odrzuconej przez tylu wydawców
książki. Skomplikowanej, złożonej w treści i nie do opisania w kilku
zdaniach. Jak wino pinot. Jak sam Miles.
Zamiast baśni i marzeń mamy zwykłe życie. Ludzi uwięzionych przez
ograniczenia, skaleczonych przez osobiste przeżycia, których można
rozumieć, identyfikować się z nimi. Nadzieja, jaką niesie "Sideways" nie
jest nadzieją na bezwarunkowy happy end, ale na postęp. Na odrobinę
szczęścia, na wyciągniętą dłoń, na chwilę porozumienia. Nie ma
gwarancji, że zawijając w swojej drodze do portu, chociażby wydawał się
pożądany i bezpieczny - zostaniemy w nim już na stałe. Ta pewność byłaby
przekłamaniem. Warto natomiast uwierzyć w sens tej podróży i w obecność
portów na naszej drodze, i w to, że na nie zasługujemy.
Po kilku dniach, jakie minęły od projekcji - z której wyszłam nieco
rozczarowana, spodziewałam się bowiem rewelacji zupełnie innego typu -
nabrałam dystansu i jestem gotowa oddać sprawiedliwość reżyserowi. Za
to, że osiągnął tak znakomitą równowagę między akcentami komizmu a
goryczy, za to, że tak zręcznie poprowadził trójkę - zresztą znakomitych
w swoich rolach - aktorów, że tak świetnie wyczuł potrzeby widowni,
serwując obraz, który w miarę upływu czasu, im dłużej się o nim myśli -
dojrzewa i nabiera barw.
Jak dobre wino.
 |
SIDEWAYS (BEZDROŻA)
USA/ Węgry 2004
reżyseria - Alexander
Payne
scenariusz -
na podstawie powieści Rexa Picketta
- Alexander Payne, Jim Taylor
zdjęcia - Phedon Papamichael
muzyka - Rolfe Kent
występują:
Paul Giamatti (jako Miles)
Thomas Haden Church (jako Jack)
Virginia Madsen (jako Maya)
Sandra Oh (jako Stephanie)
|
| Autor recenzji: Karolina Chymkowska - DEJNA |
Klub
Miłośników Filmu | 04 I 2005 |
|