Strona główna KMF

      

ROZSTRZELANA NUDA

Spokój, cisza, nic się nie dzieje. Dużo gadają, mało strzelają. Tak mniej więcej wygląda "Bezprawie", nowy film Kevina Costnera, próba come backu podupadłego nieco aktora i zupełnie już upadłego reżysera (zawsze gdy przypomnę sobie jego wyczyn w postaci "Wysłannika przyszłości", nóż w kieszeni bynajmniej nie pozostaje obojętny). Costner zaangażował do "Bezprawia" staruszka Roberta Duvalla (Boss Spearman), którego obsadził w jednej z głównych ról, drugą rezerwując dla siebie. Bądźmy szczerzy; Duvall nie dodał i tak powolnie toczącym się wydarzeniom choćby grama dynamizmu, a i reszta obsady jakby nigdzie się nie spieszy. Czy zatem taki ospały, leniwy klimat dzieła Costnera jest w stanie jakkolwiek widza zainteresować, przykuć uwagę, czy po prostu choćby nie znudzić? Zostawmy na chwilę "Bezprawie" i skoczmy w przeszłość, aby na podstawie kilku innych tytułów pokazać, że z 'nic się nie dziania' spokojnie można uczynić największy atut filmu, pod warunkiem jednak, że w finale, cisza i spokój zostanę rozdarte przez huk wystrzałów, a kulminacyjna konfrontacja ekranowych oportunistów eksploduje z niespotykaną mocą, wgniatając wyrwanego z marazmu widza, w fotel. Wystarczy, że w tym miejscu wymienię cztery tytuły filmów, z których "Bezprawie" czerpie garściami i, choć nie można filmu Costnera postawić na półce tuż obok wymienionych za chwilę dzieł, to nowy antywestern twórcy "Tańczącego z wilkami" plasuje się tuż tuż za nimi, stanowiąc doskonały przykład wykorzystania klasycznej konstrukcji powolnej akcji, która wciąga dialogiem, atmosferą, niepewnością, i narastającym w sennym tempie poczuciem, że konflikt zmierza do punktu zero, gdzie czeka bohaterów i widza wspaniała nagroda.

"W samo południe" i "Rio Bravo" to chyba najlepsze przykłady na 'coś złego wisi w powietrzu'; w tym pierwszym, szeryf musi samodzielnie stawić czoła groźnym przestępcom, którzy w kole 12:00 mają przybyć do miasteczka, w celu 'wywarcia na nim srogiej pomsty w zapalczywym gniewie'. Szeryf jest sam, nikt nie kwapi się by pomóc mu w z góry skazanym na porażkę starciu. Kluczy zatem po miasteczku przez cały film, rozmawiając z ludźmi; w końcu, gdy wybija 12:00 staje samotnie do nierównej walki. Podobna historia ma miejsce w "Rio Bravo", gdy szeryf i pijak pilnując w areszcie jednego z bandziorów, czekają przez 3/4 filmu na przybycie reszty jego bandy, której będą musieli się przeciwstawić w emocjonującym i wybuchowym finale, skutecznie burzącym narracyjny, dotychczasowy spokój. Japoński "Harakiri" to z kolei największy kontrast między usypiającą formą niemal całego filmu, a dynamicznym, krwawym i choreograficznie genialnym zakończeniem, w którym samotny Ronin dzielnie stawia czoła zastępom samurajów.

100 minut filmu to tylko i wyłącznie retrospekcje i opowieści mozolnie i z namaszczeniem snute przez bohaterów; krótki, piekielnie szybko rozegrany finał to zatem dla widza wielkie zaskoczenie, ale i wielka nagroda za to, że dzielnie dotrwał do końca. Budowanie nastroju za pomocą jedynie opowiadania o przeszłości bohatera (swoisty dramaturgiczny fundament wylewany pod końcową 'akcję'), to nie tylko domena znakomitego "Harakiri", ale i jednego z najlepszych antywesterów w historii kina: "Bez przebaczenia", gdzie podstarzałych bohaterów mających już za sobą najlepsze (czy raczej najgorsze) czasy, poznajemy tylko ze szczątkowych opowieści, z których nie do końca wiemy które są prawdą, a które ubarwionymi poprzez przekazywanie z ust do ust legendami, nie mającymi nic wspólnego z rzeczywistością. W "Bez przebaczenia" każde słowo niemal, każda wzmianka o czynach bohaterów (w szczególności Williama Munny) ma za zadanie wzmóc w widzu zainteresowanie postaciami i emocjonalnie przygotować go pod dramatyczny i wgniatający w fotel finał, gdzie jedne mity padają, a inne potwierdzają się z nawiązką. Dokładnie ten sam 'myk' zastosowano w "Bezprawiu"...


...Kevin Costner bowiem, garściami czerpał z wyżej wymienionych filmów. Jego bohater, zgorzkniały kowboj z niejasną (krwawą) przeszłością to człowiek próbujący wreszcie żyć spokojnie, pasać po prostu bydło, mieć przyjaciół i czuć wolność na bezkresach prerii. Tylko ze strzępów informacji dowiadujemy się, że w Charlim Waite siedzi uśpiony diabeł wcielony i że prawdopodobnie, lepiej nie wchodzić mu w drogę. Jest też pewien zły zabijaka, który ponoć nie ma sobie równych (kończy żywota w dość nieoczekiwany sposób) i pokaźna banda miejscowych złych charakterów, oraz oczywiście punkt zapalny akcji, czyli konflikt naszych bohaterów (Waite i Boss Spearman) z owymi miejscowymi, trzymającymi miasteczko i mieszkańców w garści.

Podobnie jak w wyżej wymienionych filmach, akcja rozwija się powoli, konsekwentnie budując nastrój i zapoznając nas z osobami dramatu. Nie będę jednak ukrywał, że film Costnera nieco słabiej sprawuje się na polu budowania napięcia, szczególnie w porównaniu ze znakomitymi prekursorami, z których Kevin (z zadowalającym mimo wszystko rezultatem) 'ściągał'. I choć 3/4 "Bezprawia", widza nieco nudzi (choć jeśli dać się ponieść nieco ospałemu klimatowi - film ogląda się naprawdę nieźle!), tak końcowa strzelanina stawia już każdego na równe nogi i nie daje wytchnienia przez ponad 15 minut, bo tyle trwa ta, zrealizowana z niezwykłym pietyzmem i polotem, realistyczna wymiana ognia. Znajdziemy tu przede wszystkim nowatorskie ujęcia; w jednym z nich kamera podąża za bronią Charliego, którą rozbija szybę i bez wahania strzela do wroga, a z lufy unosi się dym, który niemal wszystko przesłania. W innym, potężny strzał przez ścianę szopy niemal wyrywa z butów jednego z 'czarnych charakterów'.

Trochę szkoda, że niemal cała siła "Bezprawia" tkwi w jedynej scenie akcji, a reszta opowieści nieco przynudza, ale uroku nowemu filmowi Costnera mimo to odmówić nie można. Wszystko jest bowiem na swoim miejscu; piękne zdjęcia, niezłe aktorstwo, klimat, i konsekwentnie (choć naprawdę powolnie) budowane napięcie. Jedyny zarzut pod adresem "Bezprawia" to to, że mimo widocznego nakładu pracy i pasji włożonej w film, nie można go postawić na jednej półce obok wyżej wymienionych klasyków. Żeby jednak nikogo przypadkiem nie zniechęcić do Kevina Costnera, należy pochwalić go za to, że po paśmie wpadek ("Wyatt Earp", "Wysłannik przyszłości", "Wodny świat") nie zrezygnował z pracy przed i za kamerą i stworzył po prostu niezły film.



Bezprawie
[ Open Range ]


Western | Akcja |
USA | 2003 | 139 min

Reżyseria: Kevin Costner

Na podstawie książki: 
"The Open Range Men: Lauran Paine"

Scenariusz: Craig Storper

Występują:

Charley Waite: .... Kevin Costner
Szef: .... Robert Duvall
Button: .... Diego Luna
Sue: .... Annette Bening
Mose: .... Abraham Benrubi
Córka Macka: .... Alexis Cerkiewicz
Żona Macka: .... Lorette Clow
Baxter: .... Michael Gambon
Percy: .... Michael Jeter
Doktor: .... Dean McDermott
Junior: .... Billy Morton

e-mail
 Autor recenzji: Rafał Donica - DUX


Klub Miłośników Filmu | 07.12.2004