W dzisiejszych czasach modne jest, by z Freuda się śmiać. Watahy studentów,
spora garść publicystów, zgraje dziennikarzy z ironicznym uśmiechem na ustach
nawiązują do jego teorii jedynie po to, by wyciągnąć na wierzch kilka tez
dotyczących nadspodziewanie znaczącej roli ludzkiej seksualności. Gdzie słowo
„seks”, tam zaraz i pąsowe plamy na policzkach, rozbiegane oczy i grymasy, które
– choć próbują stworzyć iluzję powagi – zdradzają wewnętrzny stan określonego
rozmówcy. I tak właśnie Freud, przemielony przez gigantyczną maszynkę popkultury
stał się zboczony dziadkiem, co mu się wszystko kojarzy. Z pewnością pomogły
temu spektakularne nadużycia jego teorii, chociażby w „filmoznawczych”
analizach. Wieża, jako symbol falliczny w „Casablance”, czy doszukiwanie się w
łysej głowie hrabiego Orloka z „Nosferatu” Murnaua tego samego, co i w wieży
muszą wzbudzać uśmiech politowania. Niemniej, nie należy zapominać, że Freud nie
pisał jedynie o narządach rozrodczych, że zauważył coś, czego przez lata
próbowaliśmy się wyprzeć. Obiema rękami, lewą nogą i prawym łokciem podpisuję
się pod jego teorią mechanizmów obronnych. Zgadzam się również z tym, że w
każdym z nas drzemie bardziej lub mniej obrzydliwy Pan Hyde, który tylko czeka
na okazję, aby wyruszyć na nocną eskapadę. Po części zgadzam się, że kultura
jest źródłem cierpień dla Hyde’a i najdoskonalszą formą obrony naszej fasady –
trzymając się metaforyki powiedzmy „Pana Jeckylla”. Zgadzam się również z
Michaelem Haneke, który – do czego zdążył nas przyzwyczaić – w sposób przewrotny
udowadnia, że freudowskie równanie dotyczące kultury można napisać na opak.
„Biała wstążka” udowadnia, że kultura może być katalizatorem wywołującym naszego
wewnętrznego demona.
Jakaż inna kultura, jeżeli nie na wskroś rygorystyczna, klasycznie pojmowana
kultura protestancka z początku XX-ego wieku miałaby utrzymać Hyde’a na uwięzi?
Teoretycznie to właśnie ona powinna chronić człowieka przed samym sobą w sposób
najpełniejszy. Praktyczny wymiar postawionej przed momentem tezy demonstruje nam
Haneke na celuloidowej taśmie „Białej wstążki”, która przenosi widza do świata
małej, niemieckiej, protestanckiej wioski doby drugiego dziesięciolecia wieku
XX-ego. Stonowane czernie, biele i szarości świata przedstawionego okłamują
widza, który po prostu nie ma podstaw ku temu, by przewidywać jakiekolwiek
nieszczęście oderwane od czegoś, co potocznie nazywamy „nieszczęśliwym
wypadkiem”. Jednak, ledwie widoczne, ale piekielnie wytrzymale żyłki nie
zawiązują się same wokół drzew w taki sposób, by przeciąć drogę, którą zwykł
poruszać się konno miejscowy lekarz. No, a skoro zawiązane wokół drzew linki nie
są tym, co nazwaliśmy „nieszczęśliwym wypadkiem” to i seria poważnych złamań i
ran wewnętrznych odniesionych w skutek gwałtownego przerwania galopu
spowodowanego upadkiem konia również do nieszczęśliwych wypadków należeć nie
może. Zadziałała premedytacja, wola czynienia złego. I to gdzie? W wiosce, gdzie
tzw. „Słowo Boże” jest literą prawa, a dorastających chłopców przywiązuje się do
łóżka, by nie dali w nocy upustu swoim młodzieńczym chuciom.
I co nam z tych stonowanych kolorów, spokojnych ujęć, statycznych scen, w
trakcie których wręcz żądamy dostrzeżenia chociażby małego śladu montażu?
Wszystko to jedynie maska, która przywodzi mi na myśl początkową scenę z „Blue
Velvet” Lyncha – na wierzchu mamy czerwone maki, zieloną trawę i śnieżnobiałe
płotki okalające rajskie ogródki, nieco bliżej ziemi (tam, gdzie maska zaczyna
odstawać) gnieździ się natomiast robactwo, mieszka Hyde. Dziecinnie prosta, lecz
niechętnie ujawniana zasada zademonstrowana przez Lyncha doskonale sprawdza się
w odniesieniu do uniwersum „Białej wstążki” Hanekego. Obserwując serię
„niewytłumaczalnych” aktów agresji mającą miejsce w spokojnej okolicy jesteśmy
świadkami pękania szwów skrzętnie uszytego kostiumu kulturowego – usnutej przez
mieszkańców wioski konwencji, wedle której każdy podąża za słowem Boga i gardzi
wszystkim, co chociażby w sposób niejasny konotuje grzech, czy zgorszenie.
Przyjęta przez nich (mieszkańców wioski) konwencja ma znamiona freudowskiej
sublimacji, czyli przeniesienia energii życiowej z tego „złego” miejsca (popędy
seksualne, chęć agresji i dominacji) na inną sferę życia (ślepe przestrzeganie
rygorystycznych zasad wiary, fanatyczne hamowanie wszelkich przejawów
zainteresowania seksualnością, karanie za odstępstwa od surowego regulaminu). I
może by to wszystko działało, gdyby „kultura nie była źródłem cierpień”, a tego
typu kultura jest dla Hyde’a źródłem cierpień niemożliwych do zniesienia,
dlatego podejmuje on jedyny słuszny krok – ucieka na „nocną eskapadę”, jedynie
brukowanych ulic Londynu brak.
I po mieście nie buszuje jedynie Hyde oprawcy, czy oprawców – nie będę zdradzał
jego/jej/ich tożsamości, choć w istocie nie jest to najważniejszy punkt „Białej
wstążki”. Właściwie każdy dom ma swojego „małego demona” objawiającego się w
trakcie kar cielesnych wykonywanych na „niby nieposłusznych” dzieciach, jeśli
nieposłuszeństwem godnym chłosty nazwać spóźnienie. Objawiającego się w czasie
ośmieszania i krzywdzenia osób, które powinny być nam szczególnie bliskie.
Objawiającego się w końcu, co powinno być paradoksem, w trakcie podążania za
rzekomym „słowem bożym”, które w wykonaniu przedstawionej społeczności
częstokroć przypomina raczej wariację na temat kodeksu Hammurabiego. Wniosek
jest prosty – tak rygorystyczna kultura wcale nie hamuje poczynań naszej gorszej
strony, a wręcz przeciwnie, powoduje jej „pęcznienie” i niekontrolowany wybuch,
który pozwoli wrócić nam do normy, tj. consensusu pomiędzy tym „złym” i „dobrym”
(jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało). Do wyładowania złych emocji potrzebne
są natomiast kozły ofiarne – im bardziej bezbronne tym lepiej, bo nie oddadzą.
Haneke demonstruje nam właśnie taki mechanizm, a kluczem – przynajmniej dla mnie
– dla zrozumienia jego wizji są: powtarzający się motyw białej wstążki, mającej
przypominać dzieciom o zachowaniu czystości duszy i jedna z końcowych scen, w
której reżyser natrętnie (z różnych dystansów) pokazuje nam wielki, „zimny”
gmach Kościoła górujący nad miastem. Po co wstążki przywiązywane do ramion przez
ludzi, którzy sami zapomnieli o przestrzeganiu zasad, które mają symbolizować? A
propos „gmachów” Nietzsche powiedział kiedyś: „Skoro wierzycie w Boga, który
zasiada w Niebie, to czemu zasłaniacie sobie niebo nad głowami, klęczycie i
kierujecie wzrok ku ziemi?” Czy bez rygorystycznych praw dyktowanych z ambony
społeczeństwo zorganizowałoby sobie życie właśnie w ten sposób? Co ciekawsze,
Haneke idzie o krok dalej i w przewrotny sposób daje widzowi do myślenia
umiejscawiając wydarzenia przed wybuchem I wojny światowej. Czy możliwe, by
schemat, który sprawdził się w małej protestanckiej społeczności mógł sprawdzić
się również w skali nieco większej, europejskiej? Czy I wojna światowa była dla
Haneke taką „ucieczką Hyde’a”, eksplodującym zaworem bezpieczeństwa, pękniętym
szwem ciasnego gorsetu dziewiętnastowiecznej kultury?
Pytań pozostaje wiele, dużo więcej aniżeli uzyskanych odpowiedzi. Tożsamość
oprawcy, czy też oprawców schodzi w „Białej wstążce” na drugi plan. Wracając do
samych pytań – ich główną właściwością jest chyba to, że postawienie ich w
ogólnym (tj. przeznaczonym dla szerokiej rzeszy rozmówców) dyskursie z całą
pewnością będzie bezowocne. W ogólnym dyskursie będą pytaniami retorycznymi.
Dopiero dla indywidualnego odbiorcy mogą stanowić zapalnik do zastanowienia się
nad samym sobą – to raz, a dwa – nad tym, co dzieje i działo się naokoło. Mówi
nam zatem Haneke coś o sobie, ale i motywuje do tego, abyśmy spróbowali spojrzeć
na nas samych…
|