Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek obejrzeć film jedynie po to, żeby go
zjechać? Żeby zobaczyć na własne oczy jak złe i debilne filmy można
robić w dzisiejszych czasach? Właśnie z takim nastawieniem zasiadłem do
"Bibliotekarza", który wydawał się być całkowitym gniotem, jednym z
tych, na których się usypia lub idzie coś zjeść i nie traci nic z
oglądania. Gdy pierwszy raz dowiedziałem się o tym filmie i zobaczyłem
plakat, skwitowałem to wszystko słynnym cytatem z "Dnia Świra"
zaczynającym się słowem 'dżizas'. Oto kolejny dowód na nieskończoną
głupotę hollywoodzkiej maszynki filmowej, pomyślałem. Oto kolejny gniot,
który żerując na naiwności ludzkiej i popularności swoich wielkich
poprzedników będzie zarabiał kasę. To nic, że to film telewizyjny,
przeznaczony jedynie na rynek VHS/DVD i, później, mały ekran – tak też
się robi kasę, a budżetu to chyba wielkiego tu nie było. Sam tytuł jest
tak bzdurny, że aż odrzucający. Czy film rzeczywiście jest takim
gniotem, na jaki się przygotowałem? I tak i nie, ale o tym w dalszej
części recenzji. W tym miejscu pragnę jedynie zaznaczyć, że cały
poniższy tekst jest pisany z wielkim przymrużeniem oka i każde
wspomnienie któregoś fragmentu filmu wywołuje uśmiech na mojej twarzy,
tak więc zrezygnowałem z wprowadzania uśmieszków, ponieważ pojawiałyby
się one po większości zdań opisujących tak fabułę, jak i wszystko co z
filmem związane ;)
|
 |
 |
|
- "What makes you think you could
be the Librarian"
- “Well, I've read a lot of books!"
|
Trochę głupio zdradzać te elementy fabuły, które zamierzam teraz
przytoczyć, chociaż znajdują się one praktycznie na początku filmu.
Stanowią jednak niezbędny czynnik wprowadzenia do świata Biblioteki i
kilka szczegółów musi zostać zdradzonych, aby nakreślić jako taki obraz
tego, czego można oczekiwać po tej produkcji. Całości fabuły oraz
zakończenia nie ma sensu zdradzać, bo chociaż nie ma żadnej przyjemności
w odgadywaniu przygotowanych przez twórców 'zwrotów akcji' i innych
atrakcji, to jednak nigdy bym nie wpadł na niektóre z zaproponowanych
rozwiązań, sytuacji i dialogów, a więc nie będę psuł zaskoczenia z
wywołujących uśmiech politowania na twarzy momentów ;) Tak więc, po tym
przydługim wstępie, oto zarys fabuły:
Flynn Carsen (Noah Wyle) jest tzw. wiecznym studentem i to nie w takim
samym znaczeniu, jak chociażby Van Wilder z komedii o tym samym tytule.
Pan Carsen nie jest imprezowym zwierzakiem, korzystającym z uroków życia
studenckiego na każdym możliwym kroku, wręcz przeciwnie. To
trzydziestokilkuletni facet studiujący już 16 lat historię starożytną,
posiadający kilka doktoratów i... mieszkający nadal z mamusią (Olympia
Dukakis). Jedyne, co go obchodzi, to książki, to jest jego życie i nic
więcej się nie liczy. Pewnego słonecznego dnia dostaje zaproszenie na
rozmowę w sprawie posady bibliotekarza w Bibliotece Miejskiej.
Kandydatów jest wielu, ale to Flynn zostaje przyjęty. Tak więc nasz
bohater dostaje, wydawałoby się, nudną robotę. To stwierdzenie nie może
być jednak dalsze od prawdy – otóż okazuje się, że nasza Biblioteka to
skarbiec wszelkiego rodzaju książek i artefaktów składowanych tam przez
tysiące lat, a zadaniem Flynna ma być ich ochrona. Jest w filmie scena,
kiedy pewien starszy pan o imieniu Judson (Bob Newhart) oprowadza go po
'włościach' i widzimy kilka artefaktów, które znajdują się w Bibliotece,
że wymienię tylko Arkę Przymierza, oryginalną Mona Lisę (jak to Judson
stwierdza – oryginały są niesamowicie cenne i byłoby wielkim nietaktem
wystawiać je w miejscach publicznych), Puszkę Pandory czy Excalibur
wbity w oryginalny kawałek skały... Pomocy Flynnowi w opiekowaniu się
tymi skarbami będzie udzielało także jakieś wojsko. Nasz bohater jest
cały w skowronkach – to coś o czym marzył przez całe życie. Niestety nie
będzie mu dane długo się cieszyć – tej samej nocy Braterstwo Węża (stary
wróg Biblioteki i wszystkich Bibliotekarzy) przeprowadza starannie
zaplanowaną akcję i wykrada jedną z trzech części Włóczni Przeznaczenia.
Światu grozi wielkie niebezpieczeństwo, jeśli Braterstwo dorwie się do
pozostałych dwóch; tak więc Biblioteka zleca swojemu niedoświadczonemu
jeszcze Bibliotekarzowi misję odnalezienia tychże. Wiadomo tyle, że
druga część znajduje się gdzieś w Amazonii. Tak zaczyna się główna (ta
rozrywkowa) część filmu. Podczas wykonywania misji Flynnowi skutecznie
będzie utrudniać życie przywódca Braterstwa (Kyle MacLachlan), a pomagać
agentka Biblioteki Nicole Noone, która w swojej roli niesamowicie
przypomina dziewczynę-opiekunkę Deana Corso z "Dziewiątych Wrót"
Polańskiego (w zakresie pełnionej funkcji oczywiście). Przyjemna
historia, co nie?
|
 |
 |
|
"The fate of the world is in my
hands? That's so... sad."
|
Tym, co mnie najbardziej zastanawia, jest to, czy twórcy naprawdę
zrobili tę produkcję całkowicie na poważnie. Tylu głupot i bzdur chyba
jeszcze nigdy nie widziałem w jednym filmie, a podobnych widziałem
wiele. Pytanie pozostaje w niezmienionej formie, ponieważ praktycznie
nic nie wskazuje, aby twórcy bawili się konwencją przygodową,
wprowadzonymi przez siebie bohaterami czy samym faktem rozwijania tak
bzdurnej fabuły. Jest śmiesznie, jest kiczowato, ale wygląda na to, że
to wszystko jest jednak niezamierzone i uśmiech, jaki gości na twarzy
widza, jest bardziej uśmiechem politowania niż satysfakcji. Bo jak można
inaczej określić scenę, w której mające setki lat pułapki Majów działają
wedle ustalonego rytmu – walca...
Aktorstwo, używając eufemizmu, nie zachwyca. O ile zatrudnienie jakichś
nieznanych nazwisk można przyjąć za standard – przecież to produkcja
telewizyjna – i nie ma co wymagać cudów, to już znani aktorzy pokroju
Noaha Wyle'a i Kyle'a MacLachlana powinni wykrzesać z siebie coś więcej.
A przynajmniej MacLachlan, który ostatnimi laty próbuje bezskutecznie
powrócić do szczytów swojej kariery, kiedy był najbardziej
rozpoznawalny. Znany z "Ostrego Dyżuru" Wyle nigdy aktorem dobrym nie
był, dziwi więc trochę decyzja obsadzenia go w roli głównej. Pewnie
trudno było o aktora, który przeczytawszy scenariusz nie zaśmiałby się i
nie odrzucił roli głównej, ale też chyba trudno było o znalezienie mniej
charyzmatycznej postaci. I nie pomoże tu fakt, że bohater miał być
ciamajdą – do takiej postaci też trzeba pewnego rodzaju charyzmy
ekranowej. Efekty specjalne to po prostu porażka – nie ma chyba sceny, w
której nie byłoby widać blueboxa, a sami aktorzy nie niwelują uczucia
sztuczności, bo sami zachowują się sztucznie. Ktoś może powiedzieć – to
produkcja telewizyjna, nie wymagajmy kolejnego King Konga. W takim razie
po co się pchać w film o dużym potencjale efektów specjalnych, jeśli się
nie ma ani pieniędzy, ani ekipy, która by to zrobiła?
|
 |
 |
|
"It takes a bit more than knock to
the floor to destroy a legend"
|
Podsumowując, ten film ma wszystkie cechy rasowego gniota, ale nie można
go takowym do końca nazwać, ponieważ pomimo całego chaosu realizacyjnego
i bzdur, które obserwujemy na ekranie, film da się oglądać. Co więcej,
ogląda się go całkiem ciekawie i jestem gotów zaryzykować stwierdzenie,
że wyłączając mózg i nie nastawiając się tak jak ja, można się na nim
nawet bawić. To jest gniot, żeby nie było, ale jeden z tych, które
ogląda się bez masochistycznej przyjemności obejrzenia czegoś złego. Nie
potrafię tego wyjaśnić, ale na swój dziwny i bzdurny sposób film nie
nudzi przez 90 minut trwania, a oglądanie coraz głupszych przygód i
słuchanie durnych dialogów bohaterów może się podobać i co najważniejsze
śmieszyć (czy zamierzenie czy nie to już inna sprawa). Pasuje tu jak
ulał stwierdzenie, że film jest tak zły, że aż dobry, i chociaż może
przymiotnik "dobry" jest trochę za mocny, nie zmienia to faktu, że oto
powstała produkcja, która, nie przesadzając, jest niesamowicie głupia i
jednocześnie daje się oglądać. Film, który absolutnie nie odbiera nic
wszystkim legendom i filmom, z których czerpał i które plagiatował, a
nawet w pewnym sensie zachęca do bliższego zapoznania się z nimi w celu
choćby porównania. Na sam koniec powraca ponownie to samo pytanie – czy
ten film miał być lekką parodią kina przygodowego, czy naprawdę to
wszystko wyszło niezamierzenie, przy okazji ambicji pobicia Indiany
Jonesa. Myślę, że ani to, ani to i prawda leży gdzieś pomiędzy, ale
skłaniam się jednak do tego, że zdecydowanie bliżej "Bibliotekarzowi" do
tej drugiej opcji. No nic, jeśli jesteście wystarczająco odważni –
przekonajcie się sami ;)
 |
Tytuł oryginalny: The Librarian:
Quest for the Spear
Tytuł polski :
Bibliotekarz: Tajemnica Włóczni
Czas trwania: 90 min
Produkcja: U.S.A.
Reżyseria: Peter Winther
Scenariusz: David N.Titcher
Muzyka: Joseph LoDuca
Zdjęcia: Alan Caso
Montaż: Ron Rosen
Obsada:
Noah Wyle – Flynn Carsen
Sonya Walger – Nicole Noone
Bob Newhart – Judson
Kyle MacLachlan – Edward Wilde
Kelly Hu – Lana
Olympia Dukakis – Margie Carsen
Klub
Miłośników Filmu | 29 I 2006 |
|
| Autor recenzji:
Dariusz Kuźma - BEOWULF |