![]() |
|
"Black Lagoon" jest doskonałą ekranizacją mangi Rei'a Hiroe, ponieważ nie tylko jest bardzo wierna treści i duchowi pierwowzoru, ale pogłębia też pewne wątki ledwie zarysowane w mandze. Należy się w tym miejscu słowo wyjaśnienia. Mianowicie, oceniam "Czarną Lagunę" jako całość, czyli dwadzieścia cztery odcinki telewizyjne oraz pięć odcinków OVA. Zwracam na to uwagę, gdyż przez podtytuły nieświadomi widzowie mogą czuć się nieco zdezorientowani. Na całą serię składają się: "Black Lagoon" (2006; 12 epizodów), "Black Lagoon: The Second Barrage" (2006; 12 epizodów) oraz "Black Lagoon: Roberta's Blood Trail" (2010-11; 5 odcinków OVA). W recenzji ujmuję wszystko jako całość, gdyż między kolejnymi emisjami nie ma żadnych większych różnic czasowych w świecie przedstawionym, a konwencja, poziom merytoryczny oraz wykonanie techniczne, są takie same. Tyle słowem wyjaśnienia, przejdźmy do "mięska". Historia zaczyna się z chwilą, gdy przez Lagoon Company zostaje na czyjeś zlecenie uprowadzona pewna japońska załoga, z mało znaczącym biurowym popychadłem Rock'iem na pokładzie (to ksywa, którą otrzyma zaraz na początku). W wyniku splotu nieprzewidzianych przez przemytników wydarzeń, Japończyk zostaje czwartym pracownikiem tej niecodziennej firmy. Dla nas to świetna wiadomość, gdyż właśnie z perspektywy zwykłego człowieka będziemy obserwować i poznawać ten barwny i śmiertelnie niebezpieczny światek. Nie ma sensu, abym opisywał kolejne zlecenia i sytuacje z tym związane, gdyż taka jest mniej więcej struktura serialu. Od zlecenia do zlecenia, po drodze sporo wydarzeń na pierwszym i drugim planie pozornie z załogą niezwiązanych, a przy tym wszystkim bohaterowie i stosunki między nimi, które coraz bardziej ewoluują... Dość powiedzieć, że każde kolejne zadanie będzie się wiązało z poznaniem postaci, której gdzie indziej prawdopodobnie nigdy nie zobaczymy. Siejąca śmierć i zniszczenie wenezuelska... pokojówka, załoga neonazistów, para dzieci-morderców, a to i tak wierzchołek góry lodowej. Z czasem na trzecim planie pojawia się pewien wątek wiodący, który po dłuższym czasie znajdzie iście wybuchową i krwawą puentę.
Więcej na temat fabuły dla Waszego dobra napisać nie mogę. Wierzcie mi jednak, że wciąga jak bagno. Postaci, zarówno protagoniści, jak i cała reszta, to jedne z najciekawszych i najbardziej charakterystycznych osobowości, z jakimi można się w anime spotkać. Nie są może w sensie rysu psychologicznego jakoś szczególnie głębokie, ale nadrabiają to swoją szeroko pojętą "zajebistością". Każdy kolejny odcinek, każdy następny wątek, to nowa postać i szereg zdarzeń z nią związanych. Zaznaczam jednak, że niektóre kwestie, jakich dotyka to anime, są bardzo brutalne. W sferze pomysłu wyjściowego, psychicznej dewastacji oraz brutalnej realizacji. Oczywiście, nie brakuje tutaj humoru. Ba! Jest on obecny non-stop, tyle że jest czarniejszy, niż bezksiężycowa noc. Teksty na zasadzie: "Zaraz, słonko, zaspawam ci dziurę w dupie i zrobię nową - w czole!" jako komentarz do małej rozróby w barze, to standard. Konstrukcja fabuły, wyraziści bohaterowie, krwiste i ostre dialogi, oraz realistyczna konwencja, pozwoliły wykreować unikalny, brutalny klimat. Nie chcę się powtarzać, powiem tylko, że obraz miasta, jaki zarysowałem Wam w pierwszym akapicie, będzie dla Was dokładnie taki sam już po kilku odcinkach. Mówiąc krótko, mimo że anime nie jest w założeniu żadnym pastiszem filmów akcji, to poczują się w nim świetnie zarówno fani twórczości Quentina Tarantino, jak i osoby spragnione szybkiej i nieskrępowanej rozrywki.
Bohaterowie to najmocniejszy punkt programu. Japończyk Rock to niepasujący do istniejących realiów, bezbronny chłopaczyna, którego los rzucił w sam środek dżungli. I mimo że do samego końca nie nauczy się bić czy korzystać z broni, to radził sobie będzie w inny sposób. A poradzić będzie sobie musiał nie tylko z problemami, jakie piętrzyć będzie przed nim rzeczywistość, ale z czasem i z samym sobą. Chinka Revy to piękna, wytatuowana heroina, której jednak daleko do grzecznej dziewczynki chodzącej przed 22. spać. Ekstremalnie spawna w posługiwaniu się bronią palną oraz świetnie walcząca wręcz Dwuręka, która w każde zdanie wplata słowa na "k" i "p", skrywa w sobie rany, które z czasem, jedną po drugiej, będzie musiała otworzyć. Szefem Lagoon Company jest potężnie zbudowany Murzyn Dutch, pod mylącą powierzchownością którego skrywają się olbrzymie pokłady intelektu. Przy okazji zaznaczę, że każdy jego komentarz do danej sytuacji to perełka. Ironia, sarkazm, czy cokolwiek sobie zażyczycie - Dutch puentuje nieprzeciętnie. Ostatnim pracownikiem Dutch'a jest żydowski informatyk Benny, którego rodzinne kredo brzmi: "Jebać Hitlera!". O kilku postaciach z drugiego planu już wspominałem, a w związku z tym, że bez małych spoilerów by się w ich przypadku nie obeszło, poprzestanę tylko na zapewnieniu, że to genialny zestaw kozaków przez wielkie "K".
Technicznie "Black Lagoon" wygląda bardzo dobrze, jak większość anime ze studia Madhouse (m.in. "Monster" czy "Death Note"). Tła nie są może wybitnie szczegółowe, a drugi plan szczególnie "ruchliwy", ale na pewno jest solidnie. Konwencja jest realistyczna, kolorowych i szalonych fryzur nie uświadczymy, a projekty postaci są napawdę oryginalne i ciekawe. Animacja jest szybka i szczegółowa, nie oszczędzając nam przy tym częstych zbliżeń na piersi, brzuch, uda czy nogi szarżującej Revy. Fanserwis jest zatem obecny, ale w ilościach znośnych i podany z humorem. Małe zastrzeżenie mam jednak to przedstawiania postaci na drugim planie. Bardzo często zastygają w całkowitym bezruchu, sprawiając wrażenie mebli. Szkoda, tym bardziej, że gdyby nie ten element, postawiłbym "Black Lagoon" pod względem grafiki w czołówce produkcji telewizyjnych. Ale i tak całość wygląda bardzo solidnie. Warstwa dźwiękowa to już jednak najwyższa półka. Muzyka w samym anime jest ostra i wyrazista, jak klimat całego serialu zresztą. Fani tego typu muzyki znajdą na soundtracku przygotowanego przez Edison dużo miłych doświadczeń. Dynamiczny Opening pt. "Red Fraction" także wykonała wspomniana grupa. Poza tym, w anime wykorzystano w przewrotny sposób takie utwory jak "The World of Midnight" czy słynny "When Johnny Comes Marching Home". Ending to klimatyczny kawałek, tym razem bez wokalu, zatytułowany "Don't Look Behind". Seyiuu wykonali doskonałą robotę, nadając animowanym postaciom szeroki wachlarz emocji i zachowań. Na szczególną uwagę zasługują Megumi Toyoguchi jako nieokiełznana Revy, oraz bardzo charakterystyczny Tsutomu Isobe w roli Dutch'a.
"Black Lagoon" określiłbym jako anime - żywioł. Absorbująca fabuła, plejada szalonych postaci, brutalny i brudny klimat, soczyste dialogi i one-linery latające w powietrzu nie rzadziej niż łuski z wystrzelonych nabojów. Doliczmy do tego dużą ilość zbliżeń na kobiece ciała, niemałą pożogę przy częstych wybuchach oraz fakt, że mimo to "Lagoon" nie jest prymitywną łupanką, a otrzymujemy japoński wyrób animowany najwyższej próby. Serdecznie polecam, choć młodszym widzom pozycja ta jest zdecydowanie nie wskazana.
|
|
|