"Zręcznie przesunął palcami po pseudokościstym grzbiecie. Przewody powinny być w tym właśnie miejscu. Cholernie dobra robota, absolutnie idealna imitacja... Poddał się. Fałszywy kot przestał działać. No cóż, pewnie zwierzakowi nie robiono profilaktycznego czyszczenia i smarowania trzy razy do roku...
Ten kot - oznajmił w końcu Sloat - nie jest sztuczny. I już nie żyje...
Boli mnie sama strata. Strata kolejnej żywej istoty. Czy nie mogłeś się zorientować, Isidore?
Czy nie zauważyłeś różnicy?"
|  |
| Wydanie anglojęzyczne |
Gdy w roku 1967 Phillip K. Dick kończył średniej długości opowiadanie "Do androids dream of electric sheep?" nie zdawał sobie sprawy, że właśnie wylał fundament pod jedno z najwspanialszych dzieł literatury science fiction, a jak się miało okazać za niespełna piętnaście lat, także (a może przede wszystkim) klasyki filmu z pogranicza SF i cyberpunk. Ziemia została zniszczona i pokryta warstwą zabójczego pyłu. Zwierzęta niemal całkowicie wyginęły, a posiadanie żywego egzemplarza stało się dostępnym tylko dla nielicznych luksusem. Ceny żywej owcy, kota, konia czy strusia osiągnęły astronomiczne kwoty. Kwitła sprzedaż sztucznych replik nieistniejących już gatunków. Dla wygody i wyręczenia ludzi, stworzono także Replikantów - idealne kopie człowieka. Sami ludzie zdają się żyć bez poczucia własnego człowieczeństwa, korzystając z ogólnie dostępnych "programatorów nastroju" i skrzynek empatycznych, za pomocą których mogą się zjednoczyć ze świadomością zbiorową i podzielić z innymi własnymi smutkami lub radością. Ludźmi zawładnęła religia zwana Merceryzmem. Granice między tym co sztuczne, a tym co prawdziwe, zdawały się zacierać.
|  |
| Wydanie polskie |
Rick Deckard jest właścicielem mechanicznej owcy i łowcą, płatnym mordercą wykonującym wyroki śmierci (likwidacji) na zbuntowanych Replikantach. Rick, targany wyrzutami sumienia, wątpliwościami i przemyśleniami nad granicami człowieczeństwa, podejmuje się zadania likwidacji zbiegłej właśnie z marsjańskiej kolonii grupy Replikantów generacji Nexus-6, praktycznie niemożliwych do odróżnienia od człowieka. Łowca korzysta w swojej pracy tylko z dwóch urządzeń: maszyny do przeprowadzania tak zwanego testu Voighta-Kampfa, mającego na celu wykrycie Replikanta za pomocą serii pytań wywołujących niekontrolowane reakcje organizmu, oraz pistoletu laserowego, nazywanego Blasterem.
Książka Dicka kładzie szczególny nacisk na pytania o granice człowieczeństwa, o to, jakie są kryteria "życia naprawdę" i co sprawia, że jesteśmy ludźmi. Nietuzinkowa fabuła i filozoficzne dywagacje nad człowieczeństwem, oraz "filmowa" akcja spowodowały, że Hollywood dość szybko dostrzegło potencjał tkwiący w wizjonerskim opowiadaniu Dicka. Już w roku 1969 książką zainteresował się nie kto inny, jak Martin Scorsese, jednak pomysł przerobienia "Czy Androidy marzą..." na film komediowy nie miał szans powodzenia. Wtedy na horyzoncie pojawił się Hampton Fancher, który wespół
z początkującym producentem Brianem Kelly, odkupił prawa do powieści i zajął się pisaniem scenariusza. W 1978 roku praca nad filmem mogła się rozpocząć. Budżet ustalono na 21 mln$, co może dzisiaj nikogo nie szokuje, ale w latach siedemdziesiątych było sumą ogromną. Na reżysera wybrano utalentowanego twórcę, który miał już na koncie niezwykły sukces w kinie SF, jakim był "Alien" ("Obcy - ósmy pasażer Nostromo"). Reżyser ten, zaangażowany był wówczas w realizację "Diuny" Franka Herberta, jednak produkcję tę wstrzymano, dzięki czemu mógł dołączyć do grupy realizatorów filmu "Blade Runner". Nazywał się Ridley Scott i miał wówczas 45 lat.