Narracja, zdjęcia, montaż, dźwięk

Przed Ridleyem Scottem stało karkołomne zadanie ubrania książki Dicka w formę. Co wydaje się najdziwniejsze, autorzy scenariusza zrezygnowali z głównych wątków powieści; głębszej problematyki sztucznych zwierząt i motywu skrzynek empatycznych, a co za tym idzie, wyzbyli się samej postaci Mercera - "pseudo Boga" ówczesnych ludzi. Film mówił za to wyraźnie (podobnie jak książka) o człowieczeństwie i o tym, według jakich kryteriów odróżnia się ludzi od myślących maszyn. Twórcy poszli też o krok dalej; filmowi Replikanci mogą żyć tylko cztery lata i właśnie to jest przyczyną ich buntu i przylotu na Ziemię. Szukają swojego stwórcy... by dał im więcej życia. Dzięki temu zabiegowi, widz patrzy na poczynania Replikantów z większą "tolerancją" i zrozumieniem, a tytułowy Łowca - Rick Deckard, nie jest już postacią pozytywną, w pełnym tego słowa znaczeniu.

Filmowy sposób opowiadania w wydaniu Ridleya Scotta, nie należy w przypadku "Blade Runner" do najłatwiejszych w odbiorze. Historia rozwija się niespiesznie, wręcz opieszale. Dla widza szukającego w "Blade Runner" prostej, fantastycznej fabuły, nie znajdzie się zbyt wiele. Już samo przesłanie i wymowa filmu nie miała należeć do najprostszych w historii kina SF. W czasach kiedy powstawał "Blade Runner" (rok 1982), nowe kanony kina science fiction wyznaczała właśnie druga część gwiezdnej trylogii Georgea Lucasa - warto nadmienić, że w jednej z głównych ról wystąpił tam Harrison Ford, czyli właśnie Rick Deckard z późniejszego "Blade Runner". Świat oszalał wówczas na punkcie "Gwiezdnych wojen", które zabierały widza w niczym nieograniczony, zwariowany świat bajkowej fikcji w scenerii jak najbardziej kosmicznej. Jak się miało okazać, ucierpiał na tym odbiór idącego pod prąd rozrywkowej konwencji "Blade Runnera". Po pierwszych, zamkniętych pokazach pierwszej wersji filmu, recenzje były druzgocące; widzowie mieli duży problem ze zrozumieniem sposobu opowiadania Scotta; film ze swoją głębią i mnogością nowatorskich rozwiązań dramaturgicznych, masą niedopowiedzeń i dwuznaczności, nie pozwalał się łatwo "rozgryźć" przeciętnemu zjadaczowi Popcornu.

Zdecydowano się więc na "dogranie" tak zwanego "Voice Over", czyli narracji zza kadru. Zarówno jednak Harrison Ford - który miał zostać narratorem, jak i Ridley Scott - podchodzili do pomysłu producentów z wyraźną niechęcią. Nie od dziś bowiem wiadomo, że dobry film powinien opowiadać obrazami, bez "łopatologicznych" wyjaśnień "zza kadru". Nie od dziś również wiadomo, że producent wie "najlepiej" co jest dla filmu najważniejsze, i co widz chce zobaczyć w kinie. Zgodzić można się z jednym; narracja zza kadru wyjaśnia zawiłości i niuanse opowieści. Głos Deckarda / Forda zza kadru, dokładnie "dopowiada" i objaśnia, o co w danej scenie chodzi. W pewnych okolicznościach jest to nawet użyteczne i pomocne dla kogoś, kto po raz pierwszy spotyka się z filmem Scotta, jednak dla wytrawnego i nastawionego na nietuzinkowe przeżycia i emocje odbiorcy, nachalne wręcz objaśnienia Deckarda - dotyczące motywów i pobudek jakimi kierował się Roy Batty w śmiertelnym, finałowym
pojedynku - stanowią obrazę jego inteligencji. Gdy Roy Batty umiera, Deckard daje widzom wykład, który stanowi dokładną instrukcję zamkniętej interpretacji, nie zostawiając miejsca na domysły, własne przemyślenia czy odmienne zrozumienie zaobserwowanych wydarzeń. Deckard jasno i wyraźnie mówi, dlaczego Batty go ścigał, dlaczego darował mu życie, itp. - pozostaje tylko zgasić telewizor lub wyjść z kina i zapomnieć o filmie. Właśnie narracja spoza kadru stała się największą bolączką "Blade Runner", odzierając go z głębi i zakładając widzowi klapki na oczy, by nie rozglądał się na boki, tylko odebrał film tak, jak każdy - według poza kadrowej instrukcji.

Cała opowieść toczy się jakby w 'uśpionym' tempie, klimat budowany jest powolnymi panoramami miasta przyszłości (całe gro ujęć podczas lotu Deckarda do siedziby Tyrella), muzyką, statycznymi ujęciami i zbliżeniami, z których oko wypełniające cały kadr w początkowych scenach filmu i zaciskana dłoń Roya Batty doskonale zapadają w pamięć. Zdjęcia w filmie Scotta to esencja gatunku Cyberpunk - perfekcyjnie oddają klimat upadającego społeczeństwa, zmechanizowania, automatyzacji, zachłyśnięcia technologią i sztuczności na każdym kroku. Wielkie korporacje i kominy plujące ogniem ukazane zostały z taką finezją, jakby Scott pokazywał piękne łąki, zieloną, soczystą trawę i zwierzęta żyjące na łonie nieskażonej niczym natury. Tymczasem, w tych elegancko skomponowanych kadrach oglądamy zadymione, rozwrzeszczane miasto przyszłości majestatycznie ukazywane dzięki znakomitym ujęciom; czego kwintesencją jest sekwencja lądowania radiowozu na dachu budynku Policji. Montaż chwilami sprawia wrażenie dość przypadkowego, jak ma to miejsce w fabryce Tyrella, gdy Leon strzela do Holdena - tuż po drugim strzale następuje nagłe cięcie i na ekranie widzimy nowoczesne budynki rozświetlane cyfrowymi reklamami. Przez większość jednak filmu nie uświadczymy częstych czy nagłych cięć (które zarezerwowano na potrzeby dynamicznych scen akcji), co w połączeniu ze spokojną pracą kamery stwarza niepowtarzalny, chwilami senny nastrój opowieści. Akcja bowiem, tylko trzykrotnie przyspiesza tempa; ma to miejsce podczas scen akcji, które są tylko dopełnieniem opowieści, a nie jej głównym motorem. Narrację cechuje jednak powolność, pieczołowitość i finezja przemyślanych ujęć, co niezwykle udanie buduje mroczny, ciężki klimat filmu. Na szczególną uwagę zasługuje tu mikroświat J.F. Sebastiana, do którego zostajemy wprowadzeni przez powolną ekspozycję tak, że z łatwością wierzymy w istnienie żyjących zabawek w nieco "bajkowym" domu J.F.


Baśniowa konwencja tej sceny nie wytrąca nas jednak z rytmu opowieści, a jej surrealistyczny charakter podkreśla tylko tragizm wszystkich postaci w niej uczestniczących; zebrane w domu J.F. żywe lalki, Replikanci (Roy i Priss), wreszcie sam przedwcześnie zestarzały J.F., oraz mnóstwo manekinów, co jest ukłonem w stronę sceny, w której Deckard z zimną krwią strzela w plecy Zhory, a ta wytrącona z dynamicznego biegu upada na ziemię, by w jednej sekundzie zastygnąć w bezruchu niczym manekin właśnie. Dźwięk w "Blade Runner", jak na film science fiction wydaje się niesłychanie oszczędny; żadnych laserowych wystrzałów, żadnych odgłosów w stylu "Gwiezdnych wojen". Wydaje się być wręcz zepchnięty na nieco boczny tor przez muzykę, a chwilami wręcz przez nią celowo zagłuszany. Mimo obecności na pierwszym planie kilmatycznej muzyki, warstwa dźwiękowa jest niesamowicie bogata, ujawniając się w postaci padającego nieustannie deszczu, strzałów z Blastera Deckarda, czy odgłosach suwanych drzwi i innych urządzeń - turbiny silnika policyjnego radiowozu - czy wreszcie ulicznego gwaru. Mimo jednak mnogości i różnorodności, nie ma w filmie szarży dźwiękowej, wskazanej przecież dla filmów SF. Wszystko jest na swoim miejscu, poukładane odpowiednio na dźwiękowym rozkładzie jazdy.


POWRÓT DO WYBORU | STRONA GŁÓWNA KMF